Silne bóle brzucha, brak apetytu, anemia, spadek libido — to częste objawy przewlekłej ołowicy. Ludzie w Europie cierpieli na nią od tysięcy lat, nie znając przyczyny swoich dolegliwości.
Chorwacja, budowa parkingu w turystycznym mieście Trogir. Robotnicy robiący wykop natrafiają na kilka kamiennych urn wyglądających na bardzo stare. Okazuje się, że to wielkie cmentarzysko z II w. n.e., kiedy to dzisiejszy Trogir był rzymskim miastem o nazwie Tragurium. Wśród dziesiątek szczątków archeolodzy znajdują niezwykły pochówek, który natychmiast wzbudza sensację w naukowym świecie. To grób dwojga maleńkich dzieci, maksymalnie dwumiesięcznych, ułożonych twarzami do siebie. Najwyraźniej zmarły w tym samym czasie. Czy zabiła je jakaś zaraza? Nie. Jak ustalili właśnie naukowcy, najbardziej prawdopodobną przyczyną śmierci niemowląt było… zatrucie ołowiem.
O ołowicy zrobiło się po wielu latach znów głośno dzięki „Ołowianym dzieciom” Macieja Pieprzycy. Wielu młodszych widzów, oglądając serial, po raz pierwszy usłyszało nazwę tej choroby i poznało jej objawy. To dlatego, że zatrucia ołowiem od wielu lat są w Europie rzadkością. Jednak nie zawsze tak było, bo to właśnie Europa niemal od początku cywilizacji została naznaczona widmem ołowicy. Przez tysiące lat ołów był powszechnie wykorzystywany w gospodarstwach domowych, w medycynie, a nawet w produkcji jedzenia. A dzisiaj archeolodzy znajdują dowody na to, jak wiele osób cierpiało z powodu zbyt bliskiego kontaktu z tym niebezpiecznym metalem ciężkim, myśląc, że jest całkowicie bezpieczny.
Fragment fajki, szkliwiony na zielono, z główką zdobioną wizerunkiem ludzkiej głowy
Foto: Be&w
Z mlekiem matki
Tak zapewne myślała matka niemowląt z Trogiru. Jak ustalili naukowcy badający DNA pozyskane ze szczątków dzieci, były one bliźniaczym rodzeństwem dwujajowym — chłopcem i dziewczynką. Obraz kości pod mikroskopem upewnił badaczy w jednym — dzieci były bardzo chore. Naukowcy stwierdzili, że cierpiały na przewlekłą chorobę metaboliczną, być może szkorbut albo krzywicę, która znacząco obniżyła gęstość kości u obojga. Tylko skąd u noworodków szkorbut, wywołany niedoborem witaminy C, lub krzywica, którą powoduje brak witaminy D? Przecież — jeżeli urodziły się żywe, to jadły wyłącznie mleko matki, a nawet jeśli przyszły na świat martwe (co naukowcy uważają za prawdopodobne), to jedynym źródłem substancji odżywczych w ich diecie było łożysko, przez które przepływała matczyna krew.
Według zespołu badaczy z trzech instytucji — Uniwersytetu Stanowego Missisipi w USA, Uniwersytetu Primorskiego w Słowenii i Muzeum Miejskiego w Trogirze — niedobory w diecie niemowląt wynikały z ekspozycji na ołów ich matki. — Istnieje korelacja między podwyższonym poziomem ołowiu we krwi a metaboliczną chorobą kości u dzieci — mówi dr Amy Pyle-Eilola z Nationwide Children’s Hospital w Columbus w rozmowie z serwisem LiveScience. Wynika ona z tego, że ołów zaburza wchłanianie substancji odżywczych przez organizm. Matka prawdopodobnie nie była w stanie wytwarzać mleka o wystarczającej wartości odżywczej, prawdopodobnie z powodu zwiększonego narażenia na ołów, który dodatkowo przekazywała dzieciom wraz z pokarmem.
Woda doprawiona ołowiem
Skąd jednak wziął się ołów w organizmie matki dzieci? W Imperium Rzymskim był dosłownie wszędzie, od kosmetyków — słynne wybielające pudry Rzymianek — po wodę pitną. Pozyskiwano go jako produkt uboczny wydobycia srebra z rudy galeny (siarczku ołowiu). Rzymianie opanowali sztukę jego rafinacji — ogrzewali rudę w specjalnych piecach z wymuszonym obiegiem powietrza, a następnie odzyskiwali czysty metal w procesie zwanym kupelacją i szeroko stosowali w systemach wodociągowych. Potwierdzają to liczne dowody archeologiczne znajdowane w całym basenie Morza Śródziemnego, gdzie odnaleziono tysiące fragmentów rzymskich rur ołowianych. Szczególnie dobrze zachowane można oglądać w Pompejach, gdzie w domach i budynkach publicznych przetrwały dzięki erupcji Wezuwiusza.
