Kiedy tramwaj 56 zatrzymał się na wysokości Szpitala św. Jana, pasażerowie ciekawsko zaczęli wyglądać na peron przystanku, gdzie w malowniczej pozie spoczywał mężczyzna koło pięćdziesiątki. Leżał na plecach, z odchyloną w lewo głową, z rozrzuconymi rękoma, z nogami ułożonymi tak, jakby usiłował biec, choć przecież ściśle przylegał całym sobą do asfaltu.

W chwilę później, zanim tramwaj ruszył, podjechał radiowóz i dwoje policjantów, założywszy lateksowe rękawiczki, zaczęło faceta dźwigać z ziemi; nawet nie przyłożyli mu palców do szyi, by sprawdzić, czy żyje. Ciało ocknęło się, usiadło na betonie i bezradnie zaczęło rozglądać wokół, nieświadome, gdzie jest, a może i kim jest. Gość był spruty do imentu, a policja nad wyraz empatyczna i delikatna, pomagająca mu w spionizowaniu się.

Czy pił ze szczęścia, że Węgry stały się demokratycznym krajem i wróciły na łono europejskiej wspólnoty, czy też od miesięcy zapija się zrozpaczony po klęsce Viktora Orbána? — myślałem przez następne kilka przystanków i aż sam się przestraszyłem swoich myśli.

Kiedy minęła mi polityczna burza mózgu, pojąłem, że jestem ofiarą oczekiwań moich przyjaciół z Polski, którzy wiedząc, że mieszkam obecnie w Budapeszcie, bombardują mnie pytaniami, czy od zwycięstwa Pétera Magyara wszystko się na Węgrzech zmieniło. Czy Węgrzy są szczęśliwi, a na pewno są, tak jak my w Polsce nie jesteśmy szczęśliwi, bo u nas rozliczenia nie idą tak wspaniale jak nad Dunajem. Informacja, że rząd Magyara ma większość konstytucyjną, zatem może robić, co chce, ich nie uspokaja, za to skutkuje serią niewybrednych określeń na prezydenta Nawrockiego. W optyce moich polskich przyjaciół Węgrzy okazali się dojrzałym i mądrym narodem, podczas gdy nad Wisłą nic się nie udaje, z powodu nieuleczalnej głupoty rodaków, którzy głosują nie tak, jak należy.

Budapeszt był jeszcze pół roku temu czarną dziurą Europy, gdzie żelazna ręka Fideszu zaciskała się na gardle pragnących wolności Węgrów, teraz zaś jest oazą demokracji, a Budapeszteńczycy na ulicach śmieją się, tańczą i śpiewają. Węgrzy jeszcze rok temu byli ruskimi onucami, dziś są wzorcowymi Europejczykami. Na Węgrzech udało się rozgonić orbánistów, dlaczego w Polsce nie udaje się rozpędzić kaczystów? Jednak Węgrzy są prawdziwymi bohaterami — tam ludzie znają się na polityce i wiedzą, co to demokracja, a nie jak w Polsce: ciemna masa z Podkarpacia i Podlasia.

Przekonanie polskich inteligentów — mam dowody, bo rozmawiałem — że w czasach orbánizmu nikt przyzwoity tu nie przyjeżdżał, jest typowym złudzeniem demokratów, domagających się od wszystkich spełniania ich wyśrubowanych zasad etycznych.

Otóż wszyscy jeździli, podobnie jak jeżdżą teraz, a przecież większość z tej nawałnicy turystycznej nie ma nawet pojęcia, że nad Dunajem zmieniły się rządy i kto rządził wcześniej, a kto teraz. Nadal słychać na ulicach wszystkie języki świata, szczególnie azjatyckie, ale często też turecki i polski, tak jak było słychać za Orbána, bez związku z tym, że niszczył praworządność i rozkradał kraj gorzej niż obcy okupant.

Cóż, Budapeszt jest piękny tak, jak był piękny wcześniej, a tam gdzie był brzydki, nadal jest brzydki. Nie ma bardziej zachwycającego miasta, gdy jeździ się po wzgórzach Budy, nie ma wspanialszego, gdy przemierza się centralne dzielnice pełne kamienic, z których każda w Warszawie byłaby sensacją, ale przecież są szare otchłanie blokowisk na peryferiach, depresyjne przedmieścia, nieprzyjemne kwartały śródmieścia. Przy Placu Batthyányego nadal koczują kloszardzi, półnadzy, zarośnięci skorupami brudu, niektórzy na wózkach inwalidzkich, czasem bez nogi. Mógł ich widywać Marcin Romanowski, bo mieszkał blisko, może dawał im jałmużnę jako miłosierny chrześcijanin, choć nie spodziewam się.

