Ludzie są wszystkożerni. Podobnie jak nasi najbliżsi krewni (szympansy) możemy przeżyć bez mięsa, ale ok. 2,6 mln lat temu nasi przodkowie hominidy zaczęli zwiększać ilość spożywanego mięsa. Dowody archeologiczne sugerują, że spożycie mięsa w prehistorii było zmienne, prawdopodobnie napędzane zarówno praktykami kulturowymi, jak i lokalną dostępnością. Fragment książki „Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać” Liama Shawa.
Ale w czasach współczesnych wszystko się zmieniło. Gdyby globalne spożycie mięsa w ciągu istnienia gatunku ludzkiego przedstawić na wykresie od 2,6 mln lat temu do dziś, najbardziej zauważalna zmiana nastąpiłaby po 1950 r. W drugiej połowie XX w. ilość spożywanego mięsa na osobę mniej więcej się podwoiła. Przeciętny obywatel świata zjada obecnie ponad 40 kg rocznie, przeciętny Amerykanin trzy razy tyle.
Ten gwałtowny wzrost stał się możliwy po części właśnie poprzez antybiotyki. W Boże Narodzenie 1948 r. przypadkowe odkrycie ujawniło rolę, jaką antybiotyki mogły odegrać w tworzeniu nowego świata obfitości: utopii, w której technologia pozwalała na produkcję mięsa po niższych kosztach niż kiedykolwiek wcześniej.
Turbodoładowany wzrost kurczaków
Thomas Jukes był amerykańskim biochemikiem pracującym dla firmy Lederle, producenta Aureomycyny, jednego z nowych antybiotyków tetracyklinowych. Masowy wzrost produkcji Aureomycyny powodował również ogromne ilości odpadów, a po wyhodowaniu gigantycznych ilości Streptomyces aureofaciens i ekstrakcji antybiotyku firma musiała poradzić sobie z pozostałościami. Były one wyrzucane do pobliskiego jeziora, ale znalezienie sposobu wykorzystania tych pozornie bezużytecznych odpadów byłoby pożądanym zwiększeniem efektywności.
Jukes eksperymentował z resztkami jako suplementem diety. W tym czasie rolnictwo było obsesyjnie skupione na optymalizacji. Wzrost zwierzęcia był, w teorii, powtarzalnym procesem. Farma miała być traktowana jak fabryka: energia wchodzi, mięso wychodzi. Zamiast trzymać zwierzęta na zewnątrz, były one coraz częściej hodowane pod dachem, co zmniejszało ilość energii „marnowanej” na ruch. Każde zwierzę mogło być wtedy karmione dokładnie taką samą ilością pokarmu, wzbogaconego suplementami nasilającymi wzrost.
Istniało duże zainteresowanie tajemniczym „czynnikiem białka zwierzęcego”. Okazało się, że zwierzęta rosły szybciej, gdy ich dieta zawierała białko zwierzęce, np. paszę roślinną z dodatkiem mączki rybnej. W 1946 r. witamina B12 została zidentyfikowana jako cząsteczka odpowiedzialna właśnie za ten efekt. Ludzie polegają na produktach zwierzęcych jako źródle witaminy B12, dlatego witamina ta jest powszechnym suplementem przyjmowanym przez wegan i wegetarian. Ale chociaż mięso ją zawiera, zwierzęta nie potrafią jej wytwarzać. Każda cząsteczka B12 ostatecznie pochodzi od bakterii.
Firma Merck, jeden z rywali Lederle, odkryła, że może ekstrahować czystą witaminę B12 — z bakteryjnych odpadów pozostałych po produkcji streptomycyny — a następnie sprzedawać ją innym firmom. Jukes kupił trochę B12 i potwierdził, że podawanie jej kurczętom powodowało ich szybszy wzrost: więcej przybierały na wadze w tym samym czasie. Ale po co kupować ją od firmy Merck, skoro Lederle również miała kadzie odpadów antybiotykowych? Wiedział z testów, że te odpady także zawierały witaminę B12 — co nie było zaskakujące, biorąc pod uwagę, że antybiotyki Merck i Lederle były produkowane przez pokrewne bakterie.