Manuskrypt z 1458 r. z przedstawieniem sprzedawcy bieli ołowiowej, która służyła do bielenia twarzy
Foto: fot. Leemage/UIG/BE&W
Mimo że ołów był dostępny i łatwy w obróbce — miał niską temperaturę topnienia i był plastyczny — już wtedy zdawano sobie sprawę z jego niebezpieczeństwa. Architekt Witruwiusz ostrzegał, że woda z ołowianych rur jest szkodliwa, bo powstaje z niej „biały ołów” (węglan ołowiu). Obserwował bladą cerę u robotników pracujących z tym metalem i zalecał używanie rur glinianych. Współczesnych dowodów na to, że Rzymianie pili wodę zanieczyszczoną ołowiem, dostarcza badanie naukowców z Uniwersytetu Claude’a Bernarda w Lyonie, którzy wykonali serię odwiertów w basenie portu Trajana w Portus, głównym porcie Cesarstwa Rzymskiego, i kanału łączącego port z Tybrem. Pobrali stamtąd osady z czasów Cesarstwa Rzymskiego, które wykazały, że poziom ołowiu w wodzie przepływającej przez rzymskie rury zmieniał się w czasie i był od 14 do 105 razy wyższy niż w naturalnej wodzie źródlanej!
Źródłem zatruć były nie tylko rury, ale także… syrop winogronowy służący do konserwowania owoców i słodzenia wina. Naczynia mosiężne nadawały nieprzyjemny metaliczny smak, dlatego syrop gotowano w ołowianych kotłach, które nie zmieniały aromatu. Więcej, kwas octowy z winogron reagował z ołowiem, tworząc octan ołowiu — „cukier ołowiowy”, który był słodki jak prawdziwy cukier (nieznany wówczas Rzymianom). Badania pokazują, że moszcz redukowany w ołowianym garnku zawierał około grama ołowiu na litr! Gdy taki syrop mieszano z winem w proporcjach zalecanych przez Columellę, otrzymywano niemal truciznę. Dwa kieliszki takiego napoju zawierały dawkę wywołującą objawy zatrucia. Dla porównania — współczesne normy uznają za niebezpieczne już 3,5 mikrograma na 100 mililitrów. Tymczasem jedna łyżeczka „ulepszanego” rzymskiego wina mogła zawierać 103 mikrogramy!
Ołów był popularny nie tylko w Rzymie. Archeolodzy natrafiają na ślady jego powszechnego używania w całym romańskim świecie, nawet w odległych prowincjach. W 2019 r. międzynarodowy zespół naukowców pod kierownictwem dr. Seana Scotta z University of Wisconsin-Madison w USA przebadał próbki z 30 kości udowych osób żyjących w okresie od I do III w. n.e., w szczytowym okresie rozwoju miast w Cesarstwie Rzymskim, kiedy powstało osadnictwo Londinium. Dla porównania poddali również takiej samej analizie próbki z 70 kości osób żyjących przed okresem rzymskim w Wielkiej Brytanii.
Co się okazało? Ołowiu w kościach rzymskich osadników z Londinium było o wiele więcej niż u wcześniejszych mieszkańców tych ziem. Te pierwsze zawierały od 8 do 123 mikrogramów ołowiu na gram próbki, a we wcześniejszej epoce wartości wahały się od 0,3 do 2,9 mikrograma. Jak podkreślają naukowcy, w grobach z Londinium nie było ani ołowianych trumien, ani innych przedmiotów z ołowiu, które mogłyby zanieczyścić szczątki już po śmierci. Te stężenia musiały powstać za życia tych osób, najprawdopodobniej przez stosowanie syropów oraz „cukru ołowianego”. Zresztą możliwe, że Rzymianie podbili Brytanię właśnie ze względu na powszechnie występujące tam złoża galeny — rudy tego metalu.
Z medycznego punktu widzenia koszty były ogromne — tak wysoki poziom ołowiu u dorosłych może prowadzić do nadciśnienia tętniczego, anemii, niewydolności nerek, problemów psychicznych (drażliwość, przygnębienie, ataki agresji), zmniejszonej lub nieprawidłowej produkcji plemników, a także poronień i martwych urodzeń. Zdaniem dr. Scotta to zanieczyszczenie ołowiem mogło się przyczynić do spadku populacji Rzymian zarówno w samym Wiecznym Mieście, jak i w zarządzanych przez nich prowincjach.
