Gdy przez lata jesteśmy „dzielni”, „rozsądni”, „sprawczy” i „niekłopotliwi”, przeciążeni zadaniami, służeniem innym czy robieniem kariery, potrzebujemy misji pobocznej. Czegoś, co robimy niezależnie od naszych życiowych ról. Czegoś, co pozwala poczuć, że żyjemy. Czym są misje poboczne i dlaczego są cenne dla naszego dobrostanu?
Misja poboczna to aktywność, którą wybieramy dobrowolnie, względnie autonomicznie i poza centralnymi rolami społecznymi. Nie jest częścią naszej pracy, nie musi służyć rodzinie, karierze, rozwojowi marki osobistej ani poprawie wyników. Nie musi być rozsądna, opłacalna, prestiżowa ani mierzalna. Jej głęboki sens nie polega na tym, że jakaś część nas — często zapomniana — może dzięki niej istnieć. To, czy coś jest misją poboczną, zależy od funkcji psychicznej, jaką pełni w naszym życiu. Bieganie może być przestrzenią wolności, ale może też być przymusem kontrolowania ciała. Zajęcia z ceramiki mogą być kontaktem z materią i twórczością, ale mogą stać się kolejnym polem perfekcjonistycznej oceny. Nauka języka może być przygodą, ale może też być neurotycznym dowodem, że „cały czas nad sobą pracuję”. Nie chodzi więc o to, co robimy. Chodzi o to, jaką część siebie powołujemy do życia.
Kiedy życie robi się zbyt wąskie
Jednym ze źródeł cierpienia dorosłych ludzi jest zawężenie życia do aktywności użytecznych. Ktoś jest matką, partnerką, córką, pracowniczką, terapeutką, menedżerem, opiekunem, osobą od rozwiązywania problemów. Te role są ważne. Bywają piękne, sensowne i głęboko potrzebne. Problem zaczyna się wtedy, gdy poza nimi nie zostaje już nic.
Można to nazwać kolonizacją tożsamości przez funkcje. Człowiek zaczyna doświadczać siebie przede wszystkim jako narzędzia do osiągania celów, spełniania oczekiwań, utrzymywania relacji, zabezpieczania codzienności i odpowiadania na cudze potrzeby. Jego wewnętrzne życie krąży wokół pytań: „co jest do zrobienia?”, „czego ktoś ode mnie potrzebuje?”, „co powinnam?” itp. Bardzo mało zostaje wtedy przestrzeni na pytanie: „czego ja chcę?”.
Misje poboczne są jednym ze sposobów odzyskiwania doświadczenia siebie jako podmiotu. Nie jako osoby przydatnej, skutecznej, potrzebnej, dostępnej, kompetentnej, lecz jako kogoś żywego. Kogoś, kto ma ciekawość, pragnienia, ciało, rytm, kaprysy, zachwyty, impulsy, nieoczywiste zainteresowania. Kogoś, kto nie tylko odpowiada światu, ale też sam coś wybiera.
To szczególnie ważne u ludzi przeciążonych opieką, macierzyństwem, pracą emocjonalną, pomaganiem, edukacją, odpowiedzialnością albo wieloletnim relacyjnym dostosowywaniem się. U osób, które przez lata były „dzielne”, „rozsądne”, „sprawcze” i „niekłopotliwe”, misja poboczna bywa pierwszym od dawna miejscem, gdzie szukają odpowiedzi na pytanie o to, kim są dla samych siebie.
Mikrodoświadczenie wolności
W teorii autodeterminacji Edwarda Deciego i Richarda Ryana dobrostan człowieka wiąże się z trzema podstawowymi potrzebami psychicznymi: autonomią, kompetencją i relacyjnością. Szczególnie ważna jest tu autonomia, czyli doświadczenie, że wybiera się, a nie reaguje wyłącznie pod presją przymusu, wstydu, lęku, winy albo cudzych oczekiwań.