Jukes rozpoczął prosty eksperyment, biorąc nowo wyklute kurczęta i dzieląc je na różne grupy badawcze. Niektóre otrzymywały czystą witaminę B12 od firmy Merck, a innym podawano nieprzetworzone odpady antybiotykowe w formie papki. Grupa kontrolna była karmiona podstawową dietą bez suplementów. Boże Narodzenie 1948 r. wyznaczało 25 dzień od wyklucia się kurcząt i koniec eksperymentu. Jeśli B12 była naprawdę tajnym składnikiem, można było racjonalnie oczekiwać, że odpady antybiotykowe również doprowadzą do wzrostu, ale nie tak dużego jak po zastosowaniu droższej, czystej witaminy B12.
Wyniki pokazały coś zupełnie przeciwnego: kurczęta, które jadły odpady antybiotykowe, przerosły konkurencję. Te otrzymujące największą ilość ważyły teraz o jedną trzecią więcej niż te, które otrzymały czystą witaminę B12 firmy Merck — i niewiarygodne 2,5 raza więcej niż kurczęta, które zjadały podstawowy pokarm.
Odpady antybiotykowe miały wyraźnie coś dodatkowego, co było odpowiedzialne za jeszcze większy wzrost. Jukes szybko ustalił, że jest to antybiotyk. Proces ekstrakcji był niedoskonały i w odpadach pozostawały małe ilości Aureomycyny. Z jakiegoś tajemniczego powodu przebój firmy Lederle powodował również turbodoładowany wzrost kurczaków.
W tym momencie Aureomycyna była tak poszukiwana, że nie było czystego antybiotyku dostępnego dla Jukesa i jego eksperymentów. Uciekał się do wycieczek na wysypisko firmy i zbierania resztek antybiotyków z wyrzuconych naczyń fermentacyjnych. Aureomycynę testowano na innych zwierzętach: działała na indycze pisklęta, a także na świnie, gdzie potroiła tempo ich wzrostu. Jeszcze w tym roku Lederle złożyła patent na dodawanie Aureomycyny jako suplementu do paszy dla zwierząt. Pozostała z fermentacji antybiotykowej ciecz była pompowana do cystern kolejowych, skąd mogła być wysyłana na cały kraj.
Uniwersalny smar
Wieść o tym lukratywnym zastosowaniu rozeszła się. Krążyła historia o farmaceucie z miasta, gdzie produkowano wieprzowe mielonki w puszkach, który przechwycił taki transport pozostałości antybiotykowych, a następnie sprzedał na czarnym rynku. Zarobił tyle pieniędzy, że przeszedł na emeryturę i zamieszkał na Florydzie.
Okazało się, że nie tylko Aureomycyna sprawia, że zwierzęta rosną szybciej. Inne antybiotyki miały podobny efekt, przyspieszając przy rost wagi zwierząt hodowlanych jak benzyna dolana do ognia. Naukowcy mieli później debatować nad dokładnym mechanizmem: czy antybiotyki zwiększały ilość składników odżywczych, które trafiały do zwierzęcia zamiast do bakterii jelitowych, czy zmniejszały grubość ściany jelita, a może hamowały drobne infekcje, redukowały stan za palny — czy też wpływały na wszystko naraz?
Jednak natychmiastowe rezultaty były niepodważalne. W 1950 r. „New York Times” poinformował swoich czytelników, że odkrycie ma „ogromne długoterminowe znaczenie dla przetrwania rasy ludzkiej w świecie kurczących się zasobów i rosnącej populacji”. W Ameryce w 1951 r. FDA zatwierdziła Aureomycynę i pięć innych antybiotyków (w tym penicylinę) jako stymulatory wzrostu dla zwierząt. Logika profilaktyki antybiotykowej — podawania antybiotyków przy braku choroby — została zastosowana również do zwierząt. To sprawiło, że antybiotyki stały się „uniwersalnym smarem”, który, jak uważano, pomagał sprawnie funkcjonować rolnictwu.
„Washington Post” donosił, że woda nasączona tetracyklinami pomagała przygotować kurczaki do uboju w czasie o jedną czwartą krótszym niż normalnie. Reklama umieszczona przez Pfizera w „Timie” mówiła czytelnikom, że „stada małych świnek cieszyły się beztroskim dzieciństwem” dzięki mleku nasyconemu Terramycyną. Inna reklama firmy Cyanamid (spółki matki Lederle) pokazywała kurczaka wymachującego miską antybiotyków, aby odeprzeć choroby: „Podawaj AUREOMYCYNĘ (chlorotetracyklinę) kurczakom i indykom nieprzerwanie w WYSOKICH DAWKACH. […] Zapewnij im wewnętrzną dezynfekcję”. Reklama obiecywała, że w rezultacie zyski będą wyższe.
