Jako agent w Dreźnie nie miał sukcesów. Przestał nawet uprawiać sport. Stał się regularnym piwoszem, przytył 11 kg i musiał kupić garnitury o dwa rozmiary większe. Aż uczynił mit założycielski z historii o rozgniewanym tłumie, który przybył do rezydentury KGB, a on wyszedł do niego z pistoletem i go powstrzymał. Ale tak naprawdę ta noc wyglądała zupełnie inaczej — mówi Philip Short, autor biografii Putina.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Philip Short: Początkowo chciał zostać pilotem linii lotniczych, co byłoby bezpieczną pracą. W tym pomyśle wspierała go rodzina, trener, przyjaciele. Ale podobnie jak wielu innych nastolatków w Związku Radzieckim w latach 60. obejrzał kilka filmów, m.in. „Tarcza i miecz”, które promowały działania KGB. Zobaczył, że szpieg może zdziałać więcej niż cała armia. Był też pod wielkim wrażeniem przywilejów przysługujących funkcjonariuszom. Wystarczyło pokazać dokument tożsamości w czerwonej skórzanej oprawie, z literami „KGB ZSRR”, a ludzie dosłownie stawali na baczność. W oczach młodego Putina praca w służbach oznaczała przynależność do elity, której powierzono zakazaną wiedzę, niedostępną dla reszty społeczeństwa. Wszystko to było dla niego bardzo atrakcyjne.

Tak więc udał się do siedziby KGB w Leningradzie, która jak mówił dowcip, była najwyższym budynkiem w mieście, ponieważ „nawet z piwnic można było zobaczyć Syberię”. I tam zapytał: „Co muszę zrobić, żeby tu pracować?”.

Został przyjęty, bo świetnie pasował do służb. „Agent musi być niepozorny, z wyglądu przypominać zwykłą osobę” — napisał jeden szefów KGB. I dokładnie taki był Putin, a do tego ukrywał swoje ambicje i pragnienia. Charakterologicznie pasował do KGB. Również pochodzenie rodzinne było bez skazy. Dziadek, Spiridon, gotował dla elity partyjnej, i to w czasach, gdy cała wierchuszka miała obsesję, że zostanie otruta. Putin opowiadał później, że dziadek obsługiwał zarówno Lenina, jak i Stalina, ale to akurat było wymysłem. Jednak przez ponad dekadę między wojnami pracował jako kucharz w domu wdowy po Leninie, Nadieżdy Krupskiej, a potem dla Komitetu Miejskiego Partii w Moskwie. Wymagało to wyjątkowego certyfikatu bezpieczeństwa.

— Wielu rzeczy, których uczono w KGB, on już doświadczył wcześniej jako dziecko ulicy. Dorastał w trudnej dzielnicy Leningradu, gdzie cały czas dochodziło do bójek i walk gangów. Wiedział, że jeśli zaczynasz walkę, musisz ją doprowadzić do końca. Jeśli bierzesz broń, musisz być gotowy jej użyć. Z pewnością w KGB poznał nowe techniki: jak manipulować informatorem, analizować i oceniać informacje… Ale przede wszystkim, aby nigdy nie oceniać rzeczy po pozorach, nie ufać deklarowanym motywom i intencjom innych ludzi. Ale i tutaj istniała już solidna podstawa, na której jego instruktorzy mogli budować, bo już jako dziecko Wołodia Putin ukrywał swoje prawdziwe zamiary.

— Jest w tym pewna przesada, ale rzeczywiście leningradzkie KGB było prowincjonalnym oddziałem. Sam Putin, chociaż zawsze temu zaprzeczał, przez pierwsze trzy lata pracował dla Piątego Wydziału, zwanego „ideologicznym kontrwywiadem”. Śledził dysydentów, organizacje religijne, emigrantów… Następnie dołączył do Pierwszego Wydziału, który nominalnie zajmował się wywiadem zagranicznym, ale w Leningradzie nie było zbyt wielu obcokrajowców, których można było zwerbować. Delikatnie mówiąc, nie była to szczególnie oszałamiająca ani błyskotliwa kariera.

— Te ośrodki były poza jego zasięgiem. Końcowy raport dotyczący Putina nie był najgorszy, ale nie robił z niego gwiazdy wywiadu. Pozostał jednym z nielicznych absolwentów, którzy nie dostali od razu zadania. Nazywali go „sierotą”. Wrócił więc do Leningradu i czekał, aż coś się zwolni. Było to dla niego duże rozczarowanie. Kolejne przyszło, gdy wysłano go do Drezna. Z punktu widzenia gromadzenia informacji wywiadowczych NRD była prowincją, niewiele różniącą się od Leningradu. Nie był ważnym funkcjonariuszem i świetnie o tym wiedział.

— Putin miał wiele atutów, ale w służbach nie były one widoczne. Przez większość czasu wykonywał rutynowe, nudne zadania. Był jedną z tych osób, o których myślano, że nigdy nie przekroczą pewnego poziomu i na zawsze pozostaną na prowincji. Często jest tak, że dana osoba musi się znaleźć we właściwym miejscu, aby mogła rozkwitnąć. Zalety Putina ujawniły się, kiedy po latach wrócił do Leningradu i podjął pracę dla Anatolija Sobczaka jako pierwszy zastępca mera Leningradu.

— Powiedzieć, że Putin tam hibernował, byłoby przesadą, ale nie aż tak wielką. Przestał nawet uprawiać sport. Stał się regularnym piwoszem, preferującym piwo produkowane przez Niemców wschodnich na eksport (starał się unikać tego na lokalny rynek po tym, jak kolega znalazł w butelce martwą mysz). Przytył 11 kg i musiał kupić garnitury o dwa rozmiary większe.

