Amerykanie pracują więcej niż mieszkańcy innych krajów rozwiniętych, a stać ich na mniej. Klasa średnia topnieje, bogacą się tylko najbogatsi.
Statystyczny obywatel USA poświęcił w zeszłym roku na zarobkowanie 1822 godziny, Niemiec — 1332, Francuz — 1393, Polak — 1682. Średnia dla 38 krajów Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wyniosła 1705 godzin. Jaka praca, taka płaca. Jeśli chodzi o medianę pensji w UE, Amerykę bije jedynie Luksemburg, a niewiele od niej odstają — Norwegia, Dania, Irlandia i Holandia. Reszta Europejczyków (pomijając niezrzeszone Szwajcarię oraz Islandię) zarabia znacznie mniej. Nic tylko emigrować za ocean? Niezupełnie.
Wysokie dochody nie gwarantują bezpieczeństwa finansowego. Amerykanin może stracić dorobek całego życia wskutek ciężkiej lub przewlekłej choroby, krachu giełdy, tąpnięcia rynku mieszkaniowego. A także zwolnienia z pracy, przed którym nie chronią go żadne przepisy. Dlatego zabiega o utrzymanie posady bardziej niż mieszkaniec Starego Kontynentu. Rezygnuje z urlopów, bierze na siebie dodatkowe obowiązki bez stosownej rekompensaty, odbiera służbowe maile i telefony po godzinach.
Jak dobrze wstać skoro świt…
Wyleciałem kiedyś z amerykańskiej gazety za trzecie bodaj spóźnienie. Mieli przy wejściu taki zegar jak w starych filmach o kapitalistycznym wyzysku i stemplowało się kartę. Z uwagi na specyfikę zawodu decyzję trudno ocenić jako racjonalną. Wprawdzie teksty autorskie pisaliśmy po południu, dzień zaczynaliśmy od obrabiania wiadomości agencyjnych, które przydzielał sekretarz redakcji, jednak moją porcję depesz — papierowe jeszcze były, z drukarki — mógł po prostu zostawić na biurku. Co innego, gdybym się nie wyrobił przed zamknięciem numeru. Zwłaszcza że artykuły podpisane własnym nazwiskiem pieczołowicie cyzeluję, więc wyjścia z redakcji nigdy nie podbijałem o 17, lecz znacznie później. A po kupieniu pierwszego laptopa (z systemem Windows 3.1) cyzelowałem do późnej nocy w barze International na East Village.
Szef uznał przewinienie bardziej za osobistą zniewagę niż naruszenie regulaminu służbowego, bo w przeddzień pouczył mnie o dobrodziejstwach punktualności, więc spóźnienie zakrawało na kpinę. Ja tymczasem mieszkałem nieopodal Coney Island, jechałem na Manhattan dwiema liniami metra półtorej godziny, pociągi chodziły, jak chciały, czasem stały w tunelu 40 minut lub więcej. Aby nie złamać zasady chronologicznej pedanterii totalnej, musiałbym co rano wstawać o godzinę wcześniej, niż wymagał zdrowy rozsądek. Znanego ze wspomnianych filmów kartonowego pudła na zdjęcia żony i dzieci, maskotki, zszywacz biurowy itp. nie dostałem. Tylko pismo, że rozwiązanie umowy następuje za zgodą stron, dzięki czemu przez rok brałem zasiłek dla bezrobotnych. A jak się skończył, przyjęli mnie ponownie, nie narzucając stałych godzin pracy.
Po co te wspominki? Otóż szef zwolnił mnie w porywie namiętności, bez sensu, potem żałował, a ja nie mogłem — nawet gdybym bardzo chciał, bo szczerze mówiąc, nie przeżyłem wstrząsu — odwołać się od decyzji ani dochodzić swych praw na drodze sądowej. W USA nie istnieje kodeks pracy. Rząd federalny reguluje wysokość płacy minimalnej wynoszącej od 2009 r. 7,25 dol. na godzinę, czyli 1160 dol. miesięcznie — mniej niż w Polsce (4806 zł brutto). Ustala też stawkę za nadgodziny (1,5 normalnej). Resztą nie zawraca sobie głowy. Tylko 30 stanów podwyższyło głodową kwotę. Przykładowo w Nowym Jorku minimum to 17 dol./godz. Każdy pracodawca może wyrzucić podwładnego, kiedy chce, bez podania przyczyny. Odprawa przysługuje jedynie na mocy umów indywidualnych, które podpisują korporacyjni menedżerowie wyższego szczebla.
Ustawa o prawach cywilnych z 1964 r. wprowadziła zakaz dyskryminacji potencjalnych pracowników ze względu na rasę, płeć, religię czy narodowość. Sponsorowanym przez wielki biznes republikanom udało się jednak — pod hasłami walki z wokizmem i przebrzydłym DEI (różnorodność, równość, integracja) — mocno zachwiać owymi pryncypiami. Białym pracownikom fizycznym nietrudno wmówić, że ich kiepska sytuacja stanowi skutek nieuzasadnionych przywilejów dla kolorowych, a nie ograniczenia się państwa do roli nocnego stróża gospodarki. Znaczy: majątku przedsiębiorców.