Wydawało się, że nie ma aspektu życia, czy to ludzkiego, czy zwierzęcego, którego nie można by ulepszyć za pomocą antybiotyków. Bezsensowna nieefektywność przeszłości, która hamowała wzrost gospodarczy, mogła być zastąpiona nowoczesną technologią. Oprócz Stanów Zjednoczonych reszta świata również chciała podążać tą drogą: do 1955 r. antybiotykowe stymulatory wzrostu zostały dopuszczone do użytku bez recepty w Niemczech Zachodnich, Wielkiej Brytanii, Holandii i we Francji. Z drugiej strony żelaznej kurtyny patrzył z zazdrością Związek Radziecki.
„Możemy was pokonać na kiełbasy”
Nikita Chruszczow, urodzony w 1894 r. w ubogiej chłopskiej rodzinie w małej wiosce w zachodniej Rosji, prowadził życie, które odzwiercie dlało szerszą transformację kraju od rolnictwa do przemysłu ciężkiego. Do 15 roku życia pracował jako pasterz owiec i krów, zanim zdobył wykształcenie ślusarza i pracował w kopalniach i fabrykach, wspinając się po szczeblach kariery w Partii Komunistycznej, aby ostatecznie zostać premierem Związku Radzieckiego w 1957 r.
„Zacząłem pracować, jak tylko nauczyłem się chodzić” — twierdził kiedyś. Nie wyglądał jak typowy polityk: krępy, z szerokimi ramionami, jego młodzieńcza tężyzna z czasem przekształciła się w nieco zaokrąglony brzuch. W przeciwieństwie do wielu polityków Chruszczow nie miał złudzeń co do życia na wsi; znał z pierwszej ręki jego niedostatki i trudy i wierzył, że technologia ma moc, aby je poprawić. Nie bał się szukać nowych pomysłów poza Związkiem Radzieckim, nawet u głównego rywala geopolitycznego.
Wcześniejsi radzieccy goście w Ameryce informowali Chruszczowa o cudach tamtejszego rolnictwa, zapewniając go, że jest ono „najbardziej zaawansowane na świecie”. We wrześniu 1959 r., kiedy Chruszczow odbył historyczną dziesięciodniową wizytę państwową w USA, pierwszą taką wizytę radzieckiego przywódcy, zadbał o to, aby zobaczyć rolnicze serce USA: amerykański Środkowy Zachód z jego rozległymi polami kukurydzy.
W dniu, gdy odwiedził stan Iowa, aby zobaczyć lokalną farmę, Chruszczowowi wszędzie towarzyszył tłum 3000 osób. Farmer kukurydziany, który go gościł, Roswell Garst, rzucał kiszonką w stłoczonych dziennikarzy, by skłonić ich do zachowania dystansu.
Chruszczow i Garst poznali się kilka lat wcześniej, kiedy Garst odwiedził Związek Radziecki. Pod czas tej wizyty powiedział Chruszczowowi, że kukurydza najlepiej nadaje się nie jako zboże do spożycia przez ludzi, ale jako pasza dla zwierząt: kukurydza, jak wyjaśnił, to „małe kiełbaski”. Chruszczowowi spodobała się ta metafora farmera i sam zaczął jej używać. „Kukurydza to befsztyk, to boczek, to masło — mówił. — Dlatego jestem entuzjastą kukurydzy”. Chruszczow podziwiał amerykańskie podejście do efektywności w rolnictwie. Nie widział powodu, dla którego kapitalistyczne metody nie mogłyby być zapożyczone do celów socjalistycznych.
Od dzieciństwa Chruszczow lubił świnie. Po wizycie na polach kukurydzy Garsta udał się do Centrum Badań nad Świniami Uniwersytetu Stanowego Iowa. „Istnieje wiele przypadków — powiedział go spodarzom przez tłumacza — gdy świnia jest szlachetniejszym zwierzęciem niż nawet człowiek”. (Niektórzy twierdzili, że sam przypominał świnię: popularnym radzieckim żartem był obrazek Chruszczowa w chlewie z podpisem „Towarzysz Chruszczow, trzeci od lewej”). Gospodarze Chruszczowa podarowali mu model świni z wygrawerowaną fatalną grą słów: „W obopólnym interesie »swi-ence«” [Gra słów: zamiast słowa „science” oznaczającego „naukę” użyto połączenia tego słowa z innym angielskim słowem „swine”, czyli „świnia”, i stąd zlepek „swi-ence” — przyp. tłum.].