Zmierzam do tego, że bycie na Węgrzech oznacza wyłącznie niemożność wyrwania się z kontekstów polskich. Próby opowiedzenia znajomym Polakom czegoś o Budapeszcie kończą się ich tańcem św. Wita wokół spraw ­polskich.

Wieczory tutejsze spędzam na oglądaniu węgierskich filmów i seriali, by nadgonić zaległości z madziarskiej kinematografii patriotycznej. Bywa to doświadczeniem granicznym, szczególnie gdy ogląda się „Teraz albo nigdy!”, produkcję o powstaniu 1848 r., szczytowe osiągnięcie orbánowskiej polityki historycznej. I uświadamia sobie, że miażdżące recenzje i kpiny historyków są ciekawsze niż każda scena tego bombastycznego dziwadła. Nie pomogło to Orbánowi w nacjonalistycznym rozwibrowaniu narodu przed wyborami, tak jak w Polsce nie udała się wielka inwazja kina narodowego pod przywództwem ministra Glińskiego. Kiedy władza chce zdobywać serca obywateli kinem patriotycznym, to zostaje po nim głuchy i drwiący śmiech pokoleń, w pustej sali kinowej zresztą.

Ale za to perwersyjnie wsiąkłem w serial „Hunyadi” (na świecie znany jako „Rise of the Raven”) i nierzadko czując zażenowanie swoim marniejącym gustem, lecz nieustannie zachwycony niewidzianym nigdy w nadwiślańskich knotach rozmachem nie byłem w stanie pojąć, dlaczego ten serial nie pojawił się w Polsce. Nie dość, że historia Polakom bliska (są tam nawet polskie wątki w postaci Jagiellonów), nie dość, że pojawia się wspaniały hospodar mołdawski Vlad II Dracul, ojciec strasznego Vlada Palownika pierwowzoru Drakuli, nie dość, że sceny batalistyczne są obłędne i wstyd wspominać o polskim nieudacznictwie w tej dyscyplinie, a człowiek chce pisać o węgierskiej odpowiedzi na „Grę o tron”, to może wreszcie Polacy dowiedzieliby się, dlaczego w południe biją w kościołach dzwony. A biją z rozkazu papieża Kaliksta III na cześć zwycięstwa chrześcijan pod Belgradem w 1456 r., gdy Janós Hunyadi rozgromił Osmanów, a część z nich spalił żywcem.

Nie pojmując, że „Hunyadi” nie znalazł się w polskich streamingach, postanowiłem podzielić się swoim zachwytem z przyjacielem. Przyjaciel — nawiasem mówiąc: inteligent z Żoliborza — uwielbia seriale, gdzie duże grupy mężczyzn wypruwają sobie wnętrzności i obcinają głowy za pomocą broni białej. Ponieważ „Hunyadi” jest o wypruwaniu wnętrzności — początkowo wnętrzności chrześcijańskich przez Turków, a potem wnętrzności tureckich przez Węgrów — streściłem przyjacielowi intrygę, a nawet wysłałem mu linki do trailera oraz czołówki. Oraz zareklamowałem serial jako dzieło, w którym pojawia się nieprawdopodobna masa nagich piersi: królowych, księżniczek oraz węgierskich bohaterek narodowych. Bezapelacyjnie największa we współczesnej kinematografii, zwłaszcza tej poświęconej walce o wolność ojczyzny. Najwyraźniej nacjonalistyczna polityka Orbána opierała się także na promowaniu na świecie wyjątkowości węgierskich biustów.

Przyjaciel z Żoliborza odpisał: „Kaczyński zapewne wolałby rodeo”.

Nie bardzo mogłem zrozumieć tę reakcję, dwa dni chodziłem jak otumaniony, aż wreszcie pojąłem oczywistość. Serial o wojnach Węgrów z Turkami w XV w., gdzie dodatkowo pojawia się multum nagich biustów, musi się kojarzyć z Jarosławem Kaczyńskim.

Bo wszystkim wszystko kojarzy się z Jarosławem ­Kaczyńskim.

Jarosław Kaczyński niebawem przestanie mieć kontakt z rzeczywistością, już za chwilę stanie się prezesem kanapowej partii, na której będzie siedział wyłącznie z niezłomnym Mariuszem Błaszczakiem, a Polakom nie będzie dawać spokoju myśl, co by powiedział Kaczyński na dowolny temat.

Z tej obsesji już się nie wygrzebiemy.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version