Na Malcie granica między archeologią a legendą bywa wyjątkowo cienka. Wyspy, które według ludowych podań są jedynie ocalałym fragmentem większego lądu, kryją zagadki od stuleci rozpalające wyobraźnię: tajemnicze tory ginące w morzu, najstarsze wolnostojące świątynie świata, podziemne sanktuaria, opowieści o gigantach, kosmitach i Atlantydzie. Pisze o nich Michał Potocki w książce „Malta. Święci i diabły”, której fragment publikujemy.

Głęboko w maltańskiej podświadomości tkwi przekonanie, że wyspy kiedyś wcale nie były wyspami. Pisał o tym jezuita Manwel Magri, etnograf i archeolog, który na przełomie XIX i XX wieku jeździł po wsiach i zbierał ustne przekazy. Legendy wspominają o czasach, gdy Malta stanowiła jedną całość z Gozo i Comino, a nawet z jakimś Art il-Kbira, Wielkim Lądem na południowym zachodzie — i że było tak aż do gargantuicznego kataklizmu, który przełamał lądy na pół i uwięził ludzi i zwierzęta na istniejącym dziś archipelagu.

Byli tacy, co łączyli kataklizm z biblijnym potopem, kiedy to wody „podnosiły się coraz bardziej nad ziemię, tak że zakryły wszystkie góry wysokie, które były pod niebem”. Magri miał na to argumenty. Choćby kości prehistorycznych ssaków, hipopotamów, słoni, wilków i niedźwiedzi, odnajdywane w jaskini Għar Dalam pod Birżebbuġą. Tak wielkie zwierzęta — rozumował — nie mogłyby przetrwać na tak małej wyspie.

Współczesna nauka potwierdziła jego intuicje i ludowe podania. Dziesięć tysięcy lat minęło, odkąd Wyspy Maltańskie stanowiły jedność. Trzynaście tysięcy lat temu, gdy podczas epoki lodowej poziom Morza Śródziemnego był o sto metrów niższy niż obecnie, łączył je z Sycylią lądowy pomost. Tędy migrowały zwierzęta, których kości po mileniach odnajdywali archeolodzy.

Gdy poziom morza się podniósł, zwierzęta skarłowaciały. Najmłodsze kości należały do słoni, które dorosły człowiek mógłby zmieścić pod pachą. Ewolucja przez pokolenia nagradzała mniejsze osobniki, bo nie potrzebowały takiej ilości pokarmu jak ich więksi koledzy. Ostatecznie i tak wszystkie wymarły, zanim nadszedł homo sapiens.

Na dowód istnienia takiego pomostu duchowny przytaczał też argument, który dziś odpłynął w stronę pseudohistorii. Chodzi o istnienie na Malcie i Gozo rozgałęzionej sieci tak zwanych torów, czyli wyżłobionych w wapiennej skale wgłębień przypominających szyny tramwajowe albo ślady odciśnięte w asfalcie przez tiry. Miejscowi mówią na nie raddi albo z angielska cart ruts, koleiny wozów. Podobne można znaleźć w Hiszpanii i Libii. Te na płaskowyżu za Siġġiewi mają zróżnicowany, zwykle ponad metrowy rozstaw i wrzynają się ostro w wapienne podłoże na kilkanaście, a niekiedy kilkadziesiąt centymetrów. Czasem się krzyżują. Archeolog David Trump nadał jednemu z rozjazdów nazwę Clapham Junction, bo skojarzyły mu się z rozjazdami na tej londyńskiej stacji kolejowej. Ich datowanie jest bardzo niepewne.W jednym miejscu tory przecinają fenicki grobowiec, więc przynajmniej tam musiały powstać później. Gdzie indziej jednak urywają się na klifach albo — jak w Birżebbuġy — schodzą do morza.

Wniosek, że powstały przed potopem albo — w zależności od wariantu, jaki przyjmiemy — przed katastrofą, która oderwała Maltę od kontynentu, nasuwa się sam. Do takiego przekonania doszedł Erich von Däniken w książkach o prehistorycznych kosmitach, którzy zbudowali Ziemianom — albo nauczyli ich budować — wszystkie poważne zabytki najdawniejszych czasów, od egipskich piramid po Machu Picchu. Kto za młodu nie zaczytywał się jego książkami, może i nie ma wyobraźni, ale kto na starość pozostał jego fanem, ryzykuje, że wraz z dobrodziejstwem inwentarza przejmie też wiarę w cały arsenał spiskowych teorii z czipami w szczepionkach, płaską Ziemią i Władimirem Putinem jako zbawcą konserwatyzmu na czele.