Unosząc świnię przed tłumem, Chruszczow chwalił ją jako „wspaniałą amerykańską świnię”, ale złośliwie zauważył, że ma ona również cechy radzieckiej świni. Jednak dobrze wiedział, że w produkcji wieprzowiny Ameryka wiodła prym na świecie — podczas II wojny światowej USA wysłały za granicę więcej świń niż żołnierzy — w czym pomogła im jakość materiału hodowlanego.
Typowa świnia w Związku Radzieckim w tym czasie była, według słów jednego historyka, „drobna, kudłata i wolno się rozmnażająca”. Radzieckie gospodarstwa były konsolidowane, aby opanować ekonomię skali. Podejmowano próby wyhodowania „superświni”, ale USA nadal pozostawały największym producentem wieprzowiny na świecie.
Gdy Chruszczow przechodził obok szczegółowych ekspozycji ilustrujących amerykańskie naukowe podejście do hodowli świń, wyraził duże zainteresowanie. Ich cykl życiowy był podzielony na okresy, każdy z własną skalibrowaną racją żywieniową. Ostatnim eksponatem była długa linia wszystkich składników, którymi karmiono amerykańską świnię. Wyłożono 24 oddzielne składniki, od witaminy A do cynku — ale ostatnim, być może najważniejszym, były antybiotyki.
Jedenastoletni miejscowy chłopiec, który spotkał Chruszczowa, nie bał się wy razić amerykańskiej pewności siebie co do ich lepszych metod. Powiedział mu, że chociaż Rosjanom udało się zaledwie kilka dni wcześniej jako pierwszym wylądować sondą na Księżycu, to siła Ameryki leży gdzie indziej: „Możemy was pokonać na kiełbasy”.
Intensyfikacja hodowli świń była, jak wiedział Chruszczow, trudnym wyzwaniem. Świnie z natury są zwierzętami żerującymi i wędrownymi. Lubią towarzystwo, ale w małych dawkach, zwykle tworząc grupy składające się z kilku dorosłych macior z ich potomstwem, być może z kilkoma samotnymi knurami na obrzeżach. Nie są zwierzę tami stadnymi jak bydło, a gdy są stłoczone razem, ich małe płuca czy nią je podatnymi na choroby układu oddechowego.
Wcześniej podejmowano próby bardziej efektywnej hodowli świń. W 1894 r., roku urodzenia Chruszczowa, węgierskie przedsięwzięcie stworzyło gigantyczny zakład, tuczarnię na obrzeżach Budapesztu, w którym mieściło się ponad pół miliona świń. Ambitny plan nie powiódł się, gdy wybuchła epidemia. Teraz chroniące przed chorobami antybiotyki zniosły główne ograniczenie, które uniemożliwiało tworzenie masowych farm świń.
Mieszanie antybiotyków z paszą dla świń stało się standardem. Związek Radziecki już produkował własne wersje amerykańskich antybiotyków — rzekomo wykradzionych poprzez szpiegostwo przemysłowe — i choć często były one zanieczyszczone, używano ich w tych samych celach. Powstawały nowe zakłady antybiotykowe, aby produkować witaminę B12 połączoną z antybiotykiem do pasz dla zwierząt. Ale po powrocie Chruszczowa „Prawda” poinformowała swoich czytelników, że produkcja ma być teraz ulepszana poprzez karmienie zwierząt „mączką kostną i rybną, odpadami paszowymi, antybiotykami, biostymulatorami, preparatami acidofilnymi i witaminami”. Jak ujmuje to historyk Claas Kirchhelle, obietnica rozwoju i dobrobytu z czasów zimnej wojny spowodowała „wszechobecność antybiotyków”. Czy kapitalistyczny, czy komunistyczny, świat był uwikłany w wyścig zbrojeń antybiotykowych: żaden pojedynczy rolnik, firma ani państwo nie chcieli pozostać w tyle.
Fragment książki „Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać” Liama Shawa wydanej przez wydawnictwo Helion. Tytuł, lead i skróty od redakcji „Newsweeka”.
Okładka książki „Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”
Foto: Helion

