Ledwie przebrzmiały echa wzywających do różnego rodzaju linczów wypowiedzi Kowalskiego, Czarnka i Stanowskiego, a już Robert Bąkiewicz ruszył na Berlin. To nie jest niestety żadna przenośnia, żaden środek literacki, ruszył jak najbardziej realnie. Myślę, że powód jest prosty: wykorzystuje każdą okazję, żeby odwrócić nasz wzrok od Rosji, z której nadchodzi zło.
Bąkiewicz zaczął od kąpieli w Odrze, do której wstąpił razem z grupą przyjaciół, by obejmując osadzony w dnie granicznej rzeki słupek, krzyczeć „tu jest Polska”. Następnie, z tym samym okrzykiem, powędrował do stolicy Niemiec, aby uzupełnić krzyżem głaz, upamiętniający nazistowskie zbrodnie przeciwko narodowi polskiemu.
Policja nie była tą interwencją zachwycona, wydała więc ostrzeżenia, a następnie zatrzymała całą grupę. Samego Bąkiewicza musiała zatrzymywać wyjątkowo intensywnie, bo stawiał silny przeciw temu zatrzymywaniu opór. Przebieg całej historii znamy bardzo dokładnie, wręcz minuta po minucie, ponieważ stacja matka Zbigniewa Ziobry, zwana również „domem wolnego Zbyszka” wszystko na żywo transmitowała.
Berlińska szarża miała miejsce w przeddzień podpisania bilateralnego traktatu polsko-niemieckiego zapewne całkowicie przypadkiem. Tak się akurat złożyło i nie ma co się rozwodzić nad koincydencjami. Zamysł Bąkiewicza (choć nie mam pewności, czy to sformułowanie nie jest oksymoronem) miał w sobie wiele z falstartu, ponieważ Bundestag już jakiś czas temu zatwierdził konkurs na nowy pomnik. Być może pan Robert postanowił uprzedzić werdykt artystycznych darmozjadów i samodzielnie dokonać interwencji rzeźbiarskiej, ponieważ uznał, że instalacja „krzyż na głazie” lepiej naszą tragiczną historię upamiętni niż sam głaz. Ja bym jednak poczekała, bo mam, być może niesłuszne, poczucie, że profesjonalna rzeźbiarka czy rzeźbiarz zrobią to lepiej niż samozwańczy performer, specjalista od zadym.
Ta ostatnia udała się nieźle, chociaż mam wrażenie, że pewne wątki się wciąż i wciąż powtarzają: zaczynając od ścieżki muzycznej, poprzez okrzyki (np. „Gestapo!” do niemieckiej policji), treść transparentów i w końcu komentarze, bo zdanie „Niemcy nas biją” jest zbyt mocno eksploatowane od czasów słynnej podróży Jana Marii Rokity Lufthansą bardzo dawno temu. Sugerowałabym wprowadzenie jakiejś świeżej myśli. Na tym tle interesujący był element odrzański, chociaż pożałowałam, że ta wspaniała, choć ciężko ostatnio doświadczona polska rzeka nie uzyskała osobowości prawnej. Mogłaby wtedy może mieć jakiś wpływ na tego rodzaju spektakle. Robert Bąkiewicz zanurzony wraz z kolegami po kolana wokół granicznego słupa to był widok wręcz w swojej niefortunności zabawny, zwłaszcza dla osób o dużym poczuciu humoru sytuacyjnego.
I gdyby w ogóle rozpatrywać te działania jedynie w kategoriach performatywnych, to można byłoby śledzić ich symbolikę dokładniej, ale mnie ciągle coś tutaj rozprasza, coś mi nie daje spokoju i nie mogę doznawać artystycznych wzruszeń ani nawet się szczerze z tego wszystkiego pośmiać. Bo jednak przecież chodzi tu o politykę, o awanturę z naszymi zachodnimi sąsiadami, którzy nas nie atakują. Bąkiewicz w swojej uporczywej „obronie” granicy jest i straszny, i śmieszny, ale bardziej to pierwsze, bo przecież wojna jest gdzie indziej. To na wschodzie Rosja napadła na Ukrainę, to na ukraińskie miasta spadają bomby, to tam giną ludzie. Nie trzeba wyjątkowej przenikliwości, żeby to po niemal pięciu latach zauważyć. Jeśli czyha na nas zagrożenie, to przyjdzie ono ze wschodu, od Putina, od nieprzewidywalnej, oszalałej od wojennej propagandy Rosji, która im bardziej dostaje łomot, tym mocniej chce atakować, chociażby po to, żeby dalej snuć opowieść o własnej odwiecznej wielkości. Człowiek prawdziwie odważny, któremu rzeczywiście zależy na bezpieczeństwie naszej ojczyzny, powinien uważnie patrzeć w stronę prawdziwej wojny, a nie odwracać od niej uwagę i, co gorsza, atakować naszych sojuszników.
Nie pociesza mnie w najmniejszym stopniu fakt, że Bąkiewicz nie jest w tym osamotniony. Gdyby działał w próżni, można by było potraktować go z większym spokojem, otoczyć kordonem sanitarnym i nie brać serio. Niestety, jego akcja natychmiast zyskała polityczne wsparcie od Kaczyńskiego, Kowalskiego, Czarnka. Można do tego dodać pogromowe nawoływanie do sprawdzania narodowości osób pracujących w administracji publicznej, legitymowanie obcokrajowców na warszawskim Dworcu Centralnym przez samozwańcze bojówki Brauna, szczucie na Ukrainki i Ukraińców. Wszystko to ma jeden cel. Jaki? Dlaczego to robią? Myślę, że powód jest prosty: wykorzystają każdą okazję, żeby odwrócić nasz wzrok od Rosji, z której nadchodzi zło.