Bliskość nie ma płci, ale nasze oczekiwania wobec dzieci — tak. Chłopcu pokazujemy, że ma być niezależny i sobie radzić. A warto popatrzeć na swoje oczekiwania jego oczami. Jak on może odbierać to, co robię? Czy to służy naszej relacji? Czy on wie, że jest dla mnie ważny i może na mnie polegać? O budowaniu relacji opartej na zaufaniu, a nie na patriarchalnym scenariuszu — mówi Agnieszka Stein.
Małgorzata Stańczyk: Słowo „bliskość” od wielu lat określa konkretny styl wychowawczy, a może nawet szerzej — sposób wchodzenia w relację, postawę wobec siebie, ludzi i świata. Czym ta bliskość w ogóle jest?
Agnieszka Stein: Budowanie bliskości polega na tworzeniu takiego środowiska, w którym dziecko czuje się bezpiecznie, w którym jest widziane i akceptowane. To tworzenie wspólnej historii w relacji, wspólnego języka. W praktyce to proces, w którym zarówno opiekunowie, jak i dziecko uczą się, jak być razem. Dziecko ma okazję doświadczyć wtedy, że ta bliska, bezpieczna osoba jest dla niego kimś, na kim może polegać, komu warto komunikować swoje potrzeby, poszukując ulgi. Owocuje to stworzeniem środowiska wspierającego rozwój, w którym dziecko może się uczyć i rozwijać, mając zaufanie, że jest ktoś, kto — gdy zrobi się trudno — będzie po jego stronie.
Już w kioskach! Najnowszy Newsweek Psychologia Dziecka
Foto: Materiały prasowe
Dzieci współtworzą tę bliskość z rodzicami?
— Od pierwszych chwil życia dzieci zapraszają do bliskości swoim zachowaniem, robiąc różne rzeczy, które mają na celu tego opiekuna w sobie rozkochać. Patrzą w oczy, uśmiechają się, inicjują kontakt, naśladują wyraz twarzy dorosłych, komunikują się z nimi, pokazują, że jest im dobrze, gdy rodzice się nimi zajmują. To podstawowe wyposażenie biologiczne naszego gatunku. Jednym dzieciom wychodzi to lepiej i przychodzi łatwiej, innym trudniej. Tak, jak i dorosłym. Ale co do zasady, tak, one też mają swój aktywny udział w tym tworzeniu więzi. Tu grają rolę nie tylko zachowania, ale także cechy anatomiczne, zapach, miękkość skóry, które opiekuna rozczulają. To są takie cechy dziecięcości, które nas przyciągają i pokazują, że dziecko to mała istota, którą trzeba się opiekować.
Czy bliskość w relacji z chłopcem różni się jakoś istotnie od tej, którą budujemy z dziewczynkami?
— Różni się, ale dużo bardziej z powodów kulturowych niż z powodu różnic występujących w naturze i biologii. Budowanie bliskości z różnymi dziećmi, niezależnie od ich płci, będzie przebiegało inaczej. Budowanie bliskości w różnych kulturach przebiega odmiennie. Dodatkowo każda osoba dorosła będzie tę relację tworzyć w nieco inny sposób. Ludzie mają różne strategie i możliwości budowania bliskości w różnych momentach życia, w zależności od samopoczucia, zdrowia somatycznego, poziomu stresu, nagromadzonych doświadczeń.
To pokazuje, jak wiele czynników wpływa na te różnice.
— Tak, w związku z czym wyodrębnienie płci jako jednego czynnika, który miałby jakoś szczególnie oddziaływać na te mechanizmy, wydaje mi się nieuprawnione, a co najmniej ryzykowne. Równocześnie nie sposób pominąć kontekstu kultury, w której żyjemy i która na nas oddziałuje. Jest w niej obecna narracja, która określa, jak ta relacja z chłopcem i dziewczynką powinna się różnić, jak powinno się różnić budowanie bliskości w wykonaniu mamy i taty.
To bardzo popularne przekonanie, że mama i tata mają do odegrania inną rolę, inne zadanie. Czy rzeczywiście tak jest?