Donald Trump i pracownicy przemysłu węglowego w dniu podpisywania rozporządzeń wykonawczych dotyczących energetyki, Waszyngton, 8 kwietnia 2025 r.
Foto: Nathan Howard / Reuters
Tym ostatnim wolno nawet zatrudniać dzieci. Nieletnich między 14. a 16. rokiem życia — na pół etatu w roku szkolnym i bez ograniczeń podczas wakacji. Powyżej 16 lat — wszędzie prócz przemysłu ciężkiego oraz stanowisk wymagających obsługi niebezpiecznych maszyn. Przy pracach polowych nie obowiązuje limit wiekowy ani federalne minimum płac. Rodzice mogą zmusić, powiedzmy, 10-latka, by od rana do wieczora zbierał kartofle na polu sąsiada, i brać jego wynagrodzenie, bo jest wszak niezdolny do czynności prawnych. Według danych rządu wypadkom przy pracy ulega rocznie 160 tys. nieletnich, z czego prawie 60 tys. wymaga hospitalizacji.
Wyścig szczurów
Porzekadło „Amerykanin żyje, by pracować, Europejczyk pracuje, by żyć” sugerowałoby, że mieszkańcy USA mają wybór, a zarzynają się w imię wyższych racji, jakiegoś mitycznego etosu płynącego z purytańskiej tradycji. Bzdura. Przepisy — czy raczej ich brak — stawiają pracodawców w tak uprzywilejowanej sytuacji, że jankes musi się bardziej starać. Zwłaszcza że zatrudnienie gwarantuje mu nie tylko stały dochód, ale także zdolność spłacania rat za dom, meble, sprzęt gospodarczy, samochód oraz inne dobra, które bez opamiętania kupuje na kredyt. Ponadto pracodawca zapewnia ubezpieczenie lekarskie, a powszechnej opieki medycznej nie ma. To — podobnie jak prawo pracy — wymysł socjalistów i komunistów. Innymi słowy: osoba chora na raka, tracąc zatrudnienie, często traci również dorobek całego życia, bo musi wszystko sprzedać, by sfinansować terapię. Dodajmy, niemożebnie drogą w porównaniu z innymi krajami.
Amerykanin nie zna pojęcia „zwolnień lekarskich”. Prawo federalne nie gwarantuje urlopów wypoczynkowych, macierzyńskich ani opiekuńczych. Przedsiębiorstwa przyznają je z łaski bądź pod presją związków zawodowych, choć coraz rzadziej, bo te stanowią dziś cień samych siebie, zrzeszają zaledwie 11 proc. zatrudnionych. Pod koniec rządów Obamy parlament ultraliberalnego — jak na USA — stanu Waszyngton rozpatrywał ustawę o trzytygodniowych urlopach dla ludzi, którzy pracują minimum trzy lata w firmie zatrudniającej powyżej 20 osób. Nawet tam projekt upadł. Najbardziej uprzywilejowani dostają 20 dni wolnego po dwóch dekadach harówki. Co czwartemu zatrudnionemu nie przysługuje choćby dzień (40 mln dorosłych). Natomiast 53 proc. Amerykanów nie wykorzystuje w całości krótkich wakacji, którymi dysponują.
Przede wszystkim wskutek lęku, że nie dopełnią zobowiązań, szef będzie krzywo patrzył, zleci ich zadania komu innemu, kolega wykaże większą skuteczność i stracą opinię świetnych fachowców. Dlatego 61 proc. podczas urlopu sprawdza służbową pocztę, łączy się z biurem bądź przez kilka godzin dziennie normalnie pracuje. 55 proc. mieszkańców USA nie potrafi określić się inaczej niż poprzez wykonywany zawód. Owszem, miewają jakieś hobby, kochają rodzinę, chodzą do kościoła, ale fundamentem tożsamości i poczucia własnej wartości jest praca. To samo studium Gallupa wykazało, że większość Europejczyków postrzega ją jako sposób zdobywania środków do życia. Ni mniej, ni więcej.
Kurczy się klasa średnia. Kiedyś stała posada zapewniała własny domek, dwa samochody, wykształcenie dzieci, emeryturę umożliwiającą zwiedzanie obcych krajów lub przeprowadzkę na rajską Florydę. Obecnie, by zrealizować „amerykańskie marzenie”, trzeba zarabiać ponad 9 tys. dol. miesięcznie przez 40 lat. Średnia krajowa wynosi trzykrotnie mniej.