W dzieciństwie znaczna część życia ma charakter misji pobocznych. Dzieci rysują, kopią patykiem w ziemi, wymyślają światy, biegają bez celu, zbierają kamienie, budują bazy, śpiewają, przebierają się, tworzą zasady gier, które za chwilę zmienią. W ich działaniach często jest dużo motywacji autonomicznej: „chcę”, „ciekawi mnie”, „spróbuję”, „zobaczę, co się stanie”.
Dorosłość bardzo często nas tego pozbawia. Uczy, że trzeba robić rzeczy, których nie chcemy. I oczywiście to również jest część dojrzewania. Nie wszystko w życiu ma być przyjemne. Są zobowiązania, zależności, odpowiedzialność. Problem pojawia się wtedy, gdy motywacja kontrolowana staje się jedynym paliwem życia. Robimy coś, bo tak trzeba, bo ktoś się obrazi, bo będziemy czuć się winni, bo wypadniemy gorzej, bo nie zdążymy, bo zostaniemy ocenieni, bo stracimy kontrolę, bo okażemy się niewystarczający.
Misja poboczna przywraca w życiu małe doświadczenie wolnej woli. Robię coś nie dlatego, że muszę. Nie dlatego, że ktoś mnie rozliczy. Nie dlatego, że to poprawi moje CV, ciało, związek, konto albo pozycję społeczną. Robię to dlatego, że chcę. Samo działanie jest już wystarczająco cenne.
W świecie, w którym tak wiele obszarów życia podlega presji efektywności, taka aktywność jest potrzebnym nam wszystkim buntem. Nie spektakularnym, niekoniecznie widocznym dla innych, ale bardzo głębokim. To bunt przeciwko życiu, które ma być wyłącznie użyteczne.
Newsweek Psychologia już dostępny
Foto: Materiały prasowe
Regulacja bez leżenia na kanapie
Misje poboczne bywają też sposobem regulowania układu nerwowego. Wiele osób żyje dziś w stanie przewlekłej mobilizacji. Nawet odpoczynek potrafimy zamienić w zadanie: trzeba odpocząć efektywnie, zregenerować się szybko, wrócić do formy, odzyskać produktywność.
Ciało długo utrzymywane w trybie zadaniowo-obronnym zaczyna traktować świat jak miejsce, gdzie zawsze coś trzeba zabezpieczyć. Człowiek niby nie jest w bezpośrednim zagrożeniu, ale jego organizm działa tak, jakby ciągle musiał dowodzić, przewidywać i zapobiegać katastrofie.
Dobra misja poboczna przełącza system z trybu wydajności i zagrożenia w tryb eksploracji oraz zaangażowania. To nie jest bierny odpoczynek. Nie chodzi o zapadnięcie się w kanapę, odcięcie, scrollowanie albo znieczulenie. Chodzi o aktywność, w której są energia, ciekawość i obecność, ale nie ma presji przetrwania. Nie ma lęku przed porażką, konieczności dowiezienia wyniku, sprawdzianu z wartości człowieka.
To szczególny rodzaj regeneracji: nie przez wyłączenie, ale przez żywy kontakt. Z ciałem, materiałem, ruchem, dźwiękiem, naturą, słowem, kolorem, rytmem. Z czymś, co nas nie rozlicza, ale zaprasza.
Żywotność, depresja i powrót do świata
W depresji jednym z kluczowych doświadczeń jest utrata dostępu do przyjemności, energii, inicjatywy i wyobrażenia przyszłości jako czegoś, co może pociągać. Osoba cierpiąca nie tylko nie ma siły. Często traci również wewnętrzne poczucie, że cokolwiek jest warte zaangażowania. Świat przestaje zapraszać.
Misja poboczna nie leczy depresji. Hobby nie zastąpi psychoterapii, leczenia psychiatrycznego, wsparcia, diagnozy ani realnego zajęcia się cierpieniem. Ale w procesie zdrowienia ważne bywa stopniowe odbudowywanie zdolności do zainteresowania, przyjemności, kontaktu z wartościami i poczucia kompetencji.