Grecy odkrywają ołów
Jednak to nie Rzymianie „odkryli” ołów i zaczęli go masowo wykorzystywać. Znany był też starożytnym Grekom, i to dużo wcześniej, niż wskazywały na to dotychczasowe dowody archeologiczne. Naukowcy z niemieckiego uniwersytetu w Heidelbergu we współpracy z Greckim Centrum Badań Morskich w latach 2001-2021 wydobyli i przeanalizowali 14 rdzeni osadowych z dna Morza Egejskiego i okolicznej linii brzegowej. W jednym z rdzeni, pobranych z torfowiska, odkryli osad z ołowiu pochodzący z działalności przemysłowej człowieka. Wiek tego osadu oceniono na 5 tys. lat. To aż o 1,2 tys. lat więcej niż znane dotąd najstarsze dowody na obróbkę ołowiu przez ludzkie cywilizacje.
Jak ustalił ten sam zespół badaczy, zanieczyszczenie ołowiem w Grecji znacząco wzrosło około 2150 lat temu. Badanie pyłków roślinnych wykazało, że towarzyszyły temu intensywne wylesianie i szybki rozwój rolnictwa. Jak podkreśla dr Andreas Koutsodendris, od tego czasu zanieczyszczenie ołowiem jest również widoczne w osadach z dna Morza Egejskiego — to najwcześniejszy na świecie zapis zanieczyszczenia oceanu ołowiem spowodowany przez człowieka. — Zmiany te zbiegają się z podbojem hellenistycznej Grecji przez Rzymian, którzy następnie zawłaszczyli sobie zasoby tego regionu — mówi prof. Joseph Maran z uniwersytetu w Heidelbergu, współautor tego badania.
Na cholerę i białą cerę
W średniowieczu zatrucia ołowiem wcale nie stały się mniej powszechne. Co ciekawe, obejmowały nie tylko alchemików, próbujących zamienić ołów w złoto, ludzi pracujących przy wydobyciu galeny czy wytapianiu z niej srebra i ołowiu, ale również ludzi majętnych. Jak ustalili naukowcy z University of Southern Denmark, im bogatsze było gospodarstwo domowe, tym większe prawdopodobieństwo ołowicy u jego mieszkańców.
Naukowcy odkryli to, badając próbki pobrane z 207 szkieletów z cmentarzysk w zamożnych miastach i społecznościach wiejskich w Danii i Niemczech. Okazało się, że u mieszkańców wsi stężenie ołowiu było w kościach najniższe, nieco podwyższone u mieszkańców miasteczek, a zdecydowanie przekraczające normę u bogatych ludzi z miast. — W tamtych czasach tlenek ołowiu był używany do glazurowania ceramiki, a na takie piękne naczynia mogli sobie pozwolić tylko bogaci. Jednak gdy przechowywano w takich naczyniach słone i kwaśne potrawy, powierzchnia glazury rozpuszczała się, a ołów przedostawał się do potraw — mówi prof. Kaare Lund Rasmussen, szef tego badania. — Ale wtedy ołów wykorzystywano również do tworzenia najróżniejszych przedmiotów, od monet po dachówki.
Późniejsze epoki nie przyniosły znaczącej poprawy sytuacji, mimo że o toksycznych właściwościach ołowiu wiedziano coraz więcej. Wraz z powstaniem przemysłu w XVIII w. posypały się zatrucia bielą ołowiową, produkowaną w wielkich ilościach w fabrykach jako barwnik do farb oraz wciąż używaną przez kobiety jako bielidło kosmetyczne. Wraz z nastaniem epoki przemysłowej i coraz powszechniejszym użyciem stali odkryto również, że tetratlenek triołowiu, znany w przemyśle jako minia ołowiana, doskonale zabezpiecza wyroby ze stali i żelaza przed rdzewieniem.
Jak podaje w artykule w „Human and Experimental Toxicology” dr Reza Afshari z British Columbia University w Kanadzie, aż do XIX w. octan ołowiu był powszechnie wykorzystywany w różnych medykamentach — leczono nim cholerę, gruźlicę, żółtą febrę, padaczkę, a także obfite krwawienia miesiączkowe. Dopiero w 1873 r. w ówczesnych pismach medycznych ukazały się pierwsze artykuły opisujące toksyczność ołowiu i sposoby leczenia „kolki ołowiowej”, jak wówczas nazywano ołowicę. Co nie znaczy, że problem ekspozycji na ołów definitywnie się zakończył. Historia pokazana w filmie „Ołowiane dzieci” jest na to najlepszym dowodem.




