Pierwsze listy najbogatszych Polaków ukazywały się na łamach „Wprost” jeszcze pod koniec lat 80. ubiegłego wieku. Trudno nazwać je jednak listami. Były to raczej serie tekstów, reportaży, luźnych zestawień pokazujących sylwetki i biznesy ówczesnych przedsiębiorczych Polaków. Pierwsza prawdziwa setka ukazała się już w latach 90. Chociaż i tak daleko jej było do rankingu z prawdziwego zdarzenia.
Wyłom w systemie
Pisanie o przedsiębiorcach w PRL wymagało w tamtych czasach na pewno odwagi. Z jednej strony odważyć się musieli sami opisywani bohaterowie, którzy bali się rozgłosu. Jakakolwiek prywatna inicjatywa była przecież wtedy tępiona. Z drugiej strony odważyć się musiał sam tygodnik, bo na tego typu publikacje cenzura miała baczne oko, że oto prasa zamiast wysławiać socjalizm, buduje nam tu nad Wisłą kapitalizm.
Na te pierwsze zestawienia najbogatszych Polaków według „Wprost” zwracała jednak uwagę zagraniczna prasa. Choćby brytyjski tygodnik „The Economist”, który bacznie śledząc przemiany gospodarcze nad Wisłą, pisał w ten sposób:
„Choć polscy multimiliarderzy nie kwapią się z ujawnianiem wysokości uzyskