Mam problem ze światem. Jest zbyt intensywny i za szybki. Poczucie samotności i smutku jest w nim bardzo silne. Mam wrażenie, że wszyscy jesteśmy w jakiś sposób uzależnieni. Ja też. Jesteśmy uzależnieni od rzeczywistości — mówi w „Rachunku sumienia” Jakub Skrzywanek, dyrektor ds. artystycznych Narodowego Starego Teatru w Krakowie, reżyser spektaklu „Requiem dla snu”.
Teatr zawsze jest polityczny. Nawet jeśli wydaje się niegroźny, może mieć realny wpływ. W Polsce zawsze taki był i myślę, że tak zostanie — mówi Skrzywanek.
W Starym Teatrze w Krakowie i w warszawskim Teatrze Studio można zobaczyć koprodukcję w jego reżyserii — „Requiem dla snu”. To sztuka inspirowana książką Huberta Selby’ego i filmem Darrena Aronofsky’ego. Twórcy sięgają po znany materiał, ale traktują go jako punkt wyjścia do opowieści o współczesności, a nie prostą adaptację.
— To spektakl o świecie, w którym żyjemy. O uzależnieniach i zerwanych relacjach — mówi Skrzywanek.
Reżyser tłumaczy, że pracując nad spektaklem, nie chciał tworzyć jedynie historii o narkotykach. Interesowało go szersze tło i to, jak wygląda rzeczywistość, w której funkcjonują jego bohaterowie. Podkreśla też, że od kilku lat mierzy się z napięciem między teatrem zaangażowanym społecznie a bardziej osobistym sposobem opowiadania. Przypomina swoje wcześniejsze spektakle, które wprost odnosiły się do aktualnych wydarzeń i debat publicznych. Wymienia „Mein Kampf”, przygotowany w Teatrze Powszechnym niedługo po marszu środowisk skrajnie prawicowych, oraz „Spartakusa”, gdzie pojawiał się temat psychiatrii dziecięcej. Wspomina też działania symboliczne, takie jak organizowanie w teatrze ceremonii dla par jednopłciowych.
— Z jednej strony chcę pokazywać sprawczość oraz spełniać marzenia na scenie. Czasami to się udaje. Z drugiej strony bywa tak, że chcę się zatrzymać i zadać sobie proste pytanie o to, jak się czuję.
Szybciej niż pizza
W tym miejscu rozmowa przechodzi do „Requiem dla snu” jako obrazu współczesnego świata. Nie chodzi wyłącznie o uzależnienia, ale o szerszy stan społeczny.
— Masz problem z narkotykami? — pyta prowadząca.
— Mam problem raczej ze światem. Jest zbyt intensywny i za szybki. Poczucie samotności i smutku jest w nim bardzo silne. Mam wrażenie, że wszyscy jesteśmy w jakiś sposób uzależnieni. Ja też. Jesteśmy uzależnieni od rzeczywistości.
Skrzywanek opisuje w spektaklu świat, w którym dostęp do substancji jest niezwykle łatwy. Ten motyw nie ma jednak służyć sensacji, lecz pokazaniu pewnej normy. — Można zamówić narkotyki szybciej niż jedzenie, nawet w kilkanaście minut. Pisał o tym „Newsweek”. Jednak dla mnie to nie jest sensacja. To rzeczywistość, w której żyję.
W jego ocenie ta łatwość dostępu jest symbolem większego problemu. Pokazuje rozdźwięk między oficjalnymi zasadami a tym, jak życie wygląda w praktyce. — Z jednej strony mamy restrykcyjne prawo, z drugiej ogromną dostępność. Wszyscy o tym wiedzą, lecz mało kto reaguje. Często słyszę: wszyscy wiedzieli, ale nikt nic nie powiedział.
Dodaje, że nie skupia się na samych uzależnieniach, lecz na ich źródłach. Najważniejsze jest dla niego pytanie o brak, który ludzie próbują zapełnić. — Pytanie brzmi, dlaczego tego potrzebujemy. Co próbujemy w sobie wypełnić. Chodzi o pewien deficyt, o głód, którego nie umiemy nazwać ani opisać.
„Nikt nie pytał, jak się czuję”
Ten brak, jego zdaniem, ma związek z doświadczeniem całego pokolenia. Mówi o sobie jako o typowym przedstawicielu milenialsów.
— Słyszeliśmy całe życie, że mamy ogromne możliwości i że powinniśmy osiągnąć wszystko. Poprzeczka była bardzo wysoko. To była pierwsza generacja, od której tak wiele oczekiwano.
Równocześnie brakowało języka do mówienia o emocjach. — Pytano mnie, kim będę i co robię. Nigdy nie padło pytanie, jak się czuję. To jest dla mnie bardzo ważne. Osiągamy wiele jako jednostki i jako społeczeństwo, ale to nie oznacza, że jesteśmy szczęśliwi.
W jego opisie współczesność to stan ciągłego napięcia, mający także głębsze źródła historyczne. — Jesteśmy w poczuciu ciągłego zmęczenia. W jakimś społecznym napięciu. Myślę, że dźwigamy również traumy poprzednich pokoleń.
Odwołuje się do własnej historii rodzinnej: przesiedleń, spalonych domów, doświadczenia Sybiru i wojny. — W mojej rodzinie wszyscy dziadkowie urodzili się na terenach, które dziś nie należą do Polski. Domy były niszczone, ludzie wypędzani, część rodziny zginęła albo została wywieziona. To są historie, z którymi nikt w tym kraju nie pracował. Nikt o to nie pytał.
Strach przed rozmową
Do tego dochodzi współczesne środowisko technologiczne, które działa według innych zasad niż wcześniejsze światy społeczne.
— Funkcjonujemy w systemie, który jest nastawiony na ciągłe dostarczanie bodźców. To jest świat zaprojektowany tak, żeby nas pobudzać i przyciągać naszą uwagę.
Skrzywanek mówi też o zmianie relacji międzyludzkich. Zwraca uwagę, że kontakt bezpośredni staje się coraz trudniejszy.
— Coraz trudniej o zwykłą rozmowę. Znam osoby, które mówią wprost, że nie odbierają telefonów. Wolą otrzymać wiadomość, odsłuchać ją i odpowiedzieć później, bo wtedy mają poczucie kontroli.
Sam zdecydował się na radykalny krok — zrezygnował z mediów społecznościowych.
— Od dwóch lat mnie tam nie ma. I to była duża ulga. Mam więcej spokoju i więcej czasu. Zacząłem chodzić na spacery i patrzeć na rzeczywistość inaczej. Widzę, że zaczynam nie rozumieć świata, który się tam dzieje. Mam poczucie, że on trochę mi odjeżdża. Zastanawiam się, czy w pewnym momencie nie stracę kontaktu ze społeczeństwem.
W jego myśleniu teatr pozostaje miejscem, gdzie można jeszcze spotkać się bezpośrednio i spróbować coś wspólnie przeżywać. Nawet jeśli pojawiają się konflikty i napięcia, nie chce ich unikać. — To ma być przestrzeń spotkania. Miejsce, gdzie można pokazać napięcia i spróbować je zrozumieć, a nie udawać, że ich nie ma.

