Nowe stanowisko Donalda Trumpa w sprawie zakupów amerykańskiej ziemi przez Chińczyków jest sprzeczne nie tylko z polityką jego własnej administracji, lecz także oczekiwaniami farmerów. — Widok chińskich właścicieli ziemi jest trudny do zaakceptowania — mówi „Newsweekowi” Chet Erdinger, rolnik z Dakoty Południowej. W całej sprawie chodzi też o bezpieczeństwo narodowe.

Deklaracje Donalda Trumpa oznaczają zwrot o 180 stopni i odejście od jego twardego stanowiska wobec posiadania przez Chińczyków amerykańskich gruntów rolnych. Wywołały one niepokój wśród rolników oraz osób zajmujących się bezpieczeństwem narodowym, już wcześniej wskazujących na zagrożenia związane z rosnącą obecnością Pekinu w amerykańskim rolnictwie.

— Chcecie, żeby ceny ziemi rolnej spadły, żeby rolnicy stracili mnóstwo pieniędzy? Wystarczy wycofać chiński kapitał z rynku — komentował Trump, pytany o zakupy ziemi przez obywateli Chin w programie Seana Hannity’ego w Fox News. Największe kontrowersje budzą zakupy gruntów w pobliżu instalacji wojskowych.

Słowa Donalda Trumpa padły w trudnym momencie dla amerykańskiej wsi. Rolnicy już zmagają się z niskimi cenami płodów rolnych, wysokimi kosztami nawozów, niestabilnością handlową i niepewnością wokół eksportu rolnego do Chin. Dla wielu obrona chińskich inwestycji przez Trumpa stała się kolejnym źródłem frustracji w i tak już bardzo trudnej sytuacji gospodarczej.

— Chińscy nabywcy kupują tysiące i tysiące akrów ziemi rolnej, rancza i grunty położonych w pobliżu baz wojskowych — zauważył prowadzący Fox News.

Trump odpowiedział argumentami rynkowymi. Stwierdził, że wycofanie chińskich inwestycji spowodowałoby załamanie cen ziemi, a rolnicy zostaliby z bezwartościowymi aktywami. Za brak działań obwinił poprzednie administracje. — Chińczycy mają tę ziemię od dawna. [Były prezydent Barack] Obama nic z tym nie zrobił.

To spojrzenie pomija jednak odczucia samych rolników.

Chet Erdinger, rolnik uprawiający kukurydzę i soję w Mitchell w Dakocie Południowej, powiedział „Newsweekowi”, że słowa Trumpa padły w bardzo trudnym dla rolników okresie — przy wysokich kosztach produkcji, niskich cenach i niepewności handlowej.

— Nie potrzebujemy, by Chiny były właścicielami amerykańskiej ziemi rolnej. Chińczycy są bardzo przebiegli i metodyczni w swoich działaniach. Jeśli pozwolimy im kupować ziemię, trudno przewidzieć, jak będą ją wykorzystywać w przyszłości — mówił Erdinger.

Zwrócił uwagę, że chińscy inwestorzy mogą deklarować jedne zamiary podczas zakupu, ale później sytuacja może się zmienić. — Widok chińskich właścicieli ziemi jest trudny do zaakceptowania, a zaufanie im jeszcze trudniejsze — mówił.

Politycy oraz lokalne społeczności w całych Stanach Zjednoczonych coraz częściej wyrażają obawy związane z zakupami ziemi przez obywateli Chin, w tym gruntów położonych w pobliżu strategicznych obiektów, takich jak bazy wojskowe. W niektórych miejscowościach mieszkańcy protestowali przeciwko planowanym inwestycjom chińskich firm: od zakładów przetwórstwa rolno-spożywczego w Północnej Dakocie po fabryki w Michigan.

Brian Reisinger to rolnik z Wisconsin. Jego rodzina od czterech pokoleń uprawia ziemię. Reisinger napisał też książkę „Land Rich, Cash Poor” [„Bogaty w ziemię, ubogi w gotówkę”]. Przed wyjazdem Trumpa do Chin mówił, że amerykańskie rodziny rolnicze są „pod oblężeniem ze strony Chin”. Podkreślał, że chińskie zakupy ziemi wywołały „ogromny niepokój” wśród społeczności wiejskich.

— To głęboki dylemat, bo z jednej strony Chiny są największym partnerem handlowym USA w rolnictwie, a z drugiej — naszym największym rywalem — powiedział Reisinger „Newsweekowi”.

Dodał, że chińskie inwestycje w ziemię pogłębiają inne zagrożenia związane z handlem. — Oprócz tego, w jaki sposób praktyki handlowe Chin wpływają na ceny dla rolników i konsumentów w USA, wykup ziemi rolnej w Stanach Zjednoczonych stanowi zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa narodowego i bezpieczeństwa żywnościowego — stwierdził.

