Słowa ministra Radosława Sikorskiego, że europejskie państwa NATO bardzo szybko wygrałyby wojnę z Rosją i zniszczyły jej rafinerie, zabolały polityków na Kremlu. O tym, jak trafna jest analiza szefa polskiego MSZ, świadczy wzmożony atak rosyjskich trolli internetowych, oskarżających Sikorskiego o „podżeganie do wojny”. Tymczasem przewaga europejskiej części NATO nad Rosją jest oczywista.
Dlaczego to ważne?
- Słowa Radosława Sikorskiego o możliwościach wojsk NATO to element strategicznej komunikacji z Rosją.
- Porównanie potencjałów sił powietrznych europejskiej części NATO i Rosji potwierdza znaczącą przewagę Sojuszu.
- Wystąpienie Sikorskiego w Kijowie spotkało się ze wściekłą reakcją rosyjskich propagandystów i głosami niedowierzania w Polsce. Z analizy potencjałów wynika jednak, że Sikorski nie powiedział nic kontrowersyjnego.
Co dokładnie powiedział Radosław Sikorski?
Radosław Sikorski wziął udział w kongresie Yalta European Strategy w Kijowie. Powiedział tam m.in., jak mogłaby zareagować europejska część NATO w przypadku rosyjskiej agresji na Sojusz. Stwierdził, że dzięki przewadze w powietrzu siły NATO byłyby w stanie o wiele szybciej niż zrobiła to Ukraina zniszczyć połowę rosyjskich rafinerii.
— Jeśli Rosja zdecydowałaby się zaatakować NATO, to pokonalibyśmy ją bardzo szybko — stwierdził.
— Mamy ogromną przewagę, jeśli chodzi o lotnictwo. Nawet jeśli do tego potencjału nie wliczymy sił amerykańskich […] Jeśli Ukraina wyłączyła połowę rosyjskich rafinerii w sześć miesięcy, to my wyłączylibyśmy drugą połowę w sześć tygodni.
Czy Radosław Sikorski miał rację?
Rosyjskie władze zareagowały na słowa Sikorskiego oburzeniem. Część komentatorów w Polsce, zwłaszcza po prawej stronie sceny politycznej, uznała je za dowód oderwania od rzeczywistości.
Tymczasem sensowność deklaracji Sikorskiego łatwo sprawdzić. Wystarczy:
— porównać potencjał militarny Rosji z potencjałem europejskich państw NATO (bez Stanów Zjednoczonych);
— przeanalizować, jak przez ostatnie cztery lata rosyjskie lotnictwo i obrona przeciwlotnicza radziły sobie w wojnie przeciwko Ukrainie.
Ile samolotów ma NATO, a ile Rosja?
Europejskie państwa NATO mają przewagę w niemal każdym rodzaju statków powietrznych, prócz samolotów szturmowych i bombowców strategicznych. Pierwszych mają o 20-30 proc. mniej, a drugich wcale. Wynika to z zachodniej doktryny użycia sił powietrznych. Doświadczenia z Ukrainy pokazały jednak, że posiadanie tego typu maszyn nie jest aż tak istotne. Zwłaszcza w przypadku Rosji są to w większości maszyny przestarzałe.
Europejskie państwa NATO mają dziś ponad 200 F-35, około 500–550 F-16, blisko 100 Gripenów, około 200 Rafale i ponad 400 Eurofighterów. Do tego dochodzą starsze, ale nadal użyteczne konstrukcje, m.in. francuskie Mirage 2000, hiszpańskie F/A-18 czy tureckie F-4. W sumie daje to ponad 1,4 tys. maszyn tylko w najważniejszych europejskich rodzinach samolotów bojowych.
Rosja ma około 1,5 tys. samolotów bojowych, ale w tej liczbie znajdują się zarówno najnowsze Su-57, Su-35S czy Su-34, jak i znacznie starsze konstrukcje, których dostępność i przydatność w dużej wojnie byłyby ograniczone, jak Su-25, czy Tu-95MS.
