W ciągu najbliższych 13 lat polska armia ma dokonać wielkiego skoku zarówno jakościowego, jak i ilościowego. Jeśli jednak wczytać się w oficjalne plany, natychmiast pojawiają się wątpliwości. Na liczne i świetnie wyposażone wojsko stać dziś jednak tylko najbogatsze państwa. Dlatego najbardziej prawdopodobny scenariusz wygląda dziś inaczej niż oficjalne deklaracje.
Nowy Program Rozwoju Sił Zbrojnych RP to pierwszy od lat dokument, który próbuje połączyć trzy rzeczy jednocześnie: gwałtowny wzrost liczebności armii, ogromny skok technologiczny oraz zmianę filozofii działania Wojska Polskiego. Najważniejszym założeniem jest powiększenie jego liczebności do 500 tys. ludzi w 2039 r. Z tego 300 tys. ma być w służbie czynnej, a 200 tys. w aktywnej rezerwie oraz rezerwie wysokiej gotowości.
To ogromne liczby nie tylko na tle obecnego stanu Sił Zbrojnych, ale także większości armii europejskich. Dla porównania dziś Polska ma około 216-220 tys. żołnierzy wszystkich rodzajów służby razem z Wojskami Obrony Terytorialnej. Realizacja programu rozbudowy oznaczałaby ponad dwukrotne zwiększenie potencjału osobowego w ciągu kilkunastu lat. Sam ten fakt sprawia, że na program należy patrzeć ze sporą dozą ostrożności.
Największy problem pomysłów kolejnych rządów nie dotyczy jednak sprzętu, a ludzi. Polska może kupić czołgi, wyrzutnie rakietowe i samoloty stosunkowo szybko, bo wystarczy znaleźć finansowanie i producenta. Znacznie trudniej jest stworzyć armię półmilionową w starzejącym się społeczeństwie, z rekordowo niskim bezrobociem i coraz mniejszą liczbą młodych mężczyzn. To właśnie demografia jest pierwszą, choć nie jedyną, wielką barierą tego programu.
Jak zwiększyć liczebność armii? Demografia to wielkie wyzwanie
Rocznie w wiek poborowy wchodzi dziś znacznie mniej osób niż jeszcze dwie dekady temu. Polska wchodzi w okres głębokiego niżu demograficznego. Armia konkuruje więc o tych samych ludzi co przemysł, logistyka, IT czy sektor usług. Co więcej, nowoczesne wojsko potrzebuje coraz większej liczby specjalistów – techników, operatorów systemów przeciwlotniczych, informatyków, mechaników lotniczych, elektroników, operatorów dronów czy analityków danych. To kadry, o które rywalizuje z cywilną gospodarką.
Dowódca Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni gen. dyw. Karol Molenda
Foto: Paweł Supernak / PAP
Dlatego osiągnięcie poziomu 500 tys. jest realne tylko pod warunkiem zasadniczej zmiany modelu służby wojskowej. I właśnie tutaj pojawia się najważniejszy element programu. MON nie planuje armii półmilionowej w starym rozumieniu, z czasów funkcjonowania Zasadniczej Służby Wojskowej, ani też zawodowej. Te 500 tys. to nie będzie pół miliona zawodowych żołnierzy mieszkających w koszarach. Trzon ma stanowić około 300 tys. żołnierzy czynnej służby, ale aż 200 tys. mają tworzyć rezerwy wysokiej gotowości.
To oznacza próbę budowy modelu zbliżonego częściowo do Finlandii, Szwecji czy Izraela, czyli dużej bazy przeszkolonych rezerwistów, regularnie ćwiczących i przypisanych do konkretnych jednostek. Innymi słowy, Polska próbuje odejść od modelu małej armii ekspedycyjnej budowanej po 2004 r. i wrócić do armii przygotowanej do wojny pełnoskalowej w Europie. Tyle że taki system wymaga gigantycznego zaplecza, a z tym jest problem.
Armia licząca pół miliona żołnierzy oznacza nie tylko ludzi pod bronią. To także koszary, magazyny, poligony, system mobilizacyjny, kadry instruktorskie, centra szkoleniowe, logistyka, medycyna wojskowa i infrastruktura transportowa. Polska przez trzy dekady redukowała wiele z tych zdolności. Część jednostek przeformowano, część terenów wojskowych sprzedano, a system mobilizacyjny w zasadzie jest fikcją.