David Feith, były urzędnik Departamentu Stanu, który pracował nad polityką wobec Chin w pierwszej i drugiej kadencji Trumpa, ostrzegał wcześniej, że własność ziemi w pobliżu strategicznych obiektów może być poważnym zagrożeniem w dobie nowoczesnych technik inwigilacyjnych.

— Możliwość posiadania dużych areałów ziemi, szczególnie blisko wrażliwych obiektów wojskowych i rządowych w USA, może stanowić ogromny problem — mówił Feith w wywiadzie dla CBS w ubiegłym roku.

Wypowiedzi Trumpa w Pekinie wydają się stać w sprzeczności z polityką, którą promowała jego administracja w ostatnim roku.

W lipcu 2025 r. Departament Rolnictwa ogłosił „Narodowy Plan Działań na rzecz Bezpieczeństwa Rolnictwa”, mający na celu ograniczenie przyszłych zakupów ziemi przez chińskich inwestorów i wymuszenie sprzedaży już posiadanej przez nich ziemi rolnej.

Sekretarz rolnictwa Brooke Rollins przedstawiła wtedy inicjatywę w bardzo stanowczych słowach.

— Amerykańskie rolnictwo to nie tylko żywność dla naszych rodzin, ale także ochrona kraju i stawienie czoła zagranicznym przeciwnikom, którzy wykupują naszą ziemię, kradną nasze badania i tworzą groźne luki w bezpieczeństwie — mówiła Rollins.

Na początku tego roku Trump podpisał również memorandum dotyczące bezpieczeństwa narodowego, nakierowane na inwestycje zagranicznych przeciwników, w tym Chin, w sektory związane z rolnictwem i produkcją żywności.

Obecnie te inicjatywy utknęły w martwym punkcie.

Sprawą zainteresowali się republikańscy politycy. John Moolenaar z Michigan, przewodniczący Specjalnej Komisji ds. Chin w Izbie Reprezentantów, przedstawił w tym tygodniu ponadpartyjny projekt ustawy poszerzający uprawnienia Komitetu ds. Inwestycji Zagranicznych w Stanach Zjednoczonych (CFIUS) w zakresie transakcji dotyczących ziemi w pobliżu baz wojskowych i kluczowej infrastruktury.

— Bezpieczeństwo żywnościowe to bezpieczeństwo narodowe, a nie możemy pozwolić, by zagraniczni przeciwnicy pokroju Chin wykupywali amerykańską ziemię rolną w pobliżu naszych najwrażliwszych baz wojskowych i strategicznych obiektów infrastruktury — powiedział Moolenaar w oświadczeniu.

Krytycy chińskich zakupów ziemi podkreślają, że nie chodzi tylko o kwestie ekonomiczne, ale o długoterminowy wpływ strategiczny i kontrolę nad kluczową infrastrukturą oraz systemami żywnościowymi.

Dla wielu rolników jednak debata o chińskim właścicielstwie jest przede wszystkim wyrazem szerszej frustracji związanej z niestabilnością i niepewnością polityki rolnej.

Ta niestabilność wynika z nakładających się kryzysów energetycznych, handlowych i geopolitycznych. Nasilenie amerykańskich operacji wojskowych wobec Iranu pod koniec lutego sprawiło, że Cieśnina Ormuz — kluczowy szlak dla światowych dostaw nawozów — stała się punktem zapalnym, co podbiło koszty dla rolników wraz ze wzrostem cen paliw i ropy.

Jednocześnie, narastające napięcia handlowe z Chinami, wywołane taryfami celnymi, prawie całkowicie zahamowały eksport soi, która historycznie była jednym z najważniejszych produktów rolnych USA. W rezultacie lukę tę wypełniła Brazylia.

Półtora roku po objęciu władzy przez Trumpa Erdinger, rolnik z Dakoty Południowej, powiedział „Newsweekowi”, że rolnicy są coraz mniej zainteresowani polityczną retoryką, a coraz bardziej — rozwiązaniami zapewniającymi stabilny popyt i przewidywalny rynek.

— Musimy przegłosować ustawę umożliwiającą całoroczną sprzedaż paliwa E-15 [to benzyna z dodatkiem 15 proc. biokomponentów — przyp. tłum] — powiedział, odnosząc się do projektu dopuszczającego sprzedaż benzyny z dodatkiem etanolu przez cały rok. Wyjaśnił, że wyjątki dla małych rafinerii, przewidziane w projekcie, wprowadzają dodatkową niepewność.

— Przez to polityka zaczyna mieszać się z decyzjami różnych administracji i urzędników. Jednego roku można używać E-15, innego już nie.

To, czego rolnikom potrzeba — podkreśla Erdinger — to jednolita polityka i stabilny popyt rynkowy. — Jeśli wzrośnie zapotrzebowanie na nasze plony, będziemy mieli lepsze ceny, lepszą sytuację finansową i silniejszą gospodarkę wiejską.

Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version