Jeszcze ważniejsza jest jakość tej floty. Europejskie państwa NATO mają dużą liczbę nowoczesnych samolotów wielozadaniowych, zdolnych do działania w środowisku silnej obrony powietrznej. F-35, Rafale, Eurofighter, Gripen i najnowsze wersje F-16 tworzą dużą grupę nowoczesnych maszyn 4. i 4,5 generacji.
Rosja dysponuje oczywiście bardzo groźnymi Su-35S, Su-30SM, Su-34 czy MiG-31, ale jej przewaga liczebna nie jest tak duża, jak sugeruje porównanie wszystkich samolotów wpisanych do katalogów. Co więcej, Rosjanie musieliby część swoich sił pozostawić na Dalekim Wschodzie, Kaukazie, w Arktyce i na innych kierunkach. Europejskie NATO mogłoby natomiast skoncentrować znaczną część swoich sił na jednym teatrze działań.
Bardzo istotna jest także liczba samolotów wsparcia. NATO dysponuje 14 własnymi E-3A AWACS, a europejskie państwa mają dodatkowo własne samoloty wczesnego ostrzegania i dowodzenia, między innymi francuskie E-3F, tureckie E-7T, szwedzkie S 100D, greckie EMB-145 i polskie Saab 340 AEW. W przypadku latających cystern przewaga również jest po stronie Europy. Francja, Wielka Brytania, Hiszpania, Włochy, Turcja oraz wielonarodowa flota MMF dysponują kilkudziesięcioma samolotami do tankowania w powietrzu. Rosja ma ok. 18-20 Il-78.
Czy rosyjskie lotnictwo i obrona przeciwlotnicza są sprawne?
Zacznijmy od drugiego punktu. Rosja od początku wojny powietrznej w Ukrainie radzi sobie bardzo słabo. Mimo przewagi ilościowej nie udało się jej przejąć kontroli nad niebem.
Jest kilka powodów:
Braki kadrowe. Od lat Rosjanie mają problem z odpowiednią liczbą wyszkolonych załóg. Podczas wojny z Gruzją w 2008 r. dowództwo musiało ściągać instruktorów z pułków i szkół lotniczych, aby uzupełniać jednostki bojowe. Reforma szkolnictwa wojskowego rozpoczęta w 2011 r. niewiele zmieniła. Większość szkół zlikwidowano, pozostawiając jedną Krasnodarską Wyższą Wojskową Lotniczą Szkołę Pilotów. W pierwszych latach przyjmowała ona zaledwie 30-40 kadetów rocznie.
W 2016 r. Siergiej Szojgu przyznał, że rosyjskie Siły Powietrzno-Kosmiczne mają niedobór około 1,3 tys. członków personelu latającego. Problem miał zostać rozwiązany do 2018 r., ale tak się nie stało. W tym samym roku szkołę ukończyło około 300 pilotów, a braki kadrowe były tak duże, że do służby przywrócono 30 emerytowanych oficerów. W połowie 2022 r. straty lotnictwa frontowego były tak duże, że znów zaczęto ściągać instruktorów ze szkół.
Niski poziom wyszkolenia. Straty wynikały przede wszystkim z niskiego poziomu wyszkolenia i małego doświadczenia lotników. Powodem była niedostateczna liczba godzin nalotu. Po reformie piloci mieli latać 160—180 godzin rocznie, ale w rzeczywistości rzadko przekraczali 120 godzin. To wciąż znacznie więcej niż na przełomie wieków, gdy rosyjscy lotnicy wylatywali około 50 godzin, ale to mniej, niż przewidują standardy NATO, zgodnie z którymi pilot musi wylatać co najmniej 200 godzin rocznie.
