Jako czternastolatek nie podniósł ręki, gdy nauczycielka zapytała, kto sympatyzuje z Vaclavem Havlem. Dziś Martin Vohánka, czeski przedsiębiorca i założyciel Eurowagu, inwestuje swój majątek w obronę demokracji. — Nie budujemy wokół niej pasji, emocji ani przywiązania. Dlatego grozi nam przegrana — uważa.

— Jestem teraz w moim domku letniskowym w Mikulovie w południowo-wschodnich Czechach, gdzie spędzam całe lato. Wielu Polaków je odwiedza, jadąc na południe — ostatnie miasto z zamkiem na szczycie wzgórza, przed granicą z Austrią.

Niedawno uruchomiliśmy tu z moją żoną Hanką duży projekt naszej fundacji Nadace BLÍŽKSOBĚ, we współpracy z lokalnym samorządem. Chodzi o rewitalizację Koziego Hródka — zameczku na jednym z trzech skalistych wzgórz Mikulova, z wieżą armatnią z XV w. Zaoferowaliśmy ratuszowi wkład finansowy, profesjonalne studium oraz bezpłatny audyt firmy specjalizującej się w pozyskiwaniu dotacji. Projekt się rozrósł i objął teren wielkości dwóch boisk piłkarskich. Jego wartość sięga 1,5 mln euro, a finansowanie pochodzi z miasta, naszej fundacji i państwa.

W przeszłości takie inwestycje zamożniejszych obywateli były czymś naturalnym — wynikały z lokalnej i narodowej dumy. Chcielibyśmy przywrócić tego ducha. W naszej części świata setki ludzi dba o dziedzictwo kulturowe, często nie mając takich zasobów jak my. Szanujemy ten wysiłek i kibicujemy im z całego serca.

Wracając do twojego pytania — uważam, że największym zagrożeniem dla demokracji jest to, że obywatele przestają ją współtworzyć i stają się jedynie jej konsumentami. Wciąż mówimy o liberalnej demokracji, praworządności, prawach człowieka czy wolnych mediach, ale wszystkie te pojęcia stały się w pewnym sensie puste. Nie są już po prostu „hot”. Tymczasem w innych częściach świata narasta zupełnie inna dynamika: w Stanach Zjednoczonych rosną w siłę ruchy konserwatywne, rewanżystowskie, nacjonalistyczne i izolacjonistyczne. W Rosji podobny kierunek od dziesięcioleci narzucany jest odgórnie.

— To prawda. Po prostu ją konsumujemy. Fundamenty demokracji powstały po II wojnie światowej pod egidą Stanów Zjednoczonych, które patronowały tworzeniu międzynarodowych instytucji, a my korzystaliśmy z tego ładu. Na początku lat 90. mieszkańcy dawnego bloku wschodniego uwierzyli, zgodnie z tezą Francisa Fukuyamy — gościa Impact’25 — o końcu historii, że liberalna demokracja, wolny rynek i praworządność zostały wywalczone na zawsze. Dlatego przestaliśmy o nie dbać. Dziś zachodni model traci impet, atrakcyjność i treść, podczas gdy w Rosji Putin konsoliduje władzę. Podobne tendencje pojawiają się również w Stanach Zjednoczonych.

Dlaczego to niepokojące? Posłużę się analogią z fizyki. Gdy zderzają się dwa obiekty — jeden nieruchomy, zimny i pozbawiony energii, drugi rozpędzony i atrakcyjny — to kierunek dalszego ruchu wyznacza ten, który ma większy impet. Obawiam się, że podobnie może być z demokracją. Nie budujemy wokół niej pasji, emocji ani przywiązania, nie mamy też narracji zdolnej zmobilizować ludzi do jej obrony. Dlatego grozi nam przegrana.

