To jest w sumie spory sukces, żeby 3000 lat po premierze książka wciąż inspirowała nie tylko do dyskusji, ale i do gorących kłótni. Albo może my w Polsce po prostu jesteśmy akurat takim krajem, że wciąż czytamy wyłącznie Homera.
Nie miałam o tym wcześniej pojęcia, ale po „Odysei” Christophera Nolana wszyscy nagle zaczęli zabierać głos z takim zaangażowaniem, jakiego dawno nie obserwowałam. Przeczytałam mnóstwo krytycznych głosów, dotyczących właściwie wszystkiego: że scenariusz niedobry, że bogów za mało, że Odyseusz wcale nie wyglądał jak Matt Damon, że było naprawdę inaczej, że kobiet za mało, że Helena nie była wystarczająco piękna. Niektórzy tak się rozgorączkowywali, że zgoła nieelegancko szastali wulgaryzmami.
Pomyślałam sobie, że może należy w takim razie po prostu obejrzeć, i powiem Państwu, że to była znakomita decyzja, bo dawno nic mnie tak nie wyjęło z rzeczywistości, tak mną nie zawładnęło, nie wciągnęło, jak ta opowieść o człowieku próbującym wrócić do siebie. Odys Nolana to — zgodnie z Homerem — polityk słynący ze sprytu, dzielny wojownik, któremu udaje się nieraz torować sobie drogę mieczem i po trupach iść do celu. Klamrę opowieści stanowią sceny ze zdobytej w końcu przez Achajów po dziesięcioletnim oblężeniu Troi, której bramy udaje się sforsować dzięki podstępowi. Naczelną zasadą moralną, powracającą jak refren, jest w filmie zasada gościnności, najważniejsze prawo Dzeusa.
Nie chcę za bardzo wchodzić w szczegóły, żeby nie odebrać nikomu radości biorącej się z zaskoczenia, więc napiszę tylko, że jest to taka wersja „Odysei”, która, choć w żadnym razie na szczęście nie sili się na proste 1:1 zestawienia z naszymi czasami, jest właśnie w swojej wierności duchowi opowieści Homera tak poruszająco aktualna, że aż momentami zatyka. To jest opowieść o końcu epoki, o wyruszaniu w nieznane nowe, o naturze człowieka, która wcale nie jest przesadnie szlachetna, o zagubieniu rozbitka, o losie, nad którym nie panują ani ludzie, ani bogowie, o samotności, o żałobie i śmierci, o wiernej miłości i o przezwyciężaniu własnych obciążeń, traum, rozpaczy po złych decyzjach i ich tragicznych skutkach.
Ważnym wątkiem jest także nie tyle wiara, w sensie wiary w bogów z Olimpu, ile zawierzenie losowi, oddanie się we władanie fatum, zrozumienie, że po tym, jak się mu stawiało czoła przez długie lata, w końcu przychodzi taki moment, kiedy człowiek nie ma wyjścia innego niż akceptacja. I że dopiero wtedy można powrócić do domu, choćby na chwilę, zanim trzeba będzie ruszyć w nową wędrówkę.
Na szczęście oprócz internetowych specjalistek i specjalistów od homeryckiej strofy mamy świeżo wydaną książkę prof. Marka Węcowskiego „Homer na nasze czasy” i można sobie do tego ogromnego tomu sięgnąć po to, żeby dowiedzieć się o tym, jak to wszystko rzeczywiście z największym prawdopodobieństwem wyglądało. Profesor Węcowski jest człowiekiem z pasją, która się czytelnikom udziela, sprawiając, że trudno się od tej opowieści oderwać i porzucić lekturę.
Wśród mnóstwa ciekawych wątków szczególnie zainteresowało mnie uznanie przez profesora na podstawie dogłębnej analizy „Iliady” i „Odysei”, że Homer nie tylko istniał (choć wielu to kwestionowało), ale że Poetów najprawdopodobniej było dwóch. Ten starszy, pewnie mistrz, napisał pierwszy poemat, a drugi, jego genialny uczeń, podjął trud kontynuacji. Jest to teza śmiała, ale świetnie uzasadniona i wiele naprawdę wyjaśnia. Dowiemy się też z tej książki, dlaczego właśnie w VIII w. p.n.e. możliwy stał się taki wykwit geniuszu, jak się do tego ma nie tylko sytuacja ekonomiczna, ale i polityczna. Jest o Troi — tej z poematów, ale i tej, której bezskutecznie poszukiwano przez stulecia. Marek Węcowski pisze o wyobraźni, o tym, jakie ma ona znaczenie dla wspólnoty, o relacjach z bogami, o tych, co Homera kochali (tych było zdecydowanie więcej), i o tych, którzy go zapamiętale krytykowali. W najgorszej sytuacji był chyba filozof Ksenofanes z Kolofonu, nauczyciel wielkiego Parmenidesa, który choć zarabiał na życie jako wędrowny rapsod, deklamując „Iliadę” i „Odyseję”, to Homera nie cierpiał i pisał wiersze przeciwko niemu. Ksenofanes miał Poecie za złe antropomorfizację bogów, bo przecież oni niczego wspólnego z ludźmi nie mają. „Gdyby konie i woły umiały malować, malowałyby bogów podobnych sobie”, pisał ze złością.
Nie czytajcie internetowych recenzji. Idźcie do kina, pozwólcie sobie na zachwyt, przeżyjcie wzruszenie. A potem wróćcie do domu czytać Węcowskiego. Świetnie wam to zorganizowałam!

