Czasem się w życiu zdarzy na przykład tak jak mnie teraz, być matką dziecka i dzieckiem matki równocześnie. Jest to układ bardzo dobry, kojący w swojej symetrii. Ale jesteśmy tymi matkami i córkami w Polsce, która nas nie przytula tak bardzo, jak by mogła.
Pamiętam, że jak byłam mała, to druga połowa maja upływała mi na intensywnej twórczości plastycznej. Dzień Mamy wymagał laurek i prezentów, głównie w postaci portretów z profilu i en face, a także kolorowych ptasząt, serduszek i kwiatów. Byłam twórczynią otwartą na różne techniki, więc obsypywałam moją rodzicielkę zarówno obrazami akwarelowymi, jak i rysowanymi kredkami. Teraz mi się przypomniało, że do takiego zwykłego, codziennego rysowania wystarczały mi kredki Bambino, a na uroczyste okazje sięgałam po przysłane mi przez ciocię Basię z Ameryki kredki Crayola, których miałam ogromny zestaw i były tam nawet srebrna, złota i miedziana. O tym, że w PRL takie kredki to było coś, najdobitniej świadczy fakt, że ich ogryzki przechowuję z pietyzmem do dzisiaj, chociaż przyznam, że udało mi się po drodze nabyć kilka nowych zestawów.
Ale nie miało być o kredkach, tylko o tym wyjątkowym czasie między Dniem Matki a Dniem Dziecka, kiedy jakoś o sobie cieplej myślimy, chociaż definicje nas samych się zmieniają, bo czasem się w życiu zdarzy na przykład tak jak mnie teraz, być matką dziecka i dzieckiem matki równocześnie, i jest to układ bardzo dobry, kojący w swojej symetrii. Mama zawsze pozostaje mamą, nawet jak człowiek już siwieje i ma zmarszczki, a córka córką, jakkolwiek by była duża, dorosła i niezależna. Ewolucja dotyka pewnie w największym stopniu prezentów, bo człowiek ma coraz mniej czasu i weny, żeby tworzyć ładne laurki.





