Przez rosnące ceny żywności Kasia zmieniła się w królową promocji. Wie, w którym sklepie akurat będzie tańsze mięso, a gdzie lepiej kupić jajka. Eksperci zwracają uwagę, że żywność stanowi coraz większą część budżetu domowego klasy średniej. Mimo że coraz częściej na niej oszczędzamy.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Michał bierze duży koszyk i wyciąga z kieszeni telefon. W notatkach ma rozpisaną listę zakupów – mają wystarczyć na przygotowanie posiłków przez kilka najbliższych dni. Pierwsza na liście jest marchew, więc idziemy do stoiska z warzywami.

– Kiedyś bez listy chodziłem. Brałem, co mi wpadło w oko i na co akurat miałem ochotę. Tylko potem sporo rzeczy trafiało do śmieci, bo nie byłem w stanie nic sensownego z tego ugotować albo brałem za dużo – mówi.

Wielokrotnie powtarzał sobie, że koniec z tym marnowaniem. I że czas na poważnie wziąć się do robienia zdrowych posiłków, bo nigdy nie schudnie, jeśli będzie kończył dzień z pizzą i serialem. Czasem udawało się przez tydzień czy dwa trwać w tym postanowieniu, ale potem wracał na stare tory. Tym, co w końcu zmusiło go do trwałej zmiany, były rosnące ceny żywności. Zarabia niewiele więcej niż w pandemii, a koszty życia poszybowały.

– Już mnie nie stać, żeby zamawiać na zewnątrz obiady czy kolacje kilka razy w tygodniu. Pamiętam, jak za pizzę z dowozem parę lat temu płaciłem 30, może 40 zł. Teraz to z 50 zł trzeba wyłożyć minimum – mówi.

Do restauracji też chodzi rzadziej niż kiedyś. Wcześniej normą były wyjścia co najmniej raz w tygodniu, teraz zdarza mu się to ze dwa-trzy razy w miesiącu. I to też bez szaleństw – raczej odpuszcza sobie deser czy dodatkowego drinka. Przez to rzadziej widuje się ze znajomymi, bo gdy myśli, ile będzie musiał wydać, to wybiera siedzenie w domu. Trudno było mu się przestawić na nowy tryb życia, ale nie miał wyjścia. Doszło do tego, że na kilka dni przed wypłatą zostawał z pustym kontem.

Rok temu zaczął oglądać kulinarne kanały na YouTubie prowadzone przez dietetyków. Okazało się, że da się szybko zrobić sensowny, sycący obiad. Jak chociażby ryżowy makaron z pieczarkami, marchewką i mozzarellą. – Nie mam kulinarnego talentu. Byleby było smaczne i pożywne – mówi.

Michał pokazuje palcem na cukinie z dopiskiem „bio” i kręci głową z niedowierzaniem. Pół kilo, czyli trzy małe warzywa, kosztuje blisko 13 zł. – No to jest przesada – prycha. Omijamy tę półkę i idziemy dalej. Denerwuje go, że musi się zastanawiać nad każdym produktem, kalkulować, za ile widział go ostatnio i czy się opłaca. Odczuwa ciągłe napięcie, że wyskoczy mu jakiś niespodziewany wydatek i jego finanse kompletnie się posypią.

– Nie kupuję już zwykłego parmezanu. Tylko ten „ser twardy”, który udaje parmezan. Trochę czuć różnicę na niekorzyść, ale kosztuje prawie o 6 zł mniej – ocenia 34-latek, wrzucając ser do koszyka.

Dodaje, że teraz czas na najdroższe rzeczy, które akurat mu się skończyły. Najpierw zatrzymujemy się przy maśle. Wybiera najtańsze, ale to wciąż 8 zł za kostkę. Kolejny przystanek to sekcja z oliwami z oliwek. Butelka 750 ml za 27,99 zł to najlepsza cenowo opcja.

– Serce mnie boli za każdym razem, gdy muszę kupić oliwę. A o jedzeniu ryb to już nawet nie marzę. No chyba że się czasem na jakąś makrelę skuszę – stwierdza. Po podliczeniu produktów przy kasie wychodzi mu, że musi zapłacić 242 zł. – Dałoby się mniej, gdybym np. odpuścił czekoladę albo awokado. Ale, Jezus Maria, coś człowiek z życia chyba musi mieć, nie? – pyta, pakując produkty do ekologicznej torby.

