„Łęcka miała ładny ciuch” — słyszą poloniści na ustnej maturze. Dlaczego tak trudno dziś mówić, choć stale jesteśmy w kontakcie.

Rozmowa może dziś stresować bardziej niż najtrudniejszy egzamin pisemny, ale setki tysięcy maturzystów — chcą czy nie — muszą co roku przez 15 minut siedzieć naprzeciwko komisji egzaminacyjnej i mówić o literaturze. Aż 10 z tych minut to samodzielna wypowiedź — bez filtra i montażu.

Dziś częściej piszemy, niż dzwonimy, przesyłamy wiadomości głosowe, zamiast się spotykać. Z ulgą chowamy się za ekranem. Nic dziwnego, że wielu nastolatków uważa ustny polski za najbardziej absurdalny element egzaminu dojrzałości.

O sens ustnej matury z polskiego coraz częściej pytają dziś już nie tylko maturzyści. Również nauczyciele uważają, że egzamin nie ma znaczenia — głównie dlatego, że jego wynik nie liczy się w rekrutacji na większość kierunków studiów. Ale bez zdanego ustnego czeka maturzystę poprawka.

— Tracę tylko czas i nerwy, a to mi się do niczego nie przyda — mówi Sylwia z małego miasta w Wielkopolsce. Do ustnej matury z polskiego podchodzi z przymusu. I ma o to pretensje. — To jakiś relikt. Gdzie ja jeszcze będę tak analizowała i referowała literaturę?

Ściągnęła z internetu 76 jawnych pytań publikowanych przez Centralną Komisję Egzaminacyjną i gotowe omówienia odpowiedzi. Zagadnień do kilku najważniejszych lektur Sylwia uczyła się na pamięć. Podobnie jak nazwisk bohaterów i przypisanego im klucza interpretacji. Wrzuca z tego audio na słuchawki. Wykuła już strukturę wypowiedzi i zasadę „trzech P”: „Powiedz, co chcesz powiedzieć. Powiedz to. A potem powiedz, co właśnie zostało powiedziane”. Dodatkowo słucha tutoriali, które przygotują, jak przetrwać taki egzamin: patrzeć komisji w oczy, sprawnie gestykulować, nie „ykać”. I co zrobić, gdy ze stresu nagle „odetnie”.

W jednym z takich tutoriali słyszę, że choć ustny z polskiego ma takie samo znaczenie jak zbieranie kasztanów (czyli żadne), jest do przejścia. To świetna okazja do „ściemniania, naciągania i koloryzowania rzeczywistości, i zastępowania merytoryki zgrabną bajerką”.

Rzecz w tym, że maturzyści dzisiaj nie chcą ani bajerować, ani ściemniać.

Problem zaczyna się, jeszcze zanim padnie pytanie o „Lalkę” czy „Dziady”.

— Nawet dobrze przygotowani maturzyści często nie wiedzą, jak zacząć rozmowę — przyznaje Katarzyna Dammicco, polonistka i egzaminatorka z Wrocławia, autorka kursów maturalnych.

Nie chodzi o to, że brakuje im manier.

— Widoczny jest zanik podstawowych rytuałów i nawyków zwykłej rozmowy — mówi polonistka. Maturzyści często wchodzą do sali bez „dzień dobry”. Siadają przed komisją i pytają: „To mogę już zaczynać?” albo od razu: „No, tutaj mam taki temat i chodzi o »Potop«…”.

— Szkoła zakłada, że młody człowiek umie rozpocząć wypowiedź, podtrzymać kontakt. Tymczasem wielu uczniów po prostu nie ma gdzie tego trenować — uważa Dammicco. Takich rzeczy właściwie nie ćwiczy się już ani w domu, ani w szkole.

Problem nie jest nowy. Już kilkanaście lat temu, po pierwszych sukcesach Polski w badaniach PISA, eksperci zwracali uwagę, że nasza szkoła dobrze uczy rozwiązywania testów i odtwarzania wiedzy, ale znacznie słabiej rozwija kompetencje komunikacyjne i społeczne uczniów.

Dziś podobne wnioski wracają w „Profilu absolwenta” przygotowanym przez Instytut Badań Edukacyjnych dla MEN. To jeden z kluczowych dokumentów, na podstawie których ministerstwo Barbary Nowackiej chce przebudować polską szkołę. Wśród najważniejszych kompetencji przyszłości autorzy wymieniają komunikację, współpracę i umiejętność budowania relacji.