— To przekonania, czyli coś, co my nosimy w głowie i co z pewnością wpływa na nasze działanie i na to, jak widzimy relacje z dziećmi. Takie przekonanie rzeczywiście może działać jak samospełniająca się przepowiednia. Jesteśmy teraz w takim czasie, w którym zachodzi wiele zmian w obszarze przekonań dotyczących ról płciowych, także tych związanych z wychowaniem dzieci. Możemy dzięki temu obserwować bardzo różne pomysły. I te bardzo konserwatywne, i te postępowe, równościowe. Na dodatek z mojego doświadczenia zawodowego wynika, że one często występują w obrębie jednej rodziny — kiedy rodzice reprezentują inne wizje. To bywa przyczyną wielu nieporozumień, a czasem nawet poważnych konfliktów.
Mam wrażenie, że w przypadku dziewczynek, szczególnie gdy są małe, łatwiej o spójność. Wiele mówi się o tym, żeby pozwolić dziewczynkom być silnymi, odważnymi, wierzyć w siebie, nie ograniczać się do stereotypowo przynależnych dziewczynkom zabaw czy zawodów.
A jak jest w przypadku chłopców?
— Kultura nakłada wysokie oczekiwania odnośnie do tego, jacy powinni być chłopcy. Stereotypy związane z męską siłą i zakazem okazywania słabości wciąż trzymają się mocno. Chłopiec ma być dzielny, zdecydowany, niezbyt refleksyjny, nie okazywać emocji. To ma odzwierciedlenie w wyobrażeniach rodziców dotyczących tego, jak należy chłopców wychowywać. Dorośli często boją się, że jeśli będą zbyt blisko z synem, to go „rozpieszczą” albo uczynią „niemęskim”, „zniewieściałym”. W naszej kulturze cała idea męskości jest zbudowana na niebyciu kobietą. W języku to dobitnie widać, np. „Nie płacz. Co ty, baba jesteś?” — ma być zdaniem zawstydzającym, czy „Robisz to jak dziewczynka” — które stanowi formę krytyki. Te kulturowe przekonania są bardzo ze sobą posplatane i myślę, że potrzeba wielu pokoleń, żeby to porozplątywać. Ważnym elementem wychowania chłopców na mężczyzn w naszym kraju jest piłka nożna. Dość powszechne jest przekonanie, że wszyscy chłopcy już od wczesnych lat życia powinni grać w piłkę, umieć to, interesować się tym, znać się na niej.
A jak jest postrzegana rola mamy w wychowaniu chłopców?
— Główną opiekunką w przypadku większości dzieci, niezależnie od płci, jest nadal matka. Oczywiście, coraz częściej oboje rodzice zaangażowani są w rodzicielstwo. Jednak znacznie częściej spotykam się z tym, że to kobiety chcą świadomie kształtować różne postawy u swoich córek i synów. Na przykład chcą pozwolić im na wrażliwość, wspierać ich wgląd w siebie, widzieć męskość szerzej niż agresję i rywalizację. Chcą ich zapraszać do udziału w różnych domowych czynnościach, w sprzątaniu, gotowaniu, robieniu zakupów. Synowie jednak wyciągają wnioski nie tylko z tego, do czego mama ich zaprasza, o czym ona im opowiada lub czym się zajmuje, ale także z tego, że ojcowie tego nie robią.
I w tym aspekcie rzeczywiście można się zgodzić ze stwierdzeniem, że i mama, i tata mają do spełnienia w wychowaniu ważną rolę.
— Tak, ale to nie oznacza, że to są role dotyczące jakichś odrębnych obszarów. Jeśli obydwoje rodzice są w domu, to oboje są wzorcami, modelami. Dziecko przygląda się temu, co rodzice robią oraz w jaki sposób to robią. A także temu, jak wygląda ich wzajemna relacja, komunikacja i podział zadań. Te działania wychowawcze, o których rozmawiamy, dzieją się w codzienności i nie zawsze są podejmowane świadomie. Nasze oddziaływania z pewnością podlegają wpływom kultury. Generalne różnice w budowaniu bliskości odbywają się na zasadzie kumulacji małych różnic.
Co to oznacza?
