Latanie jest wspaniałe, ale da się bez niego żyć. To nie narkotyk — o życiu bez munduru opowiada major rezerwy, pilot Michał Fiszer.
NEWSWEEK: Śni się panu czasem latanie?
Major rezerwy Michał Fiszer: Czasami trochę tęsknię, ale nie jest tak, że nie mogę żyć bez latania. Swoje wylatałem, miałem fajne przygody, wykonywałem różne zadania, więc każdy kolejny lot byłby powieleniem tego, co już robiłem. Mam teraz nowe pasje i nowe wyzwania. Jestem wykładowcą na uczelni, piszę artykuły. Pasjonuję się fotografią samolotów i sprzętu wojskowego, bardzo lubię kolej. Dużo czytam i żyję całkiem szczęśliwie, bez potrzeby szukania adrenaliny.
A mówią, że kto raz latał, potem zawsze będzie tęsknił.
— Latanie jest wspaniałe, ale da się bez niego żyć. To nie narkotyk.
Siedzi pan na wózku inwalidzkim.
— Nie mam jednej nogi.
Cukrzyca?
— Niedokrwienie, brak krążenia, martwica, zakrzepica. Wszystkie plagi tego typu, tylko nie cukrzyca.
Utrata nogi to była tragedia?
— Trochę trudności w życiu. Bo wiadomo, nie jestem w stanie się normalnie poruszać. Problemem jest wyjście do sklepiku naprzeciwko z protezą, która mi odpada, bo zrobiono mi taką na NFZ, beznadziejną. W zasadzie prawie się nie mogę nią posługiwać, bo sprawia mi dużo trudności. Cierpię z tego powodu, że nie mogę prowadzić samochodu, nie mogę sobie pojechać, gdzie chcę, tylko muszę kogoś prosić, żeby mnie wożono. I to są rzeczy najbardziej uciążliwe. Ale poza tym w domu funkcjonuję w miarę normalnie, jestem w stanie wszystko wokół siebie zrobić, normalnie się wykąpać. Przyzwyczaiłem się do tego, że nie mam nogi.
Pokazuje pan to na zdjęciach. Specjalnie?
— Nie, po prostu zacząłem się od jakiegoś czasu fotografować, jak jestem tu czy tam. A jestem, jaki jestem, więc tak jak wcześniej fotografowałem się z dwoma nogami, tak teraz z jedną. Czego mam się wstydzić? Spotkało mnie nieszczęście, straciłem nogę, ale trzeba dalej żyć. W tej chwili jest sporo ułatwień dla ludzi niepełnosprawnych, zaczynam doceniać te wszystkie podjazdy dla wózków. Bo jak jestem na wózku, krawężniki są dla mnie nie do pokonania. Dla sprawnego człowieka to żadna przeszkoda, a ja muszę dojechać do jakiegoś przejścia, gdzie mogę zjechać na jezdnię i wjechać z powrotem na chodnik. A kiedyś przebiegałem jezdnię w różnych miejscach i nawet nie zwracałem na to uwagi.
Nie chce pan zrobić zbiórki na nowoczesną protezę, która działałaby jak trzeba?
— Ja mam 13-letniego synka, który ma autyzm, i przede wszystkim myślę o tym, żeby mu kupić kawalerkę w Zduńskiej Woli albo innym miejscu, gdzie jest w miarę tanio. Żeby miał swoje lokum, jak już mnie kiedyś zabraknie, bo nie wiem, czy on będzie normalnie funkcjonował, czy znajdzie jakąś pracę. To jest bardzo mądre dziecko, ale mówi tylko po angielsku. Cała trudność z jego autyzmem polega na tym, że on przyswaja gigantyczną wiedzę, ale tylko taką, która go interesuje. Kiedy szkoła próbuje mu coś wtłoczyć do głowy, odbywa się to z wielkimi trudnościami. Synek nie skupia się na tym, co go nie interesuje. Natomiast to, co go interesuje, czyli kolej, astronomię i przyrodę, poznaje na poziomie akademickim.
A pan składa jeszcze modele samolotów?
— Staram się je kleić, ale ostatnio miałem bardzo mało czasu, bo poświęcam go głównie na pisanie artykułów i inną tego typu działalność. Bardzo chcę uzbierać chociaż na tę kawalerkę dla mojego synka.
Podobno lotnictwem interesował się pan już od dzieciństwa.