— Wiedzę ćwiczymy w szkole cały czas. Uczymy interpretacji, analizowania, pisania. Znacznie rzadziej ćwiczymy wypowiedź ustną — mówi Dammicco.

I zanim uczniowie przejdą do wykutego meritum z lektury, często po prostu nie wiedzą, o czym mówić.

Trudno zresztą oczekiwać, by traktowali ustną maturę jak prawdziwą rozmowę. Egzamin jest sformalizowany i schematyczny. Sprawdza głównie znajomość lektur, umiejętność ich analizowania i łączenia z innymi tekstami kultury. Od początku ustawia uczniów w trybie odpowiadania „pod zaliczenie”. A jeszcze trzeba zmieścić się w wymaganym czasie.

Polska szkoła od lat uczy przede wszystkim zdawania testów. Żeby zaliczyć egzamin, trzeba wpisać się w dopuszczalny schemat odpowiedzi, czyli egzaminacyjny klucz.

— Uczniowie sprzed kilku lat pisali petycje, żeby CKE rozszerzyła wypracowanie, bo chcieli więcej pisać na maturze. Dla dzisiejszych maturzystów często trzysta słów to już za dużo — opowiada Katarzyna Włodkowska, polonistka i egzaminatorka z Piły, autorka kursów maturalnych.

Tę samą tendencję widzi na ustnym egzaminie. — Największy problem? Mówić „aż” przez 10 minut — żartuje ­polonistka.

Można powiedzieć, że kolejne roczniki maturzystów coraz lepiej opanowują egzaminacyjne strategie. Coś jednak przy tym tracą.

— Często odpowiadają według wyuczonego schematu, a nie jak ktoś, kto ma zdanie, kto chciałby o czymś opowiedzieć — mówi Katarzyna Włodkowska.

To samo obserwuje także na zwykłych lekcjach w klasie.

Nauczyciele przyznają, że w szkole brakuje czasu na swobodną dyskusję z uczniami. Nawet jeśli uda się zrealizować program, nad wszystkim wisi matura — a nigdy za dużo czasu na ćwiczenia i powtórki do matury.

Jest jeszcze inny problem.

— Coraz bardziej muszę się gimnastykować, żeby zachęcić uczniów do mówienia — podkreśla Katarzyna Włodkowska. Pamięta jeszcze szkołę, w której uczniowie próbowali zagadać nauczyciela, żeby lekcja się nie odbyła. — Dzisiaj tego nie ma, nie wychylają się — mówi.

— Pytam: „Co o tym myślicie?”. I w klasie cisza. Próbuję pojedynczo, ale widzę strach. Nawet kiedy podkreślam: „Mówcie, to nie jest na stopień. Chcę tylko wiedzieć, co myślicie”.

Zdaniem nauczycieli problemem nie jest brak opinii ani refleksji. Bardziej chodzi o to, że uczniowie są coraz rzadziej gotowi do spontanicznego zabierania głosu przy innych.

— Obawiają się, że sobie nie poradzą i że rówieśnicy źle ich ocenią — mówi ­polonistka.

Wielu uczniów dużo pewniej czuje się w komunikacji online — bo można ją poprawić albo wycofać. Rozmowa na żywo wymaga reakcji tu i teraz. Bez czasu na edycję i kontrolę własnego wizerunku.

Te lęki nie biorą się znikąd. Amerykańska socjolożka Sherry Turkle od lat zwraca uwagę, że technologia nie odebrała nam potrzeby kontaktu z innymi ludźmi, ale zmieniła sposób, w jaki rozmawiamy. Coraz częściej wybieramy formy komunikacji, które pozwalają odpowiedzieć później, edytować wiadomość, a przede wszystkim ukryć emocje za ekranem.

W książce „Reclaiming Conversation” Turkle ostrzega przed stopniowym wycofywaniem się z bezpośredniej rozmowy. Przypomina to, że właśnie taka rozmowa uczy empatii i słuchania innych. Daje też poczucie bycia zauważonym i zrozumianym — coś, czego nie zastąpi w pełni komunikacja cyfrowa. Turkle przypomina, że ograniczanie zwykłych kontaktów i zastępowanie ich relacją online pogłębia poczucie izolacji i samotności — a to są problemy, z którymi coraz częściej mierzą się młodzi ­ludzie.

To nie znaczy jednak, że młodzi ludzie przestali się komunikować.

— Funkcjonują bardziej obrazem, skrótem i szybkim montażem niż linearnym układaniem wypowiedzi krok po kroku — mówi dr Grzegorz Stunża, wykładowca edukacji medialnej i kulturalnej w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego.