Maj 2026. Obchody święta 2. Lubelskiej Brygady Obrony Terytorialnej
Foto: Wojciech Jargiło / PAP
Rozbudowa armii utknie przez szkoleniowe braki?
Dlatego problemem może okazać się nie sama rekrutacja, lecz zdolność do wyszkolenia i utrzymania tak wielkiej liczby ludzi. Dziś już widać ograniczenia systemu szkoleniowego. Od lat brakuje doświadczonych instruktorów, a od czasów rządów Antoniego Macierewicza w MON te braki gwałtownie się zaostrzyły. Z armii gremialnie odchodzili technicy lotniczy, piloci, inżynierowie okrętowi, czy specjaliści w wąskich dziedzinach. W cywilu znaleźli spokojniejszą i przede wszystkim lepiej płatną pracę.
Doszło do tego, że niektóre jednostki nie były w stanie prowadzić planowych operacji. Brakuje także doświadczonych szkoleniowców po misjach, którzy mogliby prowadzić zajęcia z rekrutami. W ostatnich trzech latach rządów PiS z armii odeszło niemal 55 tys. wyszkolonych żołnierzy. Nawet jeśli w części już wiekowych, to nadal mogących wiele dać wojsku. Teraz tendencja powoli wyhamowuje. Nadal armia ma jednak problemy, żeby wykorzystać swoich starszych i doświadczonych żołnierzy.
Ludzie z wiedzą i umiejętnościami odchodzili i wojsko o nich zapominało. Często na emeryturze zajmowali się prowadzeniem prywatnej działalności szkoleniowej. Dlatego dziś są trudności z zapewnieniem odpowiedniej liczby instruktorów, sprzętu treningowego i odpowiedniej infrastruktury.
Maj 2026. Żołnierze 15. Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej ćwiczą pływanie nowymi wozami bojowymi Borsuk na jeziorze Kępno w Orzyszu
Foto: Tomasz Waszczuk / PAP
Próby budowania liczącej 500 tys. żołnierzy armii bez tego wszystkiego to jak wznoszenie domu pozbawionego fundamentów. A problemem jest też brak pomysłu, jak zachęcić Polaków do służby.
Przed pięcioma laty gen. broni rez. Mirosław Różański proponował, że jeżeli służba byłaby szansą zdobycia zawodu, ochotników byłoby znacznie więcej. Proponował, aby żołnierz zdobywał wykształcenie wojskowe, ale również umiejętności przydatne w służbie cywilnej. Np. gdyby uzyskał uprawnienia operatora sprzętu inżynieryjnego, pilota, technika sprzętu łączności czy pracownika ochrony, zdobyłby zawód znajdujący odzwierciedlenie w środowisku cywilnym. Dzięki czemu obywatel byłby przygotowany do życia w cywilu, ale także stanowiłby wyszkoloną rezerwę. Nadal takiego szerokiego programu nie wprowadzono.
Olbrzymie pieniądze na masową armię
Czy Polska jest w stanie jednocześnie finansować masową armię i ultranowoczesną technikę wojskową? Dotychczas do wyboru była jedna z tych opcji. Po wejściu do NATO postawiono — ze względów finansowych — na mniejsze siły oparte na technologii. Połączenie obu modeli jest bardzo kosztowne. Stać na nie właściwie tylko największe gospodarki świata. Być może w Polsce uda się to zmienić, o ile politycy nie zaprzepaszczą szansy.
Problem w tym, że przy dużej liczebnie armii koszty osobowe będą rosły lawinowo. Żołnierz zawodowy to nie tylko pensja. To również mieszkania, emerytury, opieka zdrowotna, dodatki, szkolenie i utrzymanie przez dekady. Im nowocześniejszy sprzęt, tym droższy jest także sam personel. Operator Patriotów czy F-35 wymaga lat szkolenia i bardzo wysokich kwalifikacji. W rezultacie Polska może w połowie lat 30. dojść do momentu, w którym budżet obronny zacznie być konsumowany głównie przez utrzymanie armii, a nie dalszą modernizację. Między innymi pożyczka z SAFE ma pozwolić, aby te koszty rozbić na dłuższy okres.