W terapii behawioralnej depresji, zwłaszcza w aktywizacji behawioralnej, duże znaczenie ma powrót do działań, które są zgodne z wartościami, dają choćby minimalne poczucie sprawczości i pomagają przerwać spiralę wycofania. U osoby w ciężkim stanie takim początkiem może być mikrodecyzja: co zjem na śniadanie, czy wyjdę na pięć minut na spacer. U osoby zdrowej, lecz wypalonej i odciętej od siebie, misja poboczna może być sposobem zwiększania wskaźnika żywotności.
Żywotność to nie euforia. To poczucie, że coś we mnie ciekawi się światem. Że jestem nie tylko organizmem do obsługiwania zadań, ale kimś, kto może jeszcze czegoś pragnąć, czegoś się nauczyć, czymś się zachwycić, za czymś pójść bez gwarancji sukcesu.
Kiedy pasja staje się ucieczką
Nie każda misja poboczna jest zdrowa tylko dlatego, że nie jest pracą. Aktywność sama w sobie jest neutralna. Jej znaczenie zależy od tego, czy zwiększa kontakt ze sobą, czy pomaga go unikać.
Misja poboczna może chronić przed znużeniem, bezsensem i utratą żywotności. Może też stać się sposobem obrony przed konfliktem psychicznym. Ktoś zapisuje się na kolejne kursy, bo nie chce uznać, że nie znosi swojej pracy. Ktoś obsesyjnie biega, bo nie może wytrzymać bezruchu i smutku, który pojawia się, gdy ciało wreszcie się zatrzymuje. Ktoś ciągle remontuje dom, bo łatwiej rozmawiać o ścianach niż o małżeństwie. Ktoś robi z pasji całą tożsamość, bo poza nią nie wie, kim jest.
Proste kliniczne rozróżnienie brzmi tak: dobra misja poboczna sprawia, że jesteśmy bardziej obecni w swoim życiu. Lepiej siebie czujemy, rozumiemy, odzyskujemy ciekawość i sens. Aktywność unikowa oddala nas od tego, co istotne. Po niej jesteśmy bardziej odcięci, znieczuleni, rozproszeni. Życie nie poszerza się, tylko zawęża. Pojawia się przymus zamiast wyboru. Panika na myśl o rezygnacji. Relacje zaczynają tracić, a my nie potrafimy się zatrzymać.
Warto więc pytać nie tylko: „co robię?”, ale też: „Co ta aktywność robi ze mną? Czy wracam po niej do życia bardziej obecna, czy bardziej nieobecna? Czy pomaga mi czuć, czy pomaga nie czuć? Czy daje mi wolność, czy tworzy nowy obowiązek?”.
Prawo do amatorstwa
Jedną z bardziej okrutnych cech współczesnej kultury jest to, że odbiera ludziom nie tylko czas, ale też prawo do amatorskości. Kiedyś można było śpiewać, choć nie umiało się śpiewać. Można było tańczyć bez bycia tancerką, malować bez wystawy, pisać bez publikacji, grać bez nagrywania, uczyć się bez planu monetyzacji.
Dziś bardzo szybko pojawiają się pytanią: „Czy jestem w tym wystarczająco dobra? Czy mam talent? Czy warto to pokazać? Czy mogę z tego zrobić markę? Czy to się rozwinie? Czy ta aktywność potwierdzi moją wyjątkowość?”.
W ten sposób misje poboczne zostają wystawione na rynek. Zamiast być przestrzenią wolności, stają się kolejnym miejscem oceny. Kolejnym egzaminem z potencjału.
Tymczasem psychicznie potrzebujemy aktywności, w których wolno nam być przeciętnymi. Początkującymi. Nieprofesjonalnymi. Niekonsekwentnymi. Takimi, którzy nie mają strategii, widowni ani efektu końcowego. To działa jak antynarcystyczne lekarstwo w kulturze narcystycznej. Przypomina, że doświadczenie nie musi budować naszego wizerunku, żeby było wartościowe.
Nie musimy być wyjątkowi, żeby coś miało sens. Możemy robić coś zwyczajnie, średnio, niedoskonale, po swojemu. I nadal może to być bardzo ważne.