Gdy wyznacza studentom zadanie: krótki film albo prezentację, obserwuje, że z marszu robią slajdy albo nagrywają. Dopiero później dopisują scenariusz czy plan, bo wiedzą, że tego od nich wymaga.

— Taki sposób pracy wpływa później także na sposób mówienia i budowania wypowiedzi — mówi.

Jest jeszcze coś.

— Szkolna edukacja uczy funkcjonowania według oczekiwanego klucza odpowiedzi i bardzo ten mechanizm utrwala — mówi Stunża. — Kiedy próbuję rozmawiać ze studentami, zwłaszcza na pierwszym roku, zazwyczaj milczą. Dopiero później przyznają, że próbowali odgadnąć, co chciałem od nich usłyszeć, i bali się nie trafić z właściwą odpowiedzią.

Wypracowań uczyli mnie od podstawówki, a matury ustnej prawie w szkole nie ćwiczyłam — mówi Justyna. Ustny egzamin zdała, ale — jak przyznaje — stres prawie ją zjadł. — W szkole nie ćwiczymy. To może w ogóle nie jest potrzebne?

Wielu rodziców podziela ten pogląd. Również część nauczycieli tęskni za dawnym modelem ustnej matury, w którym uczniowie prezentowali przygotowane wcześniej wystąpienie.

— To była fikcja. Kupowali te prezentacje — mówi jednak Violetta Kalka, polonistka z Torunia.

Od swoich uczniów słyszy, że ustny z polskiego to najgorszy egzamin. Są oczywiście tacy, którzy wchodzą i dają popis. Ale przeciętnych stres po prostu zżera — mówi nauczycielka.

Jej zdaniem problem polega głównie na tym, że młodzi ludzie coraz rzadziej są wystawiani na sytuacje, w których muszą mówić — spontanicznie i przy ­innych.

I dodaje, że ten lęk widać dużo wcześniej niż na maturze.

— Od lat coraz bardziej chronimy dzieci przed stresem, związanym z ewentualną oceną albo konfliktem. Efekt? Coraz więcej uczniów boi się zaryzykować pomyłkę albo powiedzieć coś nieidealnie. Więc nie odezwie się przy klasie — mówi Kalka. Przyznaje, że mnóstwo nauczycieli też odpuściło.

— Wiele było przypadków, gdy uczeń uznał, że przez odpytywanie na lekcji został upokorzony albo że nauczyciel go pyta, bo się uwziął. Unikamy więc tego — przyznaje polonistka.

Dlatego szkoła przestała być poligonem bezpiecznego ćwiczenia sytuacji stresujących, takich jak: wystąpienia publiczne, dyskusje, spory o rację.

— Wychowaliśmy pokolenie pod kloszem. A teraz wielu młodych ludzi bardzo boi się sytuacji, w której trzeba publicznie obronić własne zdanie — uważa nauczycielka.

Problem widać już na poziomie języka maturzystów. — Wolą krótkie, proste zdania. Mówią językiem potocznym, kompletnie nieadekwatnym na egzaminie z literatury — przyznaje Włodkowska.

Poloniści słyszą na maturze, np. że „Izabela Łęcka skupiała się na swoich ciuchach” albo że „dała Wokulskiemu kosza”. Jeden z bohaterów chce „ocalić swoje moralia”, a drugi „pochybił się na rozwiązanie”. Uczniowie wypowiadają się nieadekwatnie, np. że więzień obozu koncentracyjnego cierpiał i to było wobec niego „nie fair”.

— Problem polega raczej na tym, że młodzi ludzie coraz rzadziej ćwiczą przechodzenie między językiem codziennym a bardziej oficjalnym sposobem komunikacji — mówi dr Magdalena Domeradzka, językoznawczyni z Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Podkreśla, jak ważna to umiejętność. — Człowiek, który potrafi mówić w sytuacjach formalnych, czuje, że ma wpływ na rzeczywistość, i umie się w niej poruszać. Potrafi zabrać głos we własnej sprawie, coś załatwić, obronić własne zdanie. Szkoła powinna tego konsekwentnie uczyć — mówi dr Magdalena Domeradzka.

Wcale nie chodzi już o rekrutację na studia.

— Umiejętność argumentowania, zabrania głosu czy spokojnego przedstawienia własnego stanowiska jest potrzebna na co dzień: w pracy, gdy załatwiamy sprawy w urzędzie lub nawet na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej — podsumowuje badaczka.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version