Starszy ekonomista Crédit Agricole Bank Polska Jakub Olipra zwraca uwagę, że żywność stanowi coraz większą część naszego budżetu domowego – w 2019 r. ten udział wynosił 24,9 proc., a teraz to 27,6 proc. To znak, że biedniejemy, bo gdy pieniędzy jest sporo (albo ceny są niższe), wydajemy więcej na potrzeby wyższego rzędu.

W najbliższym czasie nie możemy się jednak spodziewać poprawy sytuacji. Inflacja znacząco obniży się dopiero w drugiej połowie przyszłego roku. – W najbliższych miesiącach będzie oscylować na poziomie 5 proc. Będzie się też utrzymywać dość wysoka inflacja bazowa, w dużym stopniu związana z rosnącymi cenami usług, do których wzrostu przyczynia się nadal silna presja płacowa – tłumaczy Olipra.

Według eksperta w nadchodzących tygodniach najbardziej odczujemy wzrost cen warzyw i owoców, bo zbiory w tym roku były słabe. Będą to kilkunastoprocentowe wzrosty w ujęciu rocznym. Dalej drożeć będzie też masło, którego ceny na światowym rynku osiągnęły rekordowe poziomy. Jest to związane m.in. z niską podażą mleka wśród największych eksporterów produktów mlecznych na świecie, czyli np. Nowej Zelandii, która odpowiada za ponad 50 proc. światowego eksportu masła.

Rosnące koszty żywności znajdują odzwierciedlenie w zachowaniach konsumenckich. W pierwszej kolejności rezygnujemy z nowych ubrań czy sprzętu AGD. – Jeśli jednak coraz trudniej jest się zmieścić w budżecie, to dzieje się to, co obserwujemy w ostatnich latach: konsumenci wybierają tańsze zamienniki żywności. A więc dalej kupują produkty z tej samej kategorii, ale chętniej wybierają marki własne marketów, bo potrafią być nawet o kilkadziesiąt procent tańsze – wyjaśnia ekonomista.

Na to, że jedzenie staje się zbyt drogie, wskazują statystyki dotyczące branży gastronomicznej. Z raportu firmy Proxi.cloud, która przeanalizowała ruch w 1,8 tys. lokali, wynika, że latem tego roku w pizzeriach ruch był aż o 10 proc. mniejszy, a w restauracjach oferujących fast food o 3 proc. I chociaż w teorii restauracji po pandemicznym załamaniu rynku otwiera się rok do roku coraz więcej, to też coraz więcej się ich zamyka. Z danych Dun & Bradstreet Polska wynika, że w 2023 r. zamknęło się 6786 lokali gastronomicznych – o 308 więcej niż rok wcześniej.

Kasia mówi, że została królową promocji. Supermarketowe gazetki z rabatami na stałe zagościły w jej domu, a na telefon pobrała aplikacje popularnych dyskontów. Wie, w którym sklepie akurat będzie tańsze mięso, a gdzie lepiej kupić jajka. Wybiera też jak najtańsze opcje poszczególnych produktów. Tylko na tych dla dziecka nie oszczędza. Droższe słoiczki czy jogurty mają mniej cukru i innych dodatków.

Podkreśla, że nie zarabiają z mężem najgorzej, ale spłacają kredyt mieszkaniowy. Jego rata w ostatnich latach wzrosła o 1500 zł. Przed dalszymi podwyżkami uchroniło ich przejście na stałe oprocentowanie. W okolicy, w której mieszkają, nie ma publicznych żłobków, więc wysłali córkę do prywatnego. To kolejne tysiące miesięcznie. A na to wszystko nałożyła się jeszcze inflacja.

Kobieta mówi, że nie pamięta, kiedy ostatnio jadła mięso wołowe. Coraz rzadziej sięga też po kurczaka – indyk wychodzi taniej. – A ceny masła i mleka widziałaś?! – wykrzykuje nagle. I dodaje: – Załamać się idzie.

Pracują z mężem na całe etaty, więc często nie mają siły na stanie w kuchni. A że na zamawianie ich nie stać, więc pozostają podgrzewane gotowce kupione w sklepie po drodze z pracy. Kasia czuje, że zmiana sposobu żywienia odbiła się na jej zdrowiu. Ma mniej energii, trudniej jej wstać rano, jest bardziej chwiejna emocjonalnie. – Ciężko czuć się dobrze, kiedy często jesz cokolwiek, byle zabiło głód i nie było zbyt drogie – mówi.