— Kluczem jest unikanie mentalności ofiary i przyjęcie postawy twórcy. Trudności wyczerpują, kiedy postrzegasz je jako pech. Jeśli się zastanowisz, co zaniedbałeś, czego się jeszcze nie nauczyłeś — porażka przestaje być ciężarem, a staje się źródłem wiedzy. Po studiach na Harvardzie, kiedy przekształcałem Eurowag z przedsiębiorstwa handlującego paliwem w firmę technologiczną, podjąłem ogromne ryzyko. Przez cztery lata pchałem wielki kamień pod górę, nie wiedząc nawet, jak zrekrutować dyrektora ds. technologii. Ale eksperymentowanie to jedyna droga rozwoju — w biznesie i w społeczeństwie obywatelskim.

— Nie ma tu prostej odpowiedzi. Wszystko zaczyna się od tworzenia relacji. Często bywam w Polsce — nie tylko w celach biznesowych, ale też by się spotkać z tutejszym środowiskiem filantropijnym. Niedawno w Bułgarii poznałem zaangażowanych ludzi, między innymi przedsiębiorców z diaspory, którzy odnieśli sukces za granicą, a dziś wracają i angażują się społecznie. Bez sieci kontaktów i relacji nie ma gleby, z której wyrastają wspólne projekty.

Przez długi czas Polska i Czechy były skupione na budowaniu własnych firm i państw. Dziś widzimy, że nic nie jest dane na zawsze. Jeśli chcemy chronić własne podwórko, biznes i kraj, musimy brać odpowiedzialność także za to, co dzieje się szerzej.

Wciąż zmagamy się z dziedzictwem komunizmu i monarchii austro-węgierskiej — przekonaniem, że państwo oraz instytucje wszystkim się zajmą. Nie wychodzimy poza własne poletko: przedsiębiorca poza biznes, dziennikarz poza pisanie. Tymczasem każdy z nas pełni wiele ról społecznych. Przyjęcie ich tworzy więzi i nadaje społeczeństwu impet.

Odnajduję ludzi o podobnej tożsamości i tworzymy sieć dobra, ruch humanistyczny. W Polsce to Wiktor Schmidt, Ewa Voelkel i skupione wokół nich środowiska filantropijne. Korzystamy wzajemnie ze swoich doświadczeń. Zanim pojawią się konkretne projekty, trzeba zbudować sieć relacji opartych na zaufaniu. Musimy być cierpliwi. Zanim zacznie się biegać, trzeba nauczyć się chodzić.

— Zdecydowanie tak. Jeśli chcemy przetrwać, musimy przywrócić wartość bezpośrednim kontaktom międzyludzkim w świecie rzeczywistym. Model paneli obywatelskich, który promujemy przez naszą fundację, polega na losowym wyborze reprezentatywnej grupy obywateli — na przykład 100 osób z różnych środowisk. Po zapoznaniu się z ekspertyzami debatują oni nad kluczowymi wyzwaniami, takimi jak polityka klimatyczna czy lokalne reformy. Kiedy ludzie o różnych poglądach siadają przy jednym stole i rozmawiają, polaryzacja znika, a zaczyna się szukanie rozwiązań. To praktyczny sposób na przechodzenie od roli konsumenta do współtwórcy.

— Mówisz o legitymizacji filantropii i to jest dobry punkt wyjścia. Trzeba przestrzegać czterech zasad. Pierwsza to pełna przejrzystość — warunek demokracji. Filantropia nie może działać według innych reguł.

Druga: głębokie rozumienie tematu. Wielu bogatym ludziom brakuje gotowości, by wraz z pieniędzmi wnieść swoje know-how. Jestem dumny nie z kwot przeznaczonych na filantropię, lecz z tego, że zawsze dokładałem do nich swój czas, wiedzę i doświadczenie. To ogranicza ryzyko szkód i zwielokrotnia efekt. Osiągnąłem więcej niż ludzie, którzy po prostu zlecają przelew do UNICEF-u czy innej organizacji.