— Kiedy przychodzi do któregoś z rodziców syn i chce energicznej, siłowej, fizycznej zabawy, to łatwiej jest im się na to zgodzić, niż gdyby to była córka. Wtedy dostaje on potwierdzenie, że rodzice to lubią i tego chcą, więc przychodzi po więcej, kolejny raz proponując taki rodzaj interakcji.
Gdy dziewczynka w podobny sposób zaczepia czy zaprasza rodziców do interakcji, mogą uznać, że jest rozdrażniona, niegrzeczna, wymaga uspokojenia i ukojenia.
— Tak. Rodzice inaczej reagują na to samo zaproszenie jednego i drugiego dziecka.
Czy chłopcy lubią bliskość fizyczną, przytulanie, dotyk?
— Myślę, że wszyscy ludzie to lubią. Dzieci rzeczywiście różnią się preferencjami dotyczącymi tego, kto lubi wariowanie, skakanie, ściskanie, a kto lubi delikatny dotyk lub toleruje tylko określony rodzaj kontaktu fizycznego. Te różnice mają często podłoże sensoryczne, nie łączyłabym tego z płcią. Rodzicielstwo bliskości to podejście, które ma wspierać rozwój dziecka i jego indywidualność. Wymaga to od dorosłych, by wyszli poza te stereotypy i wbudowane wzorce i zastanowili się, czego potrzebuje i o co prosi to konkretne dziecko. Powiedziałabym nawet, że ponieważ łatwiej mi założyć, że chłopiec będzie chciał się ganiać, wygłupiać i siłować, a nie tulić, rozmawiać i przyglądać swoim wewnętrznym przeżyciom, to tym bardziej warto to sprawdzać. Starać się być uważnym na to, co ten chłopiec lubi i czego w danej chwili potrzebuje, by móc mu dać podoświadczać rodzaju kontaktu, który być może ze względu na te uwarunkowania kulturowe nie wydarzy się samoistnie.
Na co w praktyce warto zwrócić uwagę?
— Chłopcu może być trudniej pokazać, że czegoś nie lubi albo że jakiś rodzaj kontaktu jest zbyt mocny, zbyt intensywny. Może być mu trudniej prosić o emocjonalne wsparcie, płakać, sięgać po przytulanie i otuchę. Znowu chcę podkreślić, że to nie dlatego, że chłopcy nie czują bólu, nie potrzebują płakać i mniej niż dziewczynki potrzebują towarzyszenia w emocjach. Rosną od maleńkości w kulturze, która im tego nie ułatwia, która od nich oczekuje czegoś przeciwnego. Łatwiej może być nam też zinterpretować dyskomfort lub stres chłopca jako złość, a nie jako strach, napięcie czy smutek. Nie mówię tu o różnicy w przeżywaniu, ale w nadawaniu znaczenia.
Osobą, która zwykle w rodzinie wydelegowana jest do wspierania dzieci w trudnych emocjach, jest nadal matka. Zabawa, rozrywka, ewentualnie objaśnianie świata — to kawałki, które biorą chętnie na siebie ojcowie. Natomiast kiedy już pojawiają się trudne emocje, smutek, płacz, to zwykle towarzyszenie jest zadaniem mamy. Oczywiście dzieje się tak dlatego, że mamy przekonanie (często uzasadnione), że mamy lepiej sobie w tym obszarze radzą. Chłopiec dostaje więc wcześnie komunikat, że mężczyźni są z bliskością emocjonalną na bakier, że to nie ich świat. Takie dziecko może spodziewać się tego, że wyrośnięcie z bycia dzieckiem będzie polegało m.in. na tym, że będzie mniej emocji, mniej emocjonalnej bliskości, kojenia, zajmowania się tym, co przeżywane.
Znaczenie ma więc nie tylko to, co rodzice robią, ale także to, czego nie robią.
— Ja bym powiedziała, że znaczenie ma nie tylko to, co jest robione, ale także to, przez kogo to jest robione. Oczywiście, lepiej być kojonym przez troskliwą mamę, niż nie być kojonym wcale. Natomiast to, czego nie robią mężczyźni w bliskim otoczeniu, ma wpływ na to, na jakich mężczyzn wyrastają dzisiejsi chłopcy. Dyskusje, które dotyczą równości płci, także podejmowane są przede wszystkim przez kobiety. Tak jak kobiety potrzebują dzielić się swoimi doświadczeniami i poszukiwać sposobów na przełamywanie uprzedzeń, na bycie w zgodzie ze sobą, tak potrzeba, żeby o chłopcach i współczesnej męskości mówili mężczyźni. Na patriarchacie tracą zarówno kobiety, jak i mężczyźni.