Jeśli jednak są na świecie miejsca, gdzie łatwiej uwierzyć w koncepcje szwajcarskiego autora, niewątpliwie należy do nich Malta.Nikt dotąd przekonująco nie wyjaśnił, skąd wzięły się te tory. Najpopularniejsze hipotezy głoszą, że stanowiły one efekt uboczny transportowania kamienia do budowy neolitycznych świątyń — czyli że faktycznie są koleinami. Problem w tym, że wapień, choć miękki, jest jednak twardszy niż asfalt z końca Peerelu, a dominująca teoria o tym, jak pradawni Maltańczycy transportowali bloki, mówi o kamiennych łożyskach kulkowych podkładanych pod przesuwane ładunki. Kule mogłyby wyżłobić koleiny, ale byłyby one wąskie i płytkie, łagodnie zakończone i nie tworzyłyby dwóch równoległych linii. Co więcej, wapienne bruzdy biorą nieraz tak śmiałe zakręty, że żadna drewniana płoza ani oś by ich nie wytrzymała.

Von Däniken oczywiście szedł w swoich rozważaniach znacznie dalej:

Czy możliwe, że w torach leżały metalowe przewody, które obejmując całą wyspę, służyły jako gigantyczna […] Malta — cel istot pozaziemskich? […] Uważam, jak wiadomo, że „bogowie” nie byli postaciami fikcyjnymi, wytworem wybujałej chorej wyobraźni. Kiedyś byli rzeczywistością, żywymi istotami działającymi bardzo aktywnie. Nasuwa mi się pytanie, na które odpowiedź będzie w równie wielkim bądź niewielkim stopniu spekulacją, podobnie jak interpretacje dotychczasowe. Czy w prehistorycznych czasach „moi” bogowie wybrali Maltę na swój cel, czy zrobili coś, co skłoniło Maltańczyków do wykucia wielkim nakładem sił znaków w skalnym podłożu na pamiątkę lub w hołdzie bogom?

Tory pobudzają wyobraźnię, bo jest ich dużo i nie mają sensu. Ale prawdziwym umysłowym afrodyzjakiem jest jeszcze dawniejsza prehistoria.

Dzisiejsza nauka uznaje, że pierwsi ludzie dotarli na Maltę z Sycylii około 6500 roku przed naszą erą. Nie płynęli w ciemno — przy dobrej widoczności Sycylijczycy widzą ląd na południu. Początkowo byli to prymitywni łowcy-zbieracze; dopiero w 2025 roku w „Nature” opublikowano tekst dowodzący, że wyspy jednak były dość duże i bogate w pożywienie, by społeczność żyjąca wyłącznie z polowań i ze zbieractwa mogła tam przetrwać. Wskazują na to znaleziska z Latnii na północy Malty: narzędzia z ciosanego kamienia, pozostałości po paleniskach, szczątki gotowanych na nich zwierząt, w tym jeleni i ptaków, dziesięć tysięcy muszli.

Po zbieraczach przyszli rolnicy ze swoją pszenicą i udomowionymi kotami, kozami, krowami i świniami. Mieszkali w jaskiniach, choćby w dwustumetrowej długości Għar Dalam, w której parę tysięcy lat przed nimi chowały się plejstoceńskie hipopotamy i jelenie. Wcale im się nie dziwię; gdyby taką jaskinię znaleźć w dużym mieście, jakiś sprytny deweloper zapewne przekształciłby ją w lofty i reklamował jako oazę rześkości, strefę relaksu od wielotygodniowych upałów ery globalnego ocieplenia.

Niektórzy Maltańczycy żyli w jaskiniach znacznie dłużej, niżby wypadało. Ostatnie rodziny, trudniące się produkcją sera, zamieszkiwały kompleks Għar il-Kbir nieopodal Clapham Junction aż do 1835 roku, dopóki Brytyjczycy przymusowo ich nie wysiedlili.W pewnym momencie jaskiniowych rolników zastąpiła kultura, która potrafiła budować wielkie, zorientowane astronomicznie świątynie i zrobiła to wcześniej niż inne protocywilizacje.

Epoka świątyń bywa różnie datowana, zazwyczaj uznaje się jednak, że te najstarsze pochodzą z 3600 roku przed naszą erą. Kiedy Cheops budował sobie piramidę w Gizie, miały ponad tysiąc lat, czyli oba te projekty dzielił taki okres, jak nas od czasów Mieszka I. Gozytańską Ġgantiję od Stone henge oddziela jeszcze więcej, bo półtora tysiąca lat. To najstarsza wciąż istniejąca świątynia na świecie. Gigantyczne, nawet pięćdziesięciotonowe kamienne bloki zostały precyzyjnie ociosane — tak, by można je było połączyć bez zaprawy — i przeniesione na miejsce budowy, a to wszystko w czasach, gdy nie znano żelaza ani pisma.