Trzecia zasada: zerowy zysk i gotowość poniesienia straty. To podstawowa higiena w projektach politycznych i opartych na wartościach. Promuję w Czechach przyjęcie euro, bo zobowiązaliśmy się do tego, wstępując do Unii Europejskiej. To ważny symbol jedności Europy. Mój biznes na tym straci, ponieważ część jego przychodów pochodzi z przewalutowań.

Czwarta zasada to inkluzywność. Projekt przepchnięty bez uwzględnienia innych może być nietrwały i szkodzić pozostałym interesariuszom. Trzeba przekonać i zabrać ze sobą jak najwięcej ludzi. To sprawdzian, czy obraliśmy właściwy kierunek. Wszyscy działamy zgodnie ze swoim systemem przekonań, więc musimy sprawdzać, czy nasze działania są zgodne z wartościami. Wkraczając w przestrzeń publiczną, bierzesz odpowiedzialność i ryzykujesz błąd, ale autentyczna troska o innych jest podstawą człowieczeństwa.

— Złożyło się na to kilka rzeczy. Po pierwsze, rodzice. Byli ideowymi, zapalonymi komunistami, a ojciec aparatczykiem. Wychowywałem się w środowisku zamkniętym na inne poglądy. Miałem 14 lat, gdy nadeszła aksamitna rewolucja. Pamiętam moment z listopada 1989 r.: nauczycielka weszła do klasy i zapytała, kto czuje sympatię do Václava Havla. Zobaczyłem las rąk, a sam — całkowicie zindoktrynowany — siedziałem z założonymi rękami, razem z innym kolegą. Nie potrafiłem sobie wtedy wyobrazić innego świata. Dla moich rodziców upadek reżimu oznaczał zawalenie się świata i przerażającą wizję bezrobocia. Dla mnie okazał się ogromnym darem. Wkraczałem w nową epokę z czystą kartą, którą musiałem sam zapisać od A do Z — bez barier i traum.

Mimo że w oczach rodziców stałem się „wrogiem klasowym”, przejąłem od nich dwie kluczowe postawy. Po pierwsze, poczucie odpowiedzialności za dobrobyt i harmonię swojej wspólnoty. Ich ideologia zawiodła w praktyce, ale odruch troski był czysty. Po drugie, proaktywność. Rodzice angażowali się w politykę, więc postawa aktywnego obywatela była w naszym domu normą. Wiedziałem, że mam wpływ na bieg spraw — jeśli chcę coś zmienić, wychodzę z domu i działam. Dali mi też miłość i wolność, bez nadopiekuńczości, i przestrzeń do rozwoju.

Druga lekcja przyszła z biznesu, który nazywam przyspieszonym laboratorium życia. Zacząłem wcześnie: w szkole średniej chodziłem po blokowiskach i sprzedawałem ubezpieczenia na życie. Zakładałem nawet okulary, żeby wyglądać poważniej! Prowizje dawały mi wolność, ale ważniejsza była nauka pokory i relacji. Zrozumiałem, że prawdziwy sukces jest wtedy, gdy dzielisz go z innymi. Dbając o wszystkich interesariuszy — klientów, pracowników, środowisko, regulatorów i akcjonariuszy — tworzysz sytuację „win-win” i sam rośniesz. Czynisz dobro, a ono do ciebie wraca — tak działa echo wszechświata.

Filantropia jest racjonalna: dbając o otoczenie, dbamy też o siebie. Dlaczego inwestuję w demokrację i edukację, czyli kapitał społeczny kraju? Około 15 lat temu przeczytałem książkę profesora Igora Lukeša o Czechosłowacji z czasów między układem monachijskim a komunistycznym puczem w 1948 r. Jej przesłanie było proste: gdy liberalne elity i demokratyczna większość przestają dbać o kraj, próżnię wypełniają populiści, naziści i ekstremiści. Bezczynność demokratów otwiera drogę autorytaryzmowi. Podobnie jest dziś: za dużo konsumujemy, za mało budujemy.