Miał za zadanie szukać rekrutów, którzy nadawaliby się na nielegalnych agentów, i tworzyć dla nich tożsamości. Znowu nie odniósł jednak żadnego sukcesu. Jego największym osiągnięciem było zwerbowanie kolumbijskiego studenta, który skontaktował go z sierżantem armii amerykańskiej w Niemczech Zachodnich. Putin kupił od niego zwykły podręcznik wojskowy. Była to więc tak naprawdę strata czasu. Podobnie było w przypadku wielu placówek KGB w Niemczech Wschodnich. Wkładali w swoje działania wiele wysiłku, angażowali mnóstwo osób, ale nie osiągnęli nic wartościowego.

— Putin uczynił swego rodzaju mit założycielski z historii o rozgniewanym tłumie, który przybył do rezydentury KGB przy Angelikastrasse w Dreźnie, a on wyszedł do niego z pistoletem i go powstrzymał. A potem poprosił o ratunek lokalną bazę armii radzieckiej. Tyle że tam usłyszał, że czekają na rozkazy z Moskwy. Ale Moskwa milczała. Putin został zostawiony na lodzie, a sytuacja stawała się coraz bardziej groźna. Później przedstawił to jako moment, kiedy zrozumiał, że państwo musi być silne i jakie zagrożenie dla słabego reżimu stanowi rozgniewany tłum. Porównywano to do doświadczeń Andropowa w Budapeszcie w 1956, który widział węgierskich tajnych milicjantów wieszanych na latarniach pod oknami radzieckiej ambasady. Bardzo możliwe, że ta noc w Dreźnie odegrała formacyjną rolę w życiu Putina.

Ale tak naprawdę wyglądała zupełnie inaczej. Pomoc wysłano bardzo szybko, w ciągu 30 minut, i nie było mowy o niebezpieczeństwie. Możliwe, że później Putin to wyolbrzymił, bo odczuł jako zwieńczenie narastającej społecznej frustracji. Niemcy Wschodnie — kraj, który uważał za swój drugi dom — nagle rozpadły się, a potężny do niedawna Związek Radziecki nie zrobił nic, aby temu zapobiec.

— Gdy stało się jasne, że Gorbaczow wprowadza zmiany, Putin był naprawdę podekscytowany i popierał wiele jego działań, w przeciwieństwie do tego, co później twierdził. Ale kiedy wrócił do Rosji, odkrył drugą stronę medalu. Nie tylko ukradziono torebkę Ludmile, stracili także mieszkanie. Przeprowadzili się do rozpadającego się domku na obrzeżach Leningradu i tam ponownie ich okradziono. Po obfitości Drezna ubóstwo w sklepach było dla nich szokiem. Podstawowe artykuły spożywcze można było kupić tylko za okazaniem meldunku w Leningradzie. Jednak najbardziej uderzająca zmiana dotyczyła ludzi, wszyscy mówili jedynie o „upadku” i „wojnie domowej”.

— Sobczak jasno dawał do zrozumienia, że głęboko sprzeciwia się temu, co reprezentuje sobą KGB. Jednak wiedział też, że potrzebuje kogoś, kto będzie pośredniczył w kontaktach ze służbami, ponieważ KGB było niezwykle silne i było jasne, że będzie odgrywać ważną rolę w Rosji.

— Sobczak rozumiał, że nie da się w tamtych czasach zarządzać miastem takim jak Sankt Petersburg bez kontaktów z przestępczością zorganizowaną. Z kolei Putin jako nastolatek był zaintrygowany silnymi facetami, którzy nie przestrzegali prawa. A potem, kiedy został zastępcą mera, zdał sobie sprawę, że musi mieć z nimi kontakty. Ale dla Putina było to łatwiejsze, ponieważ dorastał wśród młodych ulicznych bandytów, znał ich środowisko.

— Spójrzmy na fakty. Putin brał „prezenty” podobnie jak prawie wszyscy urzędnicy w Sankt Petersburgu, ale był bardzo ostrożny. Gdy ktoś zamierzał zrobić z niego dłużnika, z reguły odmawiał. Jednocześnie w Sankt Petersburgu, a później w Moskwie, po tym jak został prezydentem, nie miał nic przeciwko temu, żeby ludzie wokół niego oddawali się korupcji. To był jeden ze sposobów kontrolowania ich: korupcja powodowała, że stawali się podatni na szantaż. Z pewnością nie został prezydentem dla pieniędzy. W Rosji, jeśli nim jesteś, masz wszystko.

— Kiedy jeszcze w Leningradzie pełnił funkcję zastępcy mera, udzielił dziennikarzowi wywiadu, którego sens był taki: „Wybory to oszustwo, bo politycy składają obietnice, których nie dotrzymują. Po prostu oszukują ludzi. Wygrywają ci, którzy mają najwięcej pieniędzy”. Nigdy nie wierzył w demokratyczne wybory. Był znacznie lepszy w politycznej pracy od kuchni. Czuł się w swoim żywiole, odsuwając rywali, manipulując, przygotowując sobie miejsce.

— To był czas, kiedy Rosja przeszła ogromne zmiany. Starsze pokolenie było tak zmęczone tym, co robiło w poprzednim systemie, że zostało w pewnym sensie wykluczone w nowym rozdaniu. Młodsi mieli ogromne możliwości szybkiego awansu, ale niewielu miało jakieś polityczne doświadczenie. I Putin znowu znalazł się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Został prezydentem właśnie dlatego, że zawsze potrafił być oczywistym, jeśli nie jedynym wyborem.

Philip Short — brytyjski dziennikarz, autor biografii Mao Tse Tunga, Pol Pota, François Mitterranda i prezydenta Rosji „Putin: His Life and Times” (2022).

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version