Sprawność ukraińskiej obrony. Pełnoskalowa wojna miała pokazać, że reforma przyniosła efekty. Przed inwazją rosyjskie Su-24MR i Ił-20M1 prowadziły rozpoznanie ukraińskiej obrony powietrznej. W pierwszych dniach wojny Rosjanie zniszczyli około 100 stałych radarów, stanowisk przeciwlotniczych i magazynów amunicji. Mimo to nie udało im się sparaliżować ukraińskiej obrony przeciwlotniczej. Ukraińcy wcześniej przenieśli samoloty na lotniska polowe, a mobilne zestawy przeciwlotnicze opuściły koszary.
Z czasem rosyjskie lotnictwo coraz rzadziej operowało nad Ukrainą. Ostatecznie utraciło możliwość swobodnego działania w ukraińskiej przestrzeni powietrznej, poza bardzo niskimi wysokościami w pobliżu frontu. Tam, gdzie brakuje mobilnych zespołów przeciwlotniczych, Rosjanie nadal potrafią uzyskać lokalną przewagę. Takich miejsc jest jednak coraz mniej, a lotnictwo frontowe ma zakaz zbliżania się do frontu na odległość mniejszą niż 20 km od frontu, co znacznie ogranicza możliwości wsparcia sił lądowych.
Utrata kluczowych zdolności. Sporym ciosem dla Rosjan była strata samolotów dozoru powietrznego A-50. Służą one do kontroli obszaru powietrznego i wraz z powietrznymi stanowiskami dowodzenia koordynują działania lotnictwa. Wedle danych producenta A-50 są w stanie wykryć duże obiekty, jak samoloty transportowe czy bombowce, z odległości 600 km, a według innych danych — z 400 km. W przypadku niewielkich maszyn, jak MiG-29 czy F-16, możliwości A-50 nie są imponujące. Prawdopodobnie mogą zlokalizować obiekt tych gabarytów z odległości poniżej 200 km. Z jeszcze mniejszej odległości są w stanie namierzyć pociski manewrujące i większych rozmiarów bezzałogowce uderzeniowe.
Co ważniejsze, „patrząc” z góry A-50 powinny móc wykryć nisko lecące cele. Dzięki temu powinny wykrywać nisko przemykające pociski manewrujące i drony uderzeniowe. Tak się nie dzieje, ponieważ Rosjanie mają zaledwie cztery maszyny tego typu gotowe do prowadzenia działań. Tym samym Rosjanie nie są w stanie kierować własnymi siłami ani w operacji zaczepnej, ani obronnej. Problemy pogłębia brak odpowiedniego zabezpieczenia logistycznego. Rosjanie posiadają zaledwie 15 latających tankowców Ił-78 i Ił-78M. Tyle że w stanie lotnym jest około połowy z nich. Znacznie to ogranicza możliwości prowadzenia ciągłych działań.
Jaki jest potencjał rosyjskiego lotnictwa?
Europejskie państwa NATO dysponują znacznie większą liczbą nowoczesnych samolotów bojowych. Mają też znacznie więcej samolotów wsparcia. Chodzi o latające tankowce, maszyny kontroli przestrzeni powietrznej i walki radioelektronicznej.
Co to oznacza dla Rosjan? NATO ma nie tylko więcej nowoczesnych samolotów, lecz także znacznie większe możliwości rozpoznawcze. Mogłoby również dłużej utrzymywać je w powietrzu dzięki większej liczbie tankowców. Rosyjskie lotnictwo musiałoby więc działać bliżej własnych baz.
Słabe zaplecze. Długotrwała wojna powietrzna wymaga nie tylko samolotów i pilotów, ale również rozbudowanego zaplecza remontowego. Rosja początkowo nie przygotowała odpowiedniej sieci wysuniętych baz remontowych. Uszkodzone i wyeksploatowane maszyny trafiały do fabryk, ograniczając ich moce produkcyjne. Rosja dopiero w trakcie wojny zaczęła tworzyć wysunięte punkty obsługi w rejonie Biełgorodu i Rostowa nad Donem.