Dietetyczka kliniczna i twórczyni strony zkaloriami.pl Monika Stromkie-Złomaniec przekonuje, że nawet z ograniczonym budżetem da się jeść zdrowo, a przy tym nie spędzać wielu godzin przy garach. Wyjaśnia, że pełnowartościowy posiłek należy opierać na „talerzu żywieniowym”, czyli zasadzie, że połowa talerza to warzywa, a dwie jego pozostałe ćwiartki to węglowodany i białko. Podkreśla, że produkty białkowe, jak mięso, jajka, ryby czy rośliny strączkowe, dostarczają też przy okazji zdrowych tłuszczów, chociaż kilka łyżek oliwy z oliwek dziennie czy niesolonych orzechów też dobrze nam zrobi.

To mogą być bardzo proste dania, jak makaron pełnoziarnisty ze świeżymi warzywami i tofu. Według niej możemy się też czasem posłużyć „gotowcami”, by ułatwić sobie zadanie – trzeba tylko sprawdzać, czy mają dobry skład. To istotne nie tylko ze względu na zdrowie, ale też fakt, że odpowiednio zbilansowany posiłek pozwala zachować uczucie sytości na dłużej, a więc i jeść mniej.

– W obrębie poszczególnych grup produktów na talerzu możemy swobodnie manewrować i wybierać takie, które spinają się w naszym budżecie. Posiłek skomponowany z tańszych produktów nie jest równoznaczny z mniej odżywczym czy gorzej zbilansowanym, o ile opieramy go na wzorcu talerza żywieniowego. Na przykład zamiast drogiego łososia można sięgnąć po tańszego pstrąga, flądrę czy makrelę, bataty zastąpić ziemniakami, a kosztowne zimą pomidory zamienić na warzywa kiszone – proponuje dietetyczka.

Zwraca też uwagę, że mnóstwo żywności marnujemy, a to tak, jakbyśmy wyrzucali pieniądze. Chronić ma przed tym planowanie posiłków, ale też odpowiednie ich przechowywanie. Stromkie-Złomaniec przypomina, że do lodówki wkładamy warzywa kapustne typu brukselka, kapusta, kalafior, brokuł, marchewka, pietruszka, buraki czy warzywa liściaste. Z owoców na pewno jagodowe, cytryny, winogrona. Resztę powinniśmy trzymać poza lodówką, jednak w sezonie grzewczym trudno dla nich o dobre warunki.

– Lepiej więc nie kupować np. kilku kilogramów ziemniaków, nawet jeśli były w promocji, bo pewnie puszczą pędy i będą niesmaczne. Z kolei to, co napoczynamy, np. pomidora, paprykę, awokado, zjadajmy do końca. Przechowywane nawet w lodówce tracą jędrność, stają się niesmaczne i w końcu lądują w śmietniku – zauważa.

26-letnia Oliwia niedawno zaczęła pracować – na razie jest na słabo płatnym stażu, więc liczy każdy grosz. Uważa, że doprowadziła system zarządzania posiłkami do perfekcji. W każdą niedzielę przygotowuje sobie pudełka na kolejne dni. Część z nich zamraża, żeby pod koniec tygodnia wciąż były zdatne do jedzenia. Jeśli zostają jej resztki warzyw, to robi z nich zupę krem. Dzięki temu prawie nic się nie marnuje.

– Gdy pieczywo jest w promocji, kupuję go więcej i też mrożę. Znajomi czasem dziwnie się na mnie patrzą, gdy wyjmuję z zamrażarki chleb, a ja dziwię się im, że nie korzystają z tak prostych sposobów na oszczędzanie – mówi.

Przyznaje, że to całe przyrządzanie i planowanie bywa męczące. Wierzy jednak, że to stan przejściowy i za kilka miesięcy, może rok – gdy dostanie lepszą pracę – nieco poluzuje pasa. Że znajdą się pieniądze na przyjemności, których teraz regularnie sobie odmawia. – Jeśli nic się nie zmieni, to się załamię. Nie wyobrażam sobie do końca życia ciężko pracować i ledwie mieć co na talerz położyć – mówi.

Wśród naszych czytelników dużą popularnością cieszył się też tekst: Pokolenie 50-latków jest przerażone. „To już nie jest to samo życie”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version