Kobiety i przestrzeń tylko dla siebie
Misje poboczne mają też wymiar płciowy. Kobiety są częściej socjalizowane do bycia w relacji, przewidywania potrzeb innych, wykonywania pracy emocjonalnej, współczucia, współpracy, łagodzenia napięć i dbania o wspólne pole. Częściej też bywają rozliczane z egoizmu. Dlatego aktywność „tylko dla mnie” może budzić w nich nieproporcjonalne poczucie winy.
Dla wielu kobiet odkrycie, że mają prawo do przestrzeni tylko dla nich, jest doświadczeniem wyzwalającym. Nie chodzi o wielką rewolucję. Czasem chodzi o dwie godziny w tygodniu, których nie trzeba nikomu uzasadniać. O zajęcia, na które idę nie dlatego, że będą dobre dla dzieci, związku, domu, zdrowia albo pracy. Idę, bo chcę. Bo moje pragnienie też jest wystarczającym powodem.
Bez takiego obszaru kobieta zaczyna doświadczać siebie jak przestrzeni publicznej. Każdy może wejść, poprosić, skomentować, ocenić, użyć, zająć miejsce. Misja poboczna staje się wtedy granicą. Pokazuje: istnieje we mnie terytorium, które nie jest do dyspozycji innych ludzi.
Ten temat dotyczy także mężczyzn, zwłaszcza tych, którzy nauczyli się, że ich czas musi być związany z zarabianiem, naprawianiem, zabezpieczaniem, wspieraniem albo byciem silnym. Oni również potrzebują prawa do aktywności, nie tej, która potwierdza ich użyteczność, ale przywraca kontakt z własnym życiem.
Małe transformacje zamiast wielkich rewolucji
Kultura kocha wielkie transformacje. Zmień pracę. Wyjedź. Rozwiedź się. Załóż firmę. Zacznij od nowa. Przepisz całe życie. Zrób spektakularny zwrot akcji.
Psychika często potrzebuje czegoś znacznie subtelniejszego — drobnych transformacji, które rozszczelniają sztywne narracje o nas samych. Zacznij śpiewać. Kup szkicownik. Idź na zajęcia. Naucz się nazw drzew. Napisz jedną stronę książki. Ugotuj coś bez przepisu.
W dorosłości łatwo uwierzyć, że wiemy już, kim jesteśmy. Czego nie umiemy. Co nam nie wychodzi. Na co jest za późno. Co nie pasuje do naszego wieku, temperamentu, pozycji, obowiązków. Tożsamość zaczyna twardnieć jak skamielina.
Misje poboczne pomagają ją rozpuścić. Pozwalają zapytać: kim jeszcze mogę się stać, choćby w małej skali? Nie po to, by wszystko zmieniać. Nie po to, by natychmiast budować nową karierę. Ale po to, by odzyskać przestrzeń do ciągłego odkrywania siebie na nowo.
Własny pokój we własnym życiu
Posiadanie misji pobocznych jest jednym z najbardziej niedocenianych systemów odporności psychicznej. Dzięki nim odpoczywamy, ale nie znikamy. Budujemy sprawczość, ale bez przemocy wobec siebie. Realizujemy potrzeby, ale nie zamieniamy wszystkiego w projekt. Odzyskujemy ciekawość świata i siebie samych.
Dlatego misja poboczna nie musi być wielka. Nie musi mieć nazwy, planu, efektu ani publiczności. Może być odważną fanaberią. A fanaberie są czasem jedynym dowodem na to, że człowiek nie dał sobie odebrać prawa do życia po swojemu. Bo dorosłość zaczyna się wtedy, gdy odkrywamy, że życie czasem rozczarowuje. Ale dojrzałość być może zaczyna się chwilę później: gdy mimo wszystko znajdujemy w nim własny pokój, własny margines wolności, własną ciekawość. I coś, co robimy tylko dlatego, że chcemy.
Joanna Flis — psycholożka, psychoterapeutka, naukowczyni, pedagożka. Autorka podcastu „Madame Monday” i książek „Współuzależnieni” oraz „Madame Monday. Po dorosłemu”. Od wielu lat prowadzi praktykę terapeutyczną i warsztaty rozwojowe w sieci i poza nią