Szef Agencji Uzbrojenia gen. dyw. Artur Kuptel i prezes zarządu Bydgoskich Zakładów Elektromechanicznych BELMA Jarosław Zakrzewski podpisują umowę o finansowaniu z programu SAFE
Foto: Paweł Jaskółka / PAP
Wojna w Ukrainie pokazała, że w nowoczesnym starciu liczy się nie tylko jakość uzbrojenia, ale także zdolność do jego produkcji w dużych ilościach. Polska próbuje odbudować potencjał przemysłowy w sektorze amunicji, rakiet i pojazdów bojowych, ale nadal wiele kluczowych systemów pochodzi z importu. Tymczasem półmilionowa armia będzie zużywała gigantyczne ilości amunicji, części zamiennych i sprzętu wyłącznie do ćwiczeń. Gdyby doszło do wojny, ilości te wzrosną lawinowo. Bez silnego przemysłu krajowego nawet najnowocześniejsze siły zbrojne szybko tracą zdolność prowadzenia długiej wojny.
A z tym cały czas jest problem. Przez lata kolejne rządy traktowały przemysł zbrojeniowy nie jako źródło dochodu, a problem, z którym trzeba sobie poradzić. Najchętniej zaś korzystano z okazji, by obsadzić w nim swoich ludzi.
Przed trzema laty NIK sprawdziła programy finansowane przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju prowadzone w ramach Krajowego Programu Badań. Chodzi o bardzo długi okres, kiedy ministrami obrony byli Tomasz Siemoniak z PO, oraz Antoni Macierewicz i Mariusz Błaszczak z PiS. Okazało się, że programy są albo opóźnione, albo nie dają wymiernych efektów. Najczęściej prowadzone były w oderwaniu od potrzeb armii i bez konsultacji z nią. I nikt nawet nie wpadł na pomysł, aby oferować polskie produkty w międzynarodowych przetargach. Teraz to się zmienia. Na razie głównie dzięki prywatnym firmom, ale Polska Grupa Zbrojeniowa również zaczyna działać na szerszą skalę.
Zmiana myślenia
Polska po raz pierwszy od końca zimnej wojny planuje armię zdolną do prowadzenia konfliktu wysokiej intensywności na własnym terytorium. W tym sensie program jest zerwaniem z wcześniejszym myśleniem, w którym Siły Zbrojne miały głównie wspierać operacje NATO i uczestniczyć w misjach zagranicznych.
Dlatego sama idea zwiększenia liczebności sił zbrojnych jest logiczna i w zasadzie słuszna. Pytanie dotyczy skali. 300 tys. żołnierzy czynnej służby wydaje się jeszcze osiągalne przy utrzymaniu wysokich wydatków obronnych, dalszym rozwoju różnych form służby dobrowolnej i rozsądnym budowaniu rezerw.
Natomiast pełne osiągnięcie poziomu 500 tys. wraz z rezerwą wysokiej gotowości będzie wymagało niemal rewolucji organizacyjnej. Prawdopodobnie także częściowego powrotu do elementów poboru lub obowiązkowego szkolenia wojskowego, nawet jeśli pod inną nazwą.
Bez tego liczba 500 tys. może pozostać bardziej polityczną zagrywką niż realnym stanem armii. Robił już tak minister Błaszczak. Teraz robi Kosiniak-Kamysz. Najbardziej prawdopodobny scenariusz wygląda dziś inaczej niż oficjalne deklaracje. Polska zapewne zbuduje do końca lat 30. jedną z największych armii lądowych NATO w Europie, znacznie nowocześniejszą niż obecnie i posiadającą rozbudowane rezerwy. Bardziej realne jest jednak utrzymanie ok. 200 tys. zawodowych żołnierzy i zbudowanie rezerw liczących co najmniej 300 tys. żołnierzy. Będzie to rozsądniejsze finansowo i pod względem efektywności szkolenia oraz konieczności utworzenia odpowiednich rezerw.
W dodatku politycy muszą sobie uświadomić, że utrzymanie równocześnie pół miliona dobrze wyszkolonych ludzi i bardzo kosztownej technologicznie armii będzie niezwykle trudne ekonomicznie, demograficznie i organizacyjnie. Prawdziwym testem tego programu nie będą zakupy sprzętu, lecz zdolność państwa do stworzenia trwałego systemu szkolenia i mobilizacji społeczeństwa.