Dysproporcje zamożności rosną. Dwudziestu miliarderów ze szczytu piramidy ekonomicznej dysponuje większym majątkiem niż dolna połowa społeczeństwa. 40 proc. Amerykanów żyje od pensji do pensji, ledwo spłaca pożyczki, nie odkłada na starość. Koncept solidaryzmu społecznego nigdy nie cieszył się popularnością, postreaganowska prawica przekonała zaś wyborców, również najbiedniejszych prowincjuszy, że jest tożsamy z totalitaryzmem. Pucybut nie zostanie milionerem, jeśli nie zniszczy konkurencji i nie wyzyska pracowników. Żądza sukcesu sprawia, że każdy sobie rzepkę skrobie, silniejszy zjada słabszego. A właściwie — najsilniejszy, bo średnio silnych coraz mniej.
Prawa pracownicze w toalecie
Skoro praca jest najwyższą wartością, dla jej utrzymania warto poświęcić zdrowie, indywidualność, godność. Osoby zatrudnione w korporacjach narzekają na stres, pogoń za planami, intrygi, biurokrację, idiotyczne procedury, nieustanne narady sprowadzające się do bicia piany, poczucie anonimowości. To drobiazgi wobec losu proletariuszy. Śledztwo Oxfam America wykazało, że pobierające stawki akordowe pracownice brojlerni Perdue, Tyson, Pilgrim’s Pride i Sanderson muszą oddawać mocz tam, gdzie stoją. Podłoga i tak mokra jest od krwi oraz innych płynów fizjologicznych, więc nikt nie zwraca uwagi. Wiele kupuje pieluchy dla dorosłych. Telewizyjne reklamówki zdające się świadczyć o epidemii zaburzeń zwieraczy wśród Amerykanów pokazują radosne emerytki na koniach, rowerach i plażach, a w gruncie rzeczy zachwalają produkt kupowany przez młode, zdrowe robotnice.
Członkowie związku zawodowego ILA protestują przed terminalem Maher w Elizabeth w stanie New Jersey, 1 października 2024 r.
Foto: Shannon Stapleton / Reuters
Problem zakładowych toalet wbrew pozorom nie jest błahy. Weźmy pozew niejakiej Audrey DeClue, która oskarżyła Central Illinois Light Company o nieudostępnienie ubikacji zapewniającej prywatność. Pracownik biurowy może wstać z fotela i ulżyć sobie w pachnącej, czystej kabinie. Robotnikom przełożeni nierzadko liczą spędzony tam czas z zegarkiem w ręku. Inni w ogóle nie pozwalają odchodzić od taśmy czy maszyny, a niektórzy za zbyt częste korzystanie z wychodka dopisują karne punkty. Zdarzały się przypadki, że nadzorcy siłą otwierali drzwi i wyciągali podwładnych, którzy się zasiedzieli. Przepisy nakazują wprawdzie budowanie toalet w liczbie proporcjonalnej do wielkości załogi, lecz nie precyzują, jak często wolno z nich korzystać.
DeClue obsługiwała stację przekaźnikową w szczerym polu, gdzie nie rosły nawet krzaki. Pewnego razu kucnęła za spychaczem. Nie zdawała sobie sprawy, że widać ją z okien pobliskiej farmy. Oburzony rolnik złożył skargę kierownikowi DeClue, ten opowiedział wszystko kolegom i przez kilka dni monterka była pośmiewiskiem brygady. Sąd pierwszej instancji uznał, że „brak urządzeń sanitarnych w zakładzie pracy nie nosi cech nękania”. Skład apelacyjny podzielił się. Kobiety stanęły po stronie powódki, mężczyźni — odwrotnie. Sędzia Ilana Rovner napisała w opinii wyrażającej sprzeciw wobec orzeczenia, że przysięgli potraktowali skargę formalistycznie i bezdusznie.
Pozwy cywilne — jedyny instrument dochodzenia praw pracowniczych — ilustrują też kulturę stosunków między przełożonymi a podwładnymi na niższych szczeblach społecznej drabiny. Ważący 150 kg magazynier Leslie Roberts żądał odszkodowania za nieustanne docinki szefa, który nie nazywał go inaczej niż spaślakiem, baryłą, słoniną, wieprzem, kluchą itp. tudzież robił wszystko, by „grubas” zrezygnował z posady, aż dopiął swego. Powód mimo cukrzycy, bulimii i zaburzeń krążenia pracował w firmie blisko 30 lat. Kierownictwo znało jego stan zdrowia, otrzymał miejsce dla niepełnosprawnych na parkingu. Włączył do materiału dowodowego liczne pochwały i odcinki premii za sukcesy w magazynowaniu. Ponieważ nie był jedynym notorycznie obrażanym i poniżanym pracownikiem, pracodawca, bojąc się pozwu zbiorowego, dał mu — na mocy ugody pozasądowej — przyzwoitą odprawę. Mniej asertywne ofiary wrednych szefów dostają figę z makiem.