Niewielka liczba nowoczesnych maszyn. Problem pogłębia wiek rosyjskiej floty. Z około 1 tys. 550 samolotów znajdujących się w linii jedynie ok. 370 wyprodukowano w XXI w. Rosyjski przemysł nie jest w stanie szybko odwrócić tych proporcji. W 2022 r. wyprodukował zaledwie 27 samolotów bojowych. W 2024 r. Kreml poinformował o przekazaniu dwudziestu czterech nowych samolotów, głównie Su-34 i Su-35. W zeszłym roku Rosja przekazała podobną liczbę nowych samolotów. Tymczasem ok. 600 starszych maszyn zbliżało się do konieczności wymiany z powodu zużycia płatowców.
Względnie nowoczesne rosyjskie samoloty myśliwsko-bombowe Su-34, a także myśliwce Su-35 i Su-30 w czasie defilady w Moskwie 9 maja 2020 r.
Foto: Sergei Ilnitsky / PAP/ EPA
Wszystkie te problemy sprawiły, że mimo przewagi liczebnej Rosjanie nie zdobyli kontroli nad ukraińskim niebem. Ukraina wykorzystała błędy przeciwnika, rozproszyła lotnictwo i stworzyła mobilne zespoły przeciwlotnicze. Jeszcze gorzej dla Rosjan sprawa wyglądałaby przy zderzeniu z nowoczesnym lotnictwem państw NATO. Bije ono rosyjskie na głowę nie tylko ilościowo, lecz przede wszystkim technologicznie.
Czy Rosję można lekceważyć?
Nie oznacza to, że lotnictwo europejskich państw NATO pierwszego dnia ewentualnej wojny wleciałoby nad Rosję i zaczęło bezkarnie bombardować jej bazy. Rosja posiada rozbudowaną obronę powietrzną, myśliwce, pociski dalekiego zasięgu i doświadczenie zdobyte na Ukrainie. Europejczycy musieliby najpierw znaleźć sposób na przełamanie lub obejście rosyjskiego systemu obrony. Jednak jeśli przez kolejne tygodnie niszczone byłyby radary, stanowiska dowodzenia, wyrzutnie, lotniska, magazyny amunicji i paliwa, rosyjskie lotnictwo traciłoby kolejne elementy potrzebne do prowadzenia wojny.
Czy połowa rosyjskich rafinerii zostałaby zniszczona dokładnie w sześć tygodni?
Tego nie da się uczciwie zagwarantować. Wojna nie jest arkuszem kalkulacyjnym. Rosja mogłaby rozpraszać lotnictwo, wzmacniać systemy obrony przeciwlotniczej, przenosić część produkcji, stosować makiety i zmieniać sposoby ochrony infrastruktury. Minister Sikorski mówił więc raczej o bilansie zdolności, a nie o wojskowym rozkazie z dokładnym terminem realizacji.
Rosja jest potężnym państwem pod względem wojskowym. Chodzi jednak o ilość wyposażenia i żołnierzy, a nie o jakość tego sprzętu i wyszkolenie personelu. Rosja nie jest jednak potężniejsza od całej europejskiej części NATO. Dlatego największym błędem byłoby zarówno lekceważenie Rosji, jak i jej przecenianie. Pierwsze może doprowadzić do wojny. Drugie prowadzi do kapitulacyjnej polityki jeszcze przed jej rozpoczęciem. I na to liczy Kreml, podważając słowa Sikorskiego, strasząc NATO oraz wysyłając swoich terrorystów i rzucając do boju farmy trolli. NATO jest silne razem — zjednoczone i gotowe do wspólnego działania. Dlatego Kreml gra na podziały. Bo doskonale w Moskwie wiedzą, że ze zjednoczoną Europą nie mają szans wygrać konfliktu.