Jak bliskość z chłopcem może wyglądać na różnych etapach rozwoju dziecka?
— Różnice w tym, jak budujemy bliskość, dotyczą nie tylko wieku i rozwoju, ale także tego, w jaki sposób postrzegamy potrzeby dzieci w różnym wieku. I niekoniecznie jest to związane z płcią. W naszej kulturze dążenie do dorosłości i wyobrażenie o tym, jakie dziecko jest już duże i dojrzałe bardzo często prześciga to, jakie to dziecko rzeczywiście ma potrzeby i możliwości. Dlatego szybko zaczynamy oczekiwać większej świadomości, samodzielności, panowania nad emocjami, samokontroli, refleksyjności i umiejętności odraczania działania. Często zdarza się, że te malutkie dzieci traktujemy adekwatnie, zapewniając im bliskość, jakiej potrzebują. Tu działa biologia. A potem, kiedy dzieci są starsze, opiekunom wydaje się, że już nie potrzebują ich czułości, uważności, cierpliwości. Potęguje się to w momencie pójścia dziecka do szkoły. System szkolny nastawiony jest znacznie bardziej na skuteczność i osiągnięcia niż na bliskość oraz opiekę od strony emocji. Od chłopców w wieku szkolnym zaczynamy bardzo wiele oczekiwać, nie biorąc pod uwagę faktycznej gotowości. Uważamy, że dzieciństwo się kończy.
I wycofujemy bliskość?
— Tak, i chłopcy ze względów kulturowych mają tu prawdopodobnie jeszcze trudniej niż dziewczynki. Pokazujemy im, że mają być niezależni, że mają wiedzieć, że mają sobie radzić. To jest strata relacyjna. Im więcej razy powiem dziecku, że ma sobie samo poradzić z trudnością, tym większe jest ryzyko, że ono mi o kolejnej trudności już nie powie. Ale także, że będzie mniej zainteresowane moją perspektywą, radą czy wiedzą.
Co warto robić zamiast tego?
— Bardzo ważne wydaje mi się bycie z dzieckiem takim, jakie jest tu i teraz, a nie z naszym wyobrażeniem, jakie powinno być, co potrafić, z czym sobie radzić. To pomoże ograniczyć swoje oczekiwania odnośnie do tego, co ten chłopiec czy nastolatek powinien już potrafić. Warto też postarać się popatrzeć na swoje słowa, oczekiwania i działania jego oczami. Jak on może odbierać to, co robię? Czy to służy naszej relacji? Czy on wie, że jest dla mnie ważny i może na mnie polegać? W relacji z nastolatkiem zdarza się rodzicom na bardzo wysokim miejscu postawić edukację, wyniki szkolne i perspektywy edukacyjne, a w efekcie zaniedbać strefę emocjonalną i relacyjną. Często pytam rodziców, czy to, co się dzieje w ich relacji wokół edukacji, sprzyja ich bliskości, zaufaniu i porozumieniu, czy wręcz przeciwnie. Często okazuje się, że te sprawy są w konflikcie. Jeśli zaś rodzice deklarują, że relacja jest dla nich tym obszarem, o który szczególnie chcą dbać, to sprawdzamy, czy wybory, które podejmują w praktyce, rzeczywiście tej bliskości służą.
Agnieszka Stein — psycholog, prekursorka rodzicielstwa bliskości w Polsce. Wspiera rodziców w towarzyszeniu dzieciom oraz w ich własnym rozwoju. Szkoli profesjonalistów, pracujących z dziećmi i rodzicami w nurcie rodzicielstwa bliskości. Autorka książek dla rodziców
Małgorzata Stańczyk — psycholog, dziennikarka, autorka książek. Wspiera rodziców i nauczycieli w lepszym rozumieniu dziecięcych zachowań i budowaniu relacji opartych na szacunku i zaufaniu do dziecięcego rozwoju