Dzieło prehistorycznych architektów również dzisiaj robi wrażenie. Położona na płaskowyżu pod Xagħrą Ġgantija składa się z dwóch świątyń; większa jest starsza od mniejszej o kilkaset lat. Największe bloki ustawiono w zaokrągloną strukturę przypominającą podwójny krzyż, przestrzeń pomiędzy i nad nimi wypełniają mniejsze klocki. Za wejście do środka służy trylit, charakterystyczny dla tamtej epoki układ trzech bloków. Jeden z nich ułożono poziomo na dwóch pionowych. W bramie widać otwory, w których można było zamocować drewniane drzwi.

Niektóre megality przypominają perforowane karty z dawnych komputerów albo brzegi taśmy filmowej — cała fasada udekorowana jest półkulistymi wgłębieniami o nieznanym przeznaczeniu. Inne bloki zostały ozdobione spiralami, motywami roślinnymi i zwierzęcymi. W sercu świątyń znajdują się pomieszczenia, w których mieściły się ołtarze. Być może składano tam ofiary bogom. Dzisiaj ofiary składa się w sklepie z pamiątkami. Przy kompleksie można kupić na przykład koszulkę z okrętem ORP „Kujawiak”, który w 1942 roku, podczas konwoju, wpłynął na minę nieopodal Valletty.

Ġgantija jest zorientowana na południowy wschód. W tę stronę świata spojrzymy, jeśli odwrócimy się plecami do ołtarza. Inne świątynie z listy UNESCO mają jeszcze bardziej niezwykłe cechy. Weźmy Ħaġar Qim. W ścianie głównej świątyni znajduje się eliptyczny otwór, przez który o świcie w dniu letniego przesilenia wpadają promienie słońca, oświetlając jeden z megalitów. Położona trzysta metrów dalej Mnajdra, której ołtarz trafił na najdrobniejsze maltańskie monety eurocentowe, ustawiona jest tak, by w dni równonocy wiosennej i jesiennej o świcie promienie wpadały prosto przez bramę trylityczną, przenikały cały kompleks i oświetlały ołtarz główny. Dwa mniejsze ołtarze zostały umieszczone nieco z boku — oświetlają je promienie słoneczne odpowiednio w dni przesilenia zimowego i letniego. Niektórzy badacze idą jeszcze dalej: matematyk i archeolog Frank Ventura w jamach wydrążonych w blokach dopatrzył się odwzorowania układu Plejad, charakterystycznej gromady gwiazd z gwiazdozbioru Byka.

Innym cudem prehistorycznej cywilizacji jest hipogeum, czyli podziemna świątynia Ħal Saflieni, na którą natrafiono przez przypadek w 1902 roku w czasie prac w piwnicy jednego z domów w Raħal Ġdidzie. To mający trzy podziemne piętra sięgające czternastu metrów w głąb kompleks o powierzchni ośmiuset metrów kwadratowych. Jego najstarsza część liczy pięć tysięcy lat. Środkowy poziom służył jako grobowiec; archeolodzy znaleźli w nim szczątki siedmiu tysięcy osób, biżuterię, ceramikę i rzeźby, w tym najwyraźniej symbolizującą płodność Śpiącą Damę o wydatnych kształtach, którą można podziwiać w Narodowym Muzeum Archeologii w Valletcie. Hipogeum nie było pierwotnym miejscem spoczynku — kości przenoszono tam już po rozkładzie ciała. Takie ossuaria, jak nazywa się nisze na kości, zwykle wykuwane w skale, pamiętają zresztą czasy sprzed epoki świątyń.

Kości umieszczano w ossuariach także dlatego, że na Malcie z powodu braku ziemi trudno się kopie głębokie groby. Mogiły komunalne również dziś opróżnia się po dwóch latach, a szczątki przenosi w inne miejsce. Rodzina dysponująca familijnym grobowcem też może poprosić o jego wyczyszczenie. Kości wyjmuje się z trumien i przenosi, by zrobić miejsce na kolejne pochówki. Tak samo mogło to wyglądać pięć tysięcy lat wcześniej, tyle że w epoce świątyń szczątki po ekshumacji zbierano i układano systematycznie: długie kości z długimi, czaszki z czaszkami.

