W wielu regionach Rosji zaczyna brakować wszystkiego, co niezbędne do życia: paliwa, jedzenia, lekarstw. Odcięci od świata obywatele przeklinają swoje „opiekuńcze państwo”.

Niezależne media co godzinę aktualizują informacje dotyczące kryzysu paliwowego, jaki wywołały ataki ukraińskich dronów na rosyjskie rafinerie. W kraju wprowadzono limity na kupno benzyny i ropy — jednorazowo zezwala się zatankować zależnie od regionu 20-40 litrów paliwa, nie można robić zakupów na zapas. Najmniej — bo jedynie 15 litrów — naleją do baków mieszkańcy położonego na dalekim rosyjskim wschodzie Kraju Zabajkalskiego.

W wielu miejscach przed stacjami ustawiają się wielokilometrowe kolejki. Bywa, że kierowcy stoją w nich w upale cały dzień. Dochodzi do dantejskich scen — ludzie biją się i przeklinają. Na Syberii wściekłych klientów pilnuje policja.

To nie jest pierwszy kryzys benzynowy nad Wołgą. Bywało tak choćby niespełna dekadę temu, kiedy Rosja na masową skalę sprzedawała za twardą walutę surowce za granicę, co powodowało ich braki w kraju. Ceny szybowały, a sfrustrowani ludzie (szczególnie na prowincji) wychodzili na ulicę.

Dziś dla kremlowskich urzędników gwoździem do trumny stał się pożar rafinerii w Kapotni, przemysłowej dzielnicy na południu Moskwy. Agencja Reutera podaje, że odbudowa zakładu potrwa nawet pół roku. Dla władz to sprawa priorytetowa — rządzący uczynią wszystko, by zaspokoić potrzeby mieszkańców stolicy, bo najbardziej obawiają się protestów w politycznym centrum kraju. Paliwo będzie więc ściągane do Moskwy z pozostawionych na pastwę losu regionów.

Na Syberii czy w Kraju Zabajkalskim zdesperowani ludzie próbują kupić benzynę w internecie — powstały fora, na których sprzedaje się ją w kanistrach (co jest teraz nielegalne) i po zawyżonej cenie. Rosjanie i Rosjanki uskarżają się na dzikie ceny surowca i politykę rządu. Urzędnicy — próbując zapobiec wzrostowi niezadowolenia — zamykają benzynowe fora (jest to szczególnie łatwe na rządowej platformie Max). Skrupulatnie śledzą także dokonywane na nich ­transakcje.

O tym, co się dzieje na rosyjskiej prowincji, nie dowiemy się z państwowych mediów. Jak donosił niezależny portal Meduza, w czterech regionach wspomnianego Kraju Zabajkalskiego stacje paliw zostały oklejone kartkami „Brak benzyny”. Ludzie przestali korzystać z samochodów i przesiedli się do transportu publicznego.

Puste baki sprawiły, że w niektórych miastach nie wywozi się śmieci. Firma Oleron+ odpowiedzialna za gospodarkę odpadami komunalnymi prosi mieszkańców — w oficjalnym komunikacie — o „wyrozumiałość”, obiecuje też, że śmietniki będą opróżniane, kiedy tylko „sytuacja się ustabilizuje”. Kiedy to nastąpi? Nie wiadomo. Góry odpadów rosną, cuchną, a ludzie boją się inwazji gryzoni i wybuchu epidemii, bo rozkładające się śmieci są siedliskiem bakterii. Niektórzy nielegalnie zakopują odpady bądź wywożą je do przydrożnych rowów i lasów.

Do interwencji wciąż wyjeżdżają wozy strażackie i policyjne radiowozy, ale mieszkańcy — w anonimowej rozmowie przeprowadzonej przez dziennikarza lokalnego portalu — mówią, że boją się, iż zabraknie paliwa dla karetek pogotowia. Bo nic nie wróży przecież, że kryzys benzynowy uda się rozwiązać w przewidywalnym czasie.

Wydatki związane z prowadzoną przez Rosję wojną w Ukrainie sprawiły, że wiele lokalnych budżetów świeci pustkami. Pieniędzy brakuje na zaspokojenie podstawowych socjalnych potrzeb. Mieszkańcy wiosek położonych nad rzeką Angarą w obwodzie irkuckim na Syberii codziennie stają przy linii brzegowej i wyglądają — niczym zbawienia — pojawienia się Meteoru. Przez lata statek o tej nazwie był ich jedynym łącznikiem ze światem. Ludzie płynęli nim do miasta na wizytę u lekarza, poddać się operacji, kupić produkty spożywcze, leki, ubrania, chemię gospodarczą. Tu, w syberyjskiej tajdze, inne środki transportu zawodzą — drogi są w tak złym stanie, że nie pokona ich nawet najlepszy samochód terenowy (nawigacja pokazuje komunikat: teren nieprzejezdny), trudno jest wylądować helikopterom. Łatwiej jest zimą — samochód może pokonać zamarzniętą rzekę.

Niestety, w lokalnym budżecie zabrakło pieniędzy na kursy Meteoru. Władze obwodu wyjaśniły mieszkańcom, że zmuszone były w pierwszej kolejności przeznaczyć środki na wypłaty dla pracowników sfery budżetowej, pokrycie świadczeń socjalnych oraz żołd dla żołnierzy walczących w Ukrainie. Portal Radia Swoboda wyjaśnia: „Budżet na 2025 r. był przyjmowany z założonym deficytem w wysokości około 25 mld rubli, ale pod koniec roku deficyt zwiększył się do 46,4 mld. Władze zaczęły ciąć wydatki i dlatego też nie znalazły środków na sfinansowanie kursów na Angarze”.

