Jedna lista partii tworzących koalicję pozwoli im utrzymać władzę? Rozmowy o jej stworzeniu miał rozpocząć Donald Tusk. Obecny układ polityczny po stronie rządu rzeczywiście jest skrajnie nieefektywny. Ale jedna lista niekoniecznie musi być receptą na jego uzdrowienie.

Jak doniósł Onet, temat jednej listy miał być omawiany na spotkaniu premiera Tuska z liderami PSL i Nowej Lewicy, Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem i Włodzimierzem Czarzastym. Tusk miał przekonywać, że gdyby prawica zjednoczyła się na jednej prezydenckiej liście – do jej budowy ma namawiać Karola Nawrockiego Jarosław Kaczyński – to konieczna będzie konsolidacja na jednej liście także obozu rządowego, bo to da mu największą szansę na utrzymanie władzy.

Czy jedna lista jest faktycznie receptą na to, by za rok nie oddać władzy prawicy? Na pewno jakaś przebudowa list będzie nieunikniona. Obecny układ po stronie rządowej nie ma bowiem po prostu żadnego politycznego sensu. Licząc dwie partie-sukcesorski Polski 2050 mamy de facto pięć potencjalnych list, a do tego jeszcze szóstą Partii Razem, która trzy lata temu była częścią koalicji 15 października. Z tej szóstki pewne przekroczenia progu mogą być tylko KO i Nowa Lewica. PSL i Razem są na granicy, reszta nawet się do niej nie zbliża.

Według sondażowych średnich portalu ewybory.eu partie koalicji 15 października i partia Razem mają w sumie 44,5 proc. poparcia. Tyle że z tego aż 7,4 pkt proc. ląduje pod progiem. Inaczej mówiąc, marnuje się 16 proc. poparcia koalicji.

Wyborcy nie palą się zwykle do głosowania na partię, która nie daje gwarancji przekroczenia progu wyborczego. Część w dniu wyborów zagłosuje na inne ugrupowanie, ale wielu zostanie w domu. Na pewno konieczne jest więc uratowanie poparcia PSL i resztek po Polsce 2050. Tak by głosy na nie się nie zmarnowały. Kluczowa jest zwłaszcza rola PSL, które ma wyborców mogących głosować zarówno na ludowców, jak i na PiS czy inicjatywę Morawieckiego.

Nie wiadomo, jak w przyszłym Sejmie zachowa się Partia Razem — choć można być raczej pewnym, że nie utworzy rządu z prawicą — ale z punktu widzenia obozu rządowego lepiej by wzięła ona kilka mandatów, niż żeby „zmarnowała” np. 3,5 proc. po nieprawicowej stronie.”

Konsolidacja na jednej liście niosłaby za sobą szereg niebezpieczeństw. Jeśli w wyborach zetrą się dwie listy – prezydencka prawicowa i rządowa – to zadziała podobny mechanizm polaryzacji, co w drugiej turze wyborów prezydenckich. Nie był on korzystny dla kandydata koalicji.

W wyborach parlamentarnych, inaczej niż w drugiej turze prezydenckich, cała prawica nie zmobilizuje się jednak najpewniej wokół prezydenckiej listy. Nie wiadomo, czy taka powstanie, ale nawet jeśli, to nie będzie mogła obejmować Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Mało prawdopodobne, by „koroniarze” byli zainteresowani. Ale nawet gdyby byli, to na ich udział nie pozwala rzeczywistość sojuszy międzynarodowych PiS i prezydenta. A Korona na prawej flance może zadziałać jako spojler pracujący na korzyść listy rządowej.

Tak czy inaczej, jedna lista rządowa zmieni wybory w referendum wokół oceny rządu Tuska. A notowania rządu są po prostu złe. Bez ich poprawienia start na jednej liście może być bardzo trudny. W tym referendum rząd będzie musiał się bronić nie tylko przed prawicą, ale i krytyką ze strony Partii Razem, która na jedną rządową listę nie wejdzie niemal na pewno. Może za to zadziałać jako spojler, który odciągnie od listy rządowej część głosów Nowej Lewicy, a jednocześnie nie przekroczy progu i uniemożliwi liście rządowej osiągnięcie samodzielnej większości.

Kolejny problem to fikcja sumowania elektoratów. Niekoniecznie 30 i 10 proc. poparcia dla dwóch partyjnych list musi dać 40 proc. poparcia dla jednej, wspólnej listy. Wyborcy lubią mieć wybór, są przywiązani do swoich partyjnych szyldów. Jedna lista od Czarzastego po Kosiniaka-Kamysza straci część wyborców, których mogliby przyciągnąć politycy Nowej Lewicy czy PSL startując samodzielnie.

Elektorat ludowców sceptyczny wobec lewicy i jej obyczajowych postulatów może zwrócić się ku prawicy, skuszony np. przez bardziej umiarkowanego polityka Rozwoju Plus na wysokim miejscu w swoim okręgu. Zaś elektorat lewicowy będzie miał w takiej sytuacji Razem.

Dyskusje o jednej liście — jak widzieliśmy zarówno w 2019 i 2023 r. — wyzwalają wielkie emocje, nie zawsze pozytywne. Mniejsze partie traktują je jako próbę zdominowania ich przez większego partnera, ich elektoraty jako próbę ograniczenia ich wyboru. Dziś Tusk może występować ze znacznie silniejszej pozycji wobec partii tworzących niegdyś Trzecią Drogę, niż mógł w 2023 r. Problem negatywnych emocji jednak pozostanie.

Wszystkie elektoraty są też zmęczone polaryzacją. Wybór między jedną listą na czele z Tuskiem i drugą z Kaczyńskim może skończyć się dość niską frekwencją przy urnach. Trudno też powiedzieć, która strona zdemobilizuje się wtedy bardziej.

Jedna lista, jak mówią doniesienia Onetu, miałaby być też odpowiedzią obozu rządowego na ewentualną jedną, prezydencką listę prawicowej opozycji. Do jej powstania ciągle jest jednak daleko. Problemem jest nie tylko Braun — także Konfederacja Bosaka i Mentzena niekoniecznie musi uznać, że ma dziś interes, by przystąpić do wielkiej prawicowej koalicji. Wspólna lista odebrałaby Konfederatom aurę antysystemowości, wystawiając na ataki ze strony Korony.

Z punktu widzenia rządu najlepiej byłoby, gdyby prezydent się takiej misji podjął i poniósł spektakularną klęskę. Gdyby jeszcze przy okazji wszyscy na prawicy się ze sobą skłócili w żenujący dla wyborców sposób, to Tusk mógłby naprawdę odetchnąć przed wyborami.

Najlepsze scenariusze rzadko się jednak spełniają — po każdej stronie. Strona rządowa musi być więc gotowa także na wypadek konsolidacji prawicy. Nie jest ciągle jasne, czy jedna lista będzie najlepszą odpowiedzią na ten scenariusz, ale na pewno warto już teraz zamówić badania analizujące wszelkie możliwe warianty pozwalające optymalizować poparcie.

Jednocześnie tak jak herbata nie robi się słodsza od samego mieszania, tak nie da się wygrać wyborów, wyłącznie przestawiając listy. Strona rządowa musi przede wszystkim opowiedzieć Polakom, dlaczego powinni jej powierzyć władzę na następne cztery lata – i to ze świadomością działania wspólnie z hamulcowym w Pałacu Prezydenckim. Tej narracji „po co są nasze rządy” brakowało przez ostatnie trzy lata. I jeśli za rok rząd nie chce stracić władzy, powinien ją zacząć przedstawiać jak najszybciej.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version