Jedna z komnat w hipogeum ma szczególne właściwości akustyczne. Niskie, męskie dźwięki tworzą wyraźne echo, wysokie i kobiece — nie. Dziś żeby w ogóle wejść do Ħal Saflieni, trzeba się zarejestrować kilka miesięcy wcześniej. W obawie przed zniszczeniem mikroklimatu podziemnej świątyni, a co za tym idzie — malowideł ściennych wykonanych czerwoną ochrą, władze najpierw na wiele lat zamknęły kompleks, a potem wprowadziły rygorystyczne limity odwiedzin. Teraz jest on otwarty przez osiem godzin dziennie, a co godzinę do środka może wejść najwyżej dziesięcioosobowa grupa. Dzięki temu skraplająca się z oddechów para wodna nie będzie przyspieszać degradacji zabytku. Hipogeum zwiedza się pod opieką przewodnika, po zdeponowaniu plecaków i tele fonów w szafkach przy wejściu, z ochraniaczami na butach.

Jedna z zagadek tego miejsca to jedenaście znalezionych tam wydłużonych czaszek, przypominających głowy obcych z Roswell albo zniekształcone czaszki z paru innych regionów świata. Jeśli małemu dziecku obwiązać ściśle główkę płótnem bądź deseczkami, kości będą się wydłużać. Efekty można oglądać w muzeach na całym świecie; takie praktyki spotykano u Hunów, Inków, Majów i Ostrogotów, ale dla fanów starożytnych kosmitów to jedynie kolejny dowód na pozaziemskie ingerencje.

Na tych skojarzeniach zagrano nawet w Narodowym Muzeum Archeologii. Aljeni jew umani?, „obcy czy ludzie?” — pyta jedna z plansz.Ci, którzy wznosili te cuda prehistorycznej architektury, musieli być dziećmi zaawansowanej cywilizacji. Potrafili skoordynować logistykę, wyciosać pasujące do siebie wielotonowe kamienne bloki, przewieźć je i ustawić, nierzadko unosząc na wiele metrów, wreszcie dopasować układ świątyni do kalendarza, ruchu gwiazd i kierunków geograficznych. To cechy łączące te obiekty z resztą neolitycznej międzynarodówki; podobnie dostosowane do położenia ciał niebieskich są inne wielkie starożytne kompleksy, jak brytyjski Stonehenge, irlandzki Newgrange czy egipski Abu Simbel — albo znacznie późniejsze, za to nasze, cmentarzysko w Odrach na Kaszubach.

Erich von Däniken połączył wszystko ze wszystkim i wyszło mu niezbicie, że to dowód na kosmiczną interwencję:

Jeśli Homer nie tylko puścił wodze poetyckiej fantazji, ale zawarł w Odysei ziarno prawdy…Jeśli Malta była wyspą cyklopów…Jeśli wylądował tam Odyseusz…Jeśli potomkowie cyklopów byli „upadłymi aniołami”, a więc istotami pozaziemskimi…wówczas tory, megalityczne świątynie i hipogeum muszą mieć bezpośredni związek z bogami lub ich potomkami […].Czy bogowie lub ich potomkowie pozostawili na Malcie ślady swojej obecności? Czy stworzyli — poza zabytkami architektury i techniki — banki nasienia, do których wejścia nie będą znane tak długo… aż — jak do hipogeum — trafi się na nie za sprawą szczęśliwego przypadku? Czy boginie-matki są kluczem do rozwiązania tej ostatniej zagadki? Czy gdzieś pod skałami, pod megalitycznymi świątyniami czekają na odkrycie znajdujące się w dobrym stanie komórki pobrane z ciał dawnych zdobywców? Czy pewnego dnia ujrzą światło dzienne sarkofagi z mumiami olbrzymów?

Kto wie, czterdzieści filmów o tym powstało. Najśmieszniejsze, że von Däniken sam najtrafniej storpedował własny sposób rozumowania, krytykując w innym miejscu tezy białoruskiego ekscentryka Wiaczasłaua Zajcaua, jakoby sam Jezus był obcym kosmonautą. Zajcau był inżynierem, który jeszcze przed Szwajcarem uznał, że dawni bogowie byli kosmitami. Za to — i za działalność antykomunistyczną — Sowieci ukarali go zamknięciem w szpitalu psychiatrycznym. Von Däniken pisał o nim tak:

„Udowodnić” można wszystko. Zajcew powołuje się na teksty biblijne. Czegoż na ich podstawie nie udowodniono? Jezus to bojownik, wódz, król, politolog, czarodziej lub jasnowidz, kaznodzieja, wreszcie — last not least — Syn Boga. Można „udowodnić” nawet, że Jezus był astronautą. Jak kto chce.

