Nowy film Stevena Spielberga „Dzień objawienia” przegrywa box office z 26-letnim youtuberem Currym Barkerem, twórcą horroru „Obsesja”. Horror wyprodukowany za mniej niż milion dolarów zarobił już 297 mln dol.
Widziałem „Obsesję” i bardzo mi się podoba — powiedział Steven Spielberg, którego film zarobił na razie 120 mln dol. przy koszcie produkcji 115 mln dol. plus 80 mln na marketing. Na „Obsesję” pędzą do kin nastolatkowie, na „Dzień objawienia” widownia 35+, którą trudno wyciągnąć z domu. Obie historie to filmowe bajki, tyle że jedną opowiada dziadek, a drugą wnuk.
Bajki najczęściej oddają to, co tkwi w myślach ich autorów. Spielberg spogląda w kosmos. Wypatruje przybyszy z obcej cywilizacji, licząc, być może, na to, że istnieje życie poza ziemskim czasem, który dla niego już się wyczerpuje. O spotkaniu z innymi marzył od lat 70. W „Odmiennych stanach świadomości” wykreował wizję przepływu emocji i myśli między ludźmi a przybyszami. W „E.T.” zbudował opowieść o porozumieniu, mimo nieufności. Była jeszcze walka z obcymi w „Wojnie światów”, a teraz snuje opowieść o obecności przybyszy z kosmosu ukrywanej przez tajną rządową agencję.
Spielberg sprytnie wplata do filmu teorie spiskowe o kręgach odciśniętych w zbożu przez obcych czy o katastrofie UFO w Roswell, którą miało zatuszować amerykańskie wojsko. Doktor Daniel Kellner (uroczy Josh O’Connor), ekspert od cyberbezpieczeństwa w tajnej rządowej agencji, zamierza ujawnić, że ukrywa ona informacje na temat obecności na ziemi przedstawicieli kosmicznej cywilizacji. Uważa, że ludzkość ma prawo o tym wiedzieć. Sprzymierzeńcem sygnalisty staje się pogodynka, w tej roli Emily Blunt, która nagle zaczyna na wizji mówić w pozaziemskim języku. Oboje stają się wrogami publicznymi numer 1. W tle sensacyjnej akcji czai się pytanie, czy ludzkość jest gotowa przyjąć, że nie jesteśmy sami w kosmosie. Czy nie zachwieje to równowagą świata.
Reżyser wskazuje na podstawowy problem współczesności, czyli jak rzeczy mało istotne odwracają naszą uwagę od tego, co ważne. Tyle że Spielberg, jak to dziadek, lubi się powtarzać, dlatego w filmie znajdziemy cytaty m.in z „Indiany Jonesa”, z „E.T.” i z innych obrazów. Całość, mimo współczesnego kostiumu, jest archaiczną, przydługą filmową opowiastką.
„Obsesja” Curry’ego Barkera rozbija bank
Inaczej jest u Barkera. Bohater „Obsesji” Baron „Bear” Bailey (Michael Johnston) patrzy w twarz dziewczyny (fenomenalna Inde Navarrette) i marzy, żeby go pokochała. Bear wykorzystuje magiczną zabawkę, żeby zmusić Nikki do miłości. Dziewczyna ma go pokochać bardziej niż cokolwiek na świecie. Zaklęcie działa. Nikki, pozbawiona przez magię wolnej woli, zakochuje się bez pamięci, zmieniając życie bohatera w piekło. Prawie mu współczujemy, zapominając, że to on jest sprawcą emocjonalnego horroru. Ta niejednoznaczność moralna bohaterów to zabieg inteligentnie sterujący emocjami widzów.
Po słynnym filmie „Uciekaj” Jordana Peele’a wiadomo, że horror to gatunek, za pomocą którego można w rozrywkowym kostiumie opowiedzieć o społecznych napięciach. Wyolbrzymienie, które przynosi horror, jest jednocześnie cudzysłowem, pożądanym w czasach rządzonych przez ironię. Curry Barker, autor youtubowych skeczy, nakręcił rozrywkowy film, który dotyka najgłębszych lęków jego pokolenia. Samotność, nieumiejętność zbudowania relacji, tęsknota za drugim człowiekiem to przypadłości, które rozlewają się w pokoleniu Z.
Reżyser buduje grozę subtelnymi przesunięciami w filmowej rzeczywistości. Nikki chwilami porusza się jak bohaterka gry komputerowej, żeby zaraz wrócić do normalnego zachowania. Kiedy w scenach bliskości Bear na nią nie patrzy, jej twarz staje się beznamiętna, jakby była maszyną, nie człowiekiem. Od fatalnego zauroczenia nie można się uwolnić tak po prostu. Zaklęcie przestanie działać, kiedy umrze ten, kto je wypowiedział. Suma małych zachwiań sprawia, że napięcie w filmie narasta aż do przerażenia drastycznymi scenami. Barker formą idealnie trafia w wizualny język ludzi wychowanych na YouTubie i TikToku.
To klucz do sukcesu, który Spielberg słusznie docenił. Sam swój pierwszy hit „Szczęki” nakręcił, kiedy miał 20 lat. A jego „Jurassic Park” zarobił prawie miliard dolarów. Dziś język kina zmienia się pod wpływem social mediów, YouTube’a, TikToka. Śmieszne filmiki, czy nam się to podoba, czy nie, zmieniają wizualne uniwersum. Curry Barker idealnie to wyczuwa.