— Miałem około dziewięciu lat, gdy przewieziono mnie samolotem CSS-13, który był polską wersją radzieckiego Po-2, to było niesamowite przeżycie. Potem wujek, który działał w aeroklubie, często mnie zabierał na loty różnymi maszynami. Jako nastolatek przyjeżdżałem na lotnisko i męczyłem pilotów, żeby mnie zabrali.
Chciałem być technikiem lotniczym, ale ojciec mówił: zostań pilotem. Przekonał mnie. Zacząłem latać na szybowcach, a później na samolotach tłokowych. Chciałem studiować na Politechnice Rzeszowskiej, bo tam był wydział, który szkolił pilotów cywilnych, ale okazało się, że akurat w tym roku nie uruchomiono tam kierunku lotniczego. Zawiozłem więc papiery do Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie. I tak zostałem pilotem wojskowym.
Pamięta pan pierwszy samodzielny lot? Czuł pan strach czy raczej ekscytację?
— To było 14 października 1978 r., szybowiec Bocian. Jeszcze tego samego dnia poleciałem po raz drugi. Bardzo się cieszyłem, nie czułem wielkiego strachu. Miałem wtedy 16 lat. Potem poznałem wiele samolotów, ale moim ulubionym jest Su-22. Na nim latałem najdłużej, miałem niesamowitych instruktorów, którzy nauczyli mnie kultury zawodowej.
Czyli?
— Bardzo starannego przygotowania się do lotu, poważnego traktowania samolotu. Trzeba było zdobyć olbrzymią wiedzę teoretyczną i nauczyć się, jak działają wszystkie systemy samolotu, żeby móc w pełni wykorzystać jego możliwości. Instruktorzy wyznawali zasadę, że my nie jesteśmy tu dla zabawy, samolot to narzędzie do walki, które kupił podatnik. I my mamy wobec tego podatnika dług, ponieważ to on nas utrzymuje. Nasi instruktorzy bardzo cenili odpowiedzialność, punktualność, wiedzę, musieliśmy wykonać każdy lot tak, jakby to był lot bojowy, od którego zależy los Polski.
Kiedy pracował pan w 8. Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego w Mirosławcu, doszło do katastrofy lotniczej.
— Zginął ulubiony dowódca pułku, człowiek o niesamowitej charyzmie. Wystartował na oblot techniczny na Su-22 i na dużej wysokości doszło do zablokowania przewodu odbiornika ciśnienia statycznego. Na dodatek pilot prawdopodobnie był niedotleniony, nie był w stanie podejmować racjonalnych decyzji. Niedotlenienie działa jak silne upojenie alkoholowe, człowiek się zatacza i przewraca.
Zdarzyło się panu kiedyś coś takiego?
— Na szczęście nie, ale znam kilka przypadków, gdy pilot po zejściu na mniejszą wysokość zaczynał normalnie oddychać, niedotlenienie ustępowało, a on nic nie pamiętał. Nie wiedział, dlaczego się znalazł na takiej wysokości ani co robił. Jakby mu się film urwał.
Bał się pan takich sytuacji?
— Strach towarzyszy pilotowi zawsze i wszędzie. Ale przecież każdy ma świadomość tego, że różne rzeczy mogą się w życiu zdarzyć. Nie tylko te związane z lataniem, przecież można mieć wypadek samochodowy, wpaść pod pociąg albo ciężko zachorować.
A dlaczego rzucił pan lotnictwo dla piechoty?
— Chciałem wyjechać na misję ONZ, żeby zarobić trochę pieniędzy. Pojechałem do Jugosławii na roczną misję, bo tam wybierano ludzi znających język angielski, a ja mówiłem biegle w tym języku. Pojechałam w strefę działań wojennych, bo chciałem zobaczyć, jak to wygląda. Okazało się, że wojna to przeżycie nieporównywalne z czymkolwiek innym. No i niestety zostałem ranny, oberwałem po kręgosłupie.
Strach?
— Przede wszystkim ból. Nie zostałem postrzelony, pocisk armaty czołgowej wybuchł jakieś 10 metrów ode mnie. Siła tego wybuchu mnie przewróciła, upadłem na pryzmę kamieni i uderzyłem w nią plecami. Miałem kamizelkę kuloodporną starego typu, taką z metalową płytą, i to spowodowało uszkodzenie nerwów przy kręgosłupie. Na moment straciłem czucie w nogach, całkowicie mi je odcięło. Nie mogłem oddychać, miałem krwawienie do płuc od przyrostu ciśnienia. Nic przyjemnego.