Przy czym gdyby faktycznie pewnego dnia odkryto „sarkofagi z mumiami olbrzymów”, nikogo na Malcie nie powinno to zaskoczyć. Sama nazwa Ġgantija pochodzi od słowa ġgant, gigant, a obecność tych istot jest stałym elementem podań. Dla dawnych wyspiarzy było to jedyne wytłumaczenie tego, jak zdołano przetransportować i ustawić wielotonowe kloce z wapienia. Manwel Magri przytoczył opowieść o gigantce, która nosiła je na głowie, drugą ręką piastując dziecko. Zmarły w 1655 roku Ġan Franġisk Abela, jeden z pierwszych lokalnych historyków, pisał, że nie znajduje na to innego wyjaśnienia niż zatrudnienie wielkoludów. Legendy mówią o ogromnych ludzkich kościach, które znajdowano ponoć tu i ówdzie. Na Wyspach Maltańskich poza Ġgantiją są też inne miejsca nawiązujące nazwami do olbrzymów.

W jednej z opowieści Magri opisał marynarzy, którzy na odległym wybrzeżu porwali dwoje giganciątek i przywieźli je na wyspy. Dziewczynka wyszła za mieszkańca Gozo, chłopiec znalazł sobie żonę w Moście — w obu tych miejscach mają do dziś żyć ich potomkowie. Inna legenda opisuje olbrzyma z Ħal Kapratu, wsi wchłoniętej przez Santa Venerę, który miał dziesięć stóp, czyli trzy metry wzrostu, i gołymi rękoma zabijał muzułmańskich najeźdźców. W wielu legendach zabicie giganta było jednym z zadań, za które śmiałek otrzymywał od sułtana bogactwo i rękę księżniczki. Olbrzymi mieli być nie tylko więksi od zwykłych ludzi, ale też bardziej długowieczni.

Ġorġ Grognet de Vassé, który w XIX wieku zaprojektował monumentalną rotundę w Moście, jedną z największych kopuł na świecie, też uważał, że to olbrzymi budowali stare świątynie. „A w owych czasach byli na ziemi giganci; a także później, gdy synowie Boga zbliżali się do córek człowieczych, te im rodziły. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach” — czytamy przecież w Biblii. Grognet de Vassé wiązał te wersy z bohaterami greckich mitów, w tym tego o Atlantydzie, której Malta miała być w jego przekonaniu jedyną niezatopioną częścią. Znał pewnie przysłowia ludowe mówiące o tym, że ją także czeka potop. Jak zapisała przed ponad stu laty niemiecka etnografka Bertha Koessler-Ilg:

Maltę pierwszą stworzono,

Malta pierwsza zatonie,

Ofiaruj mi, luby, swe usta,

Nim śmierć nas oboje pochłonie

Logice architekta w zasadzie trudno cokolwiek zarzucić. Czytał o olbrzymach w Biblii, znał ich z mitów i podań, na własne oczy widział Ġgantiję i Ħaġar Qim — i tak jak my zachodził w głowę, jakim cudem prymitywne plemiona sprzed wieków zdołały je postawić. Doszedł do wniosku, że maltańska Atlantyda była tożsama z biblijnym rajem, a zatem Maltańczycy wywodzą się wprost od Adama i Ewy. Powoływał się na obecne w Moście i okolicach przekonanie, że pierwsi ludzie pochodzili właśnie stąd. Interpretował gozytańskie legendy o wzgórzu Gelmus w Rabacie jako miejscu, w którym znajdowało się atlantydzkie źródło wiecznej młodości, i o ultra bogatym mieście zatopionym przez fale w wyniku trzęsienia ziemi. W archiwum Muzeum Narodowego w Valletcie znajduje się mapa jego autorstwa, na której Atlantyda szczelnie wypełnia część Morza Śródziemnego między Sycylią, Tunezją i Libią 15.Mniej więcej w tym miejscu, gdzie Ġorġ Grognet de Vassé widział Atlantydę, ojczyznę gigantów budujących Mnajdrę i Ħaġar Qim, współcześni badacze umiejscawiają istniejący do ostatniej epoki lodowej lądowy pomost łączący Maltę z Sycylią.

Fragment książki „Malta. Święci i diabły” Michała Potockiego wydanej przez wydawnictwo Czarne. Tytuł, lead i skróty od redakcji „Newsweeka”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version