Ludzie alarmują, że zaczyna brakować im rzeczy pierwszej potrzeby — leków i chleba. Od maja ślą pisma do merostwa, któremu podlegają odcięte od świata miasteczka. Urzędnicy obiecali znaleźć środki na finansowanie kursów, ale pod koniec czerwca wydali krótki komunikat: „Pieniędzy nie ma!”.

Rozgoryczenie mieszkańców wiosek nad Angarą rośnie, radziecka, a potem rosyjska propaganda wmawiała im, że państwo jest świadome, iż żyją na krańcu świata, i nigdy o nich nie zapomni. Dołoży wszelkich starań, by region odciętych od świata objęty był specjalną polityką socjalną. W rozmowie z niezależnymi mediami ludzie przywołują historię sprzed 80 lat.

W latach 60. XX w. radzieckie państwo właśnie na rzece Angarze realizowało jeden ze swoich wielkich projektów — budowę Brackiej Elektrowni Wodnej. Ambicja budowniczych była wygórowana, elektrownia miała być największym tego typu obiektem na świecie. By mogła powstać, pod wodą musiało znaleźć się około trzystu wiosek, które ludzie zasiedlali z pokolenia na pokolenie. Mieszkańców z dnia na dzień eksmitowano, znaleźli się na ziemiach, do których jeszcze niedawno przybijał Meteor (to np. Brack i Bałagansk). Obiecywano im, że w zamian za przesiedlenie nigdy nie będą musieli płacić za prąd.

Radio Swoboda przeprowadziło rozmowę z Alewtiną, kobietą mieszkającą w wiosce Atalanka, do której dziadków Alewtiny radzieckie państwo przesiedliło w 1961 r. „Jest mi tak przykro, że łzy same cisną się do oczu” — mówi Alewtina. Opowiada, że jej siostra ma poddać się planowanej operacji i nie ma jak dotrzeć do szpitala. „­Porzucili nas, traktują jak nieludzi” — ocenia. Co może zrobić? Nic. Czuje się uwięziona w pułapce, pozostaje jej siedzieć i patrzeć, jak stan zdrowia jej siostry się pogarsza.

Atalanka może uwodzić swoim pięknem. Rzeka, malownicze drewniane domki z niebieskimi okiennicami, dzika przyroda. Jednak życie jest tu skrajnie ciężkie. Wioska — pomimo szumnych zapowiedzi radzieckich władz — po dziś dzień nie doczekała się elektryfikacji. „Żyjemy na dieslu” — mówi w rozmowie z Radiem Swoboda Wasilij. Gospodarstwa domowe mają dostęp do prądu około czterech godzin w ciągu dnia. Ale — jak zaznacza Wasilij — kiedy skończą się zapasy ropy, a statek ich nie uzupełni, zapanuje zupełna ciemność.

Rosyjski budżet obciążają wydatki związane z wojną. Elwira Nabiullina, prezeska Banku Centralnego Federacji Rosyjskiej, przygotowuje obywateli kraju nad Wołgą na ciężkie czasy. Mówi, że kryzys benzynowy spowoduje wzrost cen żywności i innych towarów oraz usług w całym kraju. Drobni przedsiębiorcy muszą mieć świadomość, że podrożeją także kredyty.

Szacuje się, że na prowadzenie wojny przeznaczana jest niemal połowa budżetu państwa — dokładnie 46 proc. (to wartość około 190 mld dol.). Przez długie miesiące po rozpoczęciu inwazji putinowscy urzędnicy starali się ukrywać rzeczywiste koszty operacji. Do prawdziwych cyfr dotarli zachodni analitycy i ukraiński wywiad. W sieci funkcjonuje strona putinwar.day, na której niezależni ekonomiści wyliczają środki, które Moskwa każdego dnia wydatkuje na konflikt. Pomimo tych wysiłków wydaje się, że Ukraina przejmuje inicjatywę na froncie. Od kilku tygodni ukraińskie drony atakują strategiczne obiekty wojskowe i fabryki w Rosji (np. w Petersburgu i obwodzie leningradzkim, Woroneżu, Permie). Moskwa liczy straty — w ludziach, bo podczas ostrzałów padają zabici, i finansowe.

Rosyjscy urzędnicy dołożą wszelkich starań, by zaspokoić potrzeby wielkich aglomeracji, jak np. Moskwa, Petersburg, Jekaterynburg. Kreml dokonuje cynicznej kalkulacji — do Kraju Zabajkalskiego, któremu grozi utonięcie w śmieciach, czy do położonych nad Angarą wiosek dotrą niezależni dziennikarze, ale nikt więcej nie opisze cierpienia tych regionów. Nawet jeśli tamtejsi mieszkańcy zaprotestują, dowiedzą się o tym garstka rosyjskiego społeczeństwa i ­Zachód.

Dla mieszkańców regionów — czy to kobiet, czy mężczyzn — Kreml ma jedną propozycję; zaciągnięcie się do wojska. Na początku inwazji państwo kusiło obywateli wysokim żołdem, wprowadzono (jak na warunki prowincji) lukratywne odszkodowania dla rodzin poległych. Obecnie za rok przeżyty na froncie w niektórych regionach kraju można otrzymać mieszkanie. Ta oferta jest dla rosyjskiego państwa bezpieczna, większość młodych niewyszkolonych ochotników ginie bowiem w pierwszych tygodniach walki.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version