Jak do tego doszło?
— Polski batalion stacjonował w Chorwacji, w środku strefy okupowanej przez Serbów. Tam się zdarzało, że walczyły nie tylko oddziały piechoty, ale włączały się też artyleria i czołgi. To była regularna wojna, taka jak teraz w Ukrainie. Teoretycznie obowiązywało porozumienie o przerwaniu ognia, ale bardzo często dochodziło do różnych incydentów lub wręcz regularnych walk. Szczególnie „gorące” było przejście przez linię frontu na Turanju, na przedmieściach Karlovaca. Dziś jest tam chorwackie muzeum wojny domowej. Przez większość dni, a właściwie nocy, dochodziło tam do bardzo ostrej wymiany ognia. Czasem te strzały trwały niemal bez przerwy po 12-14 godzin.
Jak można przeżyć kilkanaście godzin pod ostrzałem? Co człowiek wtedy robi?
— Nic nie robi, tylko myśli o tym, żeby nie zostać trafiony. Jeżeli jeszcze strzela, to jest troszeczkę inaczej. Ale jak jest żołnierzem sił ONZ, nie bierze udziału w walce. Jest w środku tej bitwy, biernie siedzi i czeka, aż go coś trafi. Najgorsze są moździerze: słyszałeś wystrzał gdzieś daleko i czekałeś kilkanaście sekund na upadek pocisku gdzieś blisko. Wróciłem do Polski z ciężkim PTSD, po tej misji nie mogłem już latać. Przez rok służyłem jeszcze w macierzystym pułku jako szef rozpoznania powietrznego w sztabie, a później trafiłem do dowództwa sił powietrznych.
I pojechał pan jeszcze z misją ONZ do Iraku i do Kuwejtu.
— Tak, zostałem obserwatorem wojskowym ONZ, mieszkałem przez rok na pustyni, w strefie zdemilitaryzowanej między Irakiem a Kuwejtem. To była bardzo spokojna misja, bo walki ustały, a my pilnowaliśmy porozumienia o przerwaniu ognia. Jeździliśmy po różnych drogach na pustyni, czy to w Iraku, czy Kuwejcie, zaglądaliśmy niemal w każdą dziurę, sprawdzając, czy nie ukrywają się w niej żołnierze obu stron. Raz tylko nas ostrzelali przemytnicy alkoholu, bo akurat trafiliśmy na moment, kiedy przerzucali alkohol przez granicę z Iraku do Kuwejtu. Ale zdążyliśmy im uciec, jedynie samochód nam podziurawili pociskami. Po tej misji przeszedłem do rezerwy.
Nie żal było panu zdjąć mundur?
— Bardziej niż wtedy, gdy przestałem latać. Na początku mi tego munduru trochę brakowało. Ale szybko się okazało, że są nowe wyzwania, ciekawe rzeczy do zrobienia: zagraniczne wyjazdy, później studia doktoranckie w Akademii Obrony Narodowej.
I znowu byłem w ruchu. Nie mogę narzekać. Nie miałem w życiu momentu, kiedy byłoby mi źle, byłbym sfrustrowany, miałbym poczucie krzywdy. W wojsku nikt się na mnie nie uwziął, nie prześladował w jakikolwiek sposób. Zawsze walczyłem z otyłością i to wywoływało wiele różnych żartów. Ale traktowałem je na luzie, bo wiedziałem, że to nie moja słaba wola, tylko bardzo silna insulinooporność. Ja po prostu tyję z powietrza.
Ciągnęła pana polityka: w 2004 r. kandydował pan do Parlamentu Europejskiego z listy Unii Polityki Realnej. Skąd taki pomysł?
— Wierzyłem wtedy, że UPR z tymi prostymi hasłami i rozwiązaniami uzdrowi sytuację w Polsce. Nasz kraj w latach 90. wyglądał tak jak dziś Ukraina. To było państwo pełne korupcji, w którym toczyły się wojny gangów, a polityka się przenikała z biznesem. I ja wtedy wierzyłem, że ugrupowanie, które chce konkretnych zmian, będzie w stanie je wprowadzić. Ale bardzo szybko przejrzałem na oczy, bo okazało się, że oni poszli w kierunku nacjonalizmu i nietolerancji, i to już zupełnie mi nie odpowiadało.
Za to zbliżył się pan do Platformy Obywatelskiej.