— Mamy dziś nadmiar pierwiastka męskiego: nastawienia na wynik, bezwzględnej rywalizacji i chłodnej racjonalności. Przesterowaliśmy system w stronę wskaźników, marż i EBITDA (zysk przed odsetkami, podatkami i amortyzacją — przyp. red.). Musimy przywrócić równowagę — więcej empatii, słuchania i bezwarunkowej troski o drugiego człowieka. Biznes i filantropia to w gruncie rzeczy relacje. Jeśli postępujesz etycznie i dbasz o harmonię, otaczają cię ludzie gotowi pomóc. Jeśli kierujesz się arogancją i wyłącznie zyskiem, sam stawiasz sobie przeszkody.

— Problemem, który widzimy choćby w USA, są narastające nierówności majątkowe oraz różnice w dostępie do władzy i szans. Kapitalizm i nagradzanie osobistej aktywności stały się podstawą nowoczesnych społeczeństw, ale ta zasada ma granice. Gdy dzięki AI czy nowym technologiom pojedyncze osoby w ciągu dwóch lat stają się najbogatszymi ludźmi na świecie, a 50 mln innych żyje poniżej granicy ubóstwa, system traci sens. W tradycyjnej gospodarce budowanie majątku wymagało czasu. Internet ten proces przyspieszył, a AI skróciła go do minimum.

Ramy regulacyjne nie nadążają za nowym modelem ekonomicznym. Elon Musk, decydując o dostępie do Starlinka, może wpływać na przebieg wojny między państwami. Dawniej monopole takie jak Standard Oil czy AT&T dzielono na mocy prawa antymonopolowego. Koncentracja majątku nie jest niczym nowym. Już Stary Testament, by zapobiec nadużywaniu władzy, nakazywał w roku jubileuszowym zwrot własności do pierwotnych właścicieli (według Księgi Kapłańskiej rok pięćdziesiąty, następujący po siedmiu cyklach siedmioletnich — przyp. red.). Dotychczas nierówności korygowały głównie rewolucje i wojny.

Dzisiejsze elity technologiczne napędzają rozwój, ale nie kwapią się do stworzenia modelu społecznego, z którego skorzystaliby wszyscy. Zaawansowana robotyka i AI zastąpią ludzi w wielu zawodach. Musimy więc na nowo przemyśleć kwestie zatrudnienia, dochodów i podatków. To wielkie zadanie dla liberalnej demokracji na najbliższe 20 lat: jak sprawić, by w świecie AI zwykły człowiek mógł rozkwitać.

— Co rano medytuję przez 15 minut. Daje mi to wewnętrzne osadzenie i poczucie, że jestem częścią większej całości. Nauczyłem się, że aby skutecznie pomagać innym, trzeba najpierw zadbać o własne ciało, ducha i relacje. Nienegocjowalne są dla mnie relacja z żoną i czas z rodziną. Pamiętam też o podstawowej zasadzie: w kosmosie nie ma kosza na śmieci. Nie da się ukryć błędów ani nieuczciwości. Wszystko, co robisz — dobre i złe — w końcu do ciebie wraca.

— Nie być tylko konsumentem, lecz brać odpowiedzialność i budować.

Martin Vohánka to czeski przedsiębiorca, filantrop i założyciel firmy technologicznej Eurowag. Należy do najbogatszych Czechów, a swój majątek i czas przeznacza m.in. na wspieranie edukacji, niezależnych mediów i demokracji w Europie Środkowo-Wschodniej. Podczas Impact’26 w Poznaniu odebrał Philanthropic Impact Award, ustanowioną przez „Forbes Polska”, Impact CEE i fundację Philanthropy for Impact, przyznawaną osobom, które wykorzystują swój sukces, by działać na rzecz innych.

Tekst pochodzi z „Impact Magazine”, specjalnego dodatku do „Newsweeka”. Wydarzenie Impact Leading Minds odbędzie się 2 września w Warszawie.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version