Donald Trump jest niemal politycznym sobowtórem Władimira Putina. Wraz z upływem drugiej kadencji prezydenta USA jest coraz bardziej jasne, że podobieństwa między nimi sięgają znacznie dalej, niż sądzono.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Ale jest też druga strona medalu — Putin dostał od Trumpa znacznie mniej, niż zakładano. To nie jest wcale zapowiadana złota era dla prezydenta Rosji. Jak wytłumaczyć ten pozorny paradoks?

Trump nie mógł dać Putinowi tego, czego prezydent Rosji najbardziej pożądał — zwycięstwa nad Ukrainą. Nie dlatego, że Trump nie chciał mu tego zwycięstwa dać — jest przecież przekonany, że Ukraina jest skazana na klęskę, do czego Putin dawno temu go przekonał — lecz dlatego, że zmniejszając amerykańskie zaangażowanie w tę wojnę, drastycznie zmniejszył swój wpływ na wydarzenia. Nie jest w stanie zmusić ani Ukrainy, ani Europy, aby zgodziły na fatalny pokój. Steve Witkoff może się spotykać z Putinem, ile razy chce, licząc na wielomiliardowe deale w Rosji po podpisaniu rozejmu, ale to i tak nic nie zmieni. Każdy wie, że to tylko teatr.

Tak naprawdę największa nadzieja Rosjan leżała gdzie indziej. Byli od samego początku bardzo sceptyczni, czy uda się z Trumpem załatwić coś na papierze. Swoją szansę widzieli raczej w destrukcyjnej naturze Trumpa, którego podstawowy odruch jest zawsze ten sam: zniszczyć wszystko, co spotyka na swojej drodze, ponieważ nic co nie jest Trumpem, nie zasługuje na istnienie.

„Trumpiści są rewolucjonistami. Są niszczycielami systemu. Można ich tylko w tym wspierać. Jedność Zachodu przestała istnieć. Nie jest to już żaden sojusz. Trumpizm pewnie i szybko zniszczył transatlantycki konsensus”— nie posiadała się z zachwytu rosyjska gazeta „Izwiestia”. W ciągu zaledwie roku Trump zdołał skłócić się ze swymi sojusznikami — za pomocą taryf celnych, podważania NATO, krucjaty ideologicznej na rzecz europejskiej prawicy i rewizjonistycznych gróźb wymierzonych w Grenlandię, stanowiących powtórkę z krymskiej operacji Putina. Trudno się było oprzeć wrażeniu, że prezydent Rosji i prezydent USA mają jednego i tego samego wroga: Europę.

Wkrótce jednak zachwyt destrukcyjną naturą Trumpa zmienił się u Rosjan w niepokój. Trump obalił związanego z Rosją Nicolása Maduro, zbombardował po raz kolejny Iran, sojusznika Kremla w wojnie ukraińskiej. Jeden z bardzo przychylnych Trumpowi komentatorów twierdził, że jego strategia wreszcie stała się jasna: prezydent USA metodycznie pozbawia Rosję (oraz Chiny) jej partnerów. Tylko że jeśli tak rzeczywiście jest, trudno zrozumieć inny, jeszcze bardziej rzucający się w oczy element rzekomej strategii Trumpa. Po co, skoro chce pokonać Rosję i Chiny, Trump pozbywa się swych własnych — i to najważniejszych — partnerów, czyli Europy?

Prawdziwy problem Rosjan polega na czym innym. Niszczycielska siła Trumpa, której niegdyś prezydent USA zazdrościł Putinowi (po inwazji na Ukrainę był pełen zachwytu i nazwał go „geniuszem”), przybrała takie rozmiary, że Rosjanie boją się nie tyle świadomej kolizji, ile tego, że staną się jedną z ubocznych ofiar oszalałego destruktora.

Do niedawna żyliśmy w świecie Putina — to on wyznaczał rytm politycznego kalendarza. Dziś żyjemy w świecie Trumpa — i rytm zmian jest nieporównywalnie szybszy. Putinowi nie udało się podbić Ukrainy w cztery lata. Trump rozprawił się z Maduro w kilka godzin. Jak zauważa rosyjski politolog Aleksander Baunow: „Trump Niszczyciel jest źródłem poważnych obaw dla Moskwy — ze względu na niekontrolowany charakter jego destrukcyjnych działań. Nie ma żadnej gwarancji, że jego destrukcyjna energia zostanie wykorzystana wyłącznie w sposób korzystny dla Moskwy. W ostatnich latach Kreml przyzwyczaił się do idei, że głównym atutem Rosji nie jest sama siła militarna, ale nieprzewidywalność, z jaką ją wykorzystuje: gotowość do prowokacyjnego zachowania, podejmowania ryzyka, łamania zasad. Nieoczekiwanie Ameryka Trumpa wydaje się zastąpić Rosję Putina jako największego destruktora świata. Trump przejął wiele taktyk, które sprawiły, że Moskwa była tak skuteczna, a dzięki większym zasobom i ambicjom może teraz stosować je na znacznie większą skalę”.

Trump naśladuje politykę Putina — co jest wyrazem podziwu. Ale Kreml nie ma żadnej gwarancji, że nie stanie się jedną z przypadkowych ofiar awanturniczej polityki Trumpa — destruktora.

Jednak to niekoniecznie to dla nas jedynie dobra wiadomość. Putin przegrywa z Trumpem walkę o tytuł destruktora numer 1. Skurczył się, odkąd na scenę wszedł jego amerykański naśladowca. I dlatego jeszcze bardziej kurczowo będzie się trzymał wojny w Ukrainie, by nikt nie zwątpił w jego niszczycielskie zdolności.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version