— Sympatie polityczne przerzucałem kilka razy, był nawet taki okres, kiedy wierzyłem w PiS. Wydawało mi się, że to jest partia, która wprowadzi uczciwość do polityki i ją uzdrowi. Znowu bardzo szybko się sparzyłem. No i w zasadzie została mi Platforma. Ale też Lewica nie jest mi całkiem obca. Jak patrzę na pana Włodzimierza Czarzastego, to mimo jego przeszłości komunistycznej wydaje się mi bardzo rozsądny, o poglądach zbliżonych do moich. Osobiście znam kilku dość prominentnych polityków PO, więc może jestem kojarzony z nimi przez te koleżeńsko-przyjacielskie kontakty. Staram się nie wchodzić do polityki.
Wszedł pan za to do mediów. Po katastrofie smoleńskiej stał się pan jednym z najbardziej znanych komentatorów.
— Byłem przerażony, że z tej katastrofy zrobiono akt polityczny. Nie powinno tak być. Ja pod Smoleńskiem straciłem bliskiego przyjaciela, generała Andrzeja Błasika. Myśmy razem kończyli szkołę, lataliśmy razem w 40. Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego w Świdwinie, bardzo przeżyłem śmierć Andrzeja. Znam jego żonę i dzieci, to są fantastyczni ludzie. W tamtą sobotę, 10 kwietnia 2010 r., prowadziłem zajęcia na studiach zaocznych. I nagle studenci zaczęli otrzymywać SMS-y. Trochę się zdziwiłem, ale wykładałem dalej. W pewnym momencie ktoś mi przerwał, powiedział, że doszło do katastrofy, wszyscy zaczęli o tym rozmawiać. Za chwilę przyszła pani z dziekanatu, że rektor zarządził odwołanie zajęć. Poszliśmy ze znajomymi do kawiarni, tam był włączony telewizor i cały czas napływały informacje na temat tego, co się stało.
Wkrótce rozpętała się wojna polsko-polska, a pan zaczął w niej zabierać głos.
— Bo pojawiły się absurdalne oskarżenia, że to nie była katastrofa, tylko zamach. W komisji, która badała wypadek, znalazło się kilku ludzi, których dobrze znam i bardzo cenię, w tym kierujący jej pracami pułkownik Mirosław Grochowski. Wszystkich łączy jedno: mają olbrzymią wiedzę o lotnictwie, są rzetelni i dokładni. Szczególnie Mirek był wyjątkowo pedantyczny, nie znosił bylejakości.
Rozmawiał pan z nimi o katastrofie?
— Tak. I oni byli w kompletnym szoku, jakich błędów dopuściła się załoga wykonująca lot do Smoleńska. Nie o wszystkim mogę mówić, bo do tej pory wiążą mnie różne tajemnice, ale wszystko, co wiem, potwierdza wersję o katastrofie. Starałem się ludziom tłumaczyć, jak do niej doszło, bo jako były pilot wojskowy rozumiem jej mechanikę. I jestem przekonany, że wersja przedstawiona przez komisję pod przewodnictwem Jerzego Millera jest prawdziwa: przyczyną wypadku prezydenckiego Tupolewa były błędy załogi, niedostatki w szkoleniu oraz organizacji lotów po stronie polskiej, a także przekazywanie załodze błędnych informacji przez rosyjskie służby kontroli lotów. Problem polega na tym, że zwolennicy teorii o zamachu stworzyli religię smoleńską, a jej wyznawcy są tak fanatyczni, że nie trafiają do nich żadne argumenty. Kiedyś jakaś babcia pod sklepem zaatakowała mnie parasolką z okrzykiem: „Ruski agencie, wszyscy wiedzą, że to był zamach!”.
Ostatnie lata spędził pan, tłumacząc, co się dzieje w odpierającej rosyjską agresję Ukrainie.
— Bo Polska znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, w świecie, który zaczyna walczyć o dominację w bezpardonowy sposób. Moim zdaniem Rosja nie wygra z Polską czołgami, tylko na Facebooku. Bo my odbudujemy PRL, pod hasłem „Precz z komuną” stworzymy komunę, staniemy się Białorusią bis. Kiedy widzę, jak nasilają się w Polsce prorosyjskie sympatie, a narasta nienawiść do Ukraińców, jestem przerażony. Ludziom coś się pomyliło, nie wiedzą, kto na kogo napadł, kto chce źle, a kto nie ma wobec nas żadnych wrogich zamiarów. Ukraina chce tylko ułożyć sobie z nami relacje na poziomie społecznym i politycznym, tymczasem my zaczynamy stawać w tym konflikcie po stronie Rosji. Bo już nam się Unia Europejska nie podoba, podobno jest gorsza niż stalinowska Rosja. Jestem tym przerażony. I uważam, że znalazłem się na froncie wojny, którą musimy wygrać. Musimy ludziom mówić, jakie są konsekwencje ich wyborów, co może się stać, jeżeli pójdą w stronę Rosji.
Odnosi pan w tej wojnie jakieś sukcesy?
— Mam nadzieję, że tak. Pomaga mi mój starszy syn, pracownik kolei, który przewyższa mnie intelektualnie pod każdym względem. Oczywiście, nawet pisząc razem te nasze analizy, nie wygramy wojny, ale przynajmniej dajemy argumenty ludziom dobrej woli. A oni mogą się posługiwać nimi w swoich środowiskach: w rodzinie, wśród znajomych i skłaniać do myślenia. Wspólnie staramy się uchronić Polskę przed powrotem do czasów słusznie minionych.
A pana studenci rozumieją, co się dzieje?
— Mam wrażenie, że młodzi ludzie nie wiedzą, czym był PRL, jak wyglądał. I myślą, że było wtedy fajnie. Patrzą z zupełnie innej perspektywy niż my. Bo jak ktoś, kto żył w PRL, słyszy, że z Rosją można zbudować dobre relacje, to mu skóra na plecach cierpnie. Od razu sobie przypomina słynnego towarzysza Szmaciaka: „wicie, rozumicie”. To naprawdę przerażające, że ktoś może myśleć ciepło o współpracy z Rosją. Przecież to jest państwo mafijne, w którym istnieją obozy pracy, a rosyjscy żołnierze popełniają potworne zbrodnie w Ukrainie. Rosjanie się z nikim ani niczym nie liczą.
Jak młodzi ludzie reagują, kiedy pan im to wszystko tłumaczy?
— Z dużym niedowierzaniem i sceptycyzmem, myślą chyba, że coś mi się pomyliło. Wśród młodzieży jest niestety wielu zwolenników prorosyjskich ugrupowań w Polsce. Podoba im się np. jezioro Bajkał, tylko nie przychodzi im do głowy, że tam są też kolonie karne, w których można spędzić sporo czasu i nie będzie już tak romantycznie. Ale cóż, nie wiem, jak trafić do młodych. Może potrzebujemy kolejnych zaborów, kolejnego zniewolenia, kolejnej traumy narodowej, żeby za jakieś 50 lat Polska znowu się odrodziła? I wtedy spróbujemy jeszcze raz ją odbudować.
Co jeszcze chciałby pan w życiu zrobić?
— Zabezpieczyć tego młodszego syna, to najważniejsze. Ale oczywiście chciałbym, żeby także starszym dzieciom dalej się wszystko dobrze układało. Moja najstarsza córka jest pilotem śmigłowca w wojsku, a młodsza skończyła Akademię Sztuk Pięknych w Łodzi, o starszym synu już mówiłem. No i mam też ulubionego pasierba Dawida, bo po śmierci żony drugi raz się ożeniłem. Wszystkie moje dzieci mają fajne życie, nie mogę narzekać.
Wymienił pan marzenia dla nich, a własnego nie.
— Chciałbym jeszcze trochę modeli pokleić, pojeździć po jednostkach wojskowych i porobić zdjęcia, napisać jeszcze parę ciekawych rzeczy. W tej chwili w wydawnictwie przygotowywana jest wspomnieniowa książka o moim życiu, z różnymi anegdotkami lotniczymi. Roboczy tytuł to chyba „Spowiedź starego wiarusa”.
O czym pan w niej opowiada?
— Żeby podchodzić do życia z radością i szukać zawsze jego najjaśniejszych stron. Żeby nie ulegać frustracjom ani złości. Kiedy widzę te komentarze w internecie, często także pod moim adresem, to myślę, że mamy schorowany i zdesperowany naród, który wylewa różne żale, obrzucając innych wyzwiskami. Widzę, że ci ludzie cierpią, bo żyją nienawiścią, mają bardzo smutne życie. Ja bym chciał, żeby ludzie byli dla siebie życzliwi, żeby się do siebie uśmiechali. I żeby zawsze patrzyli na dobre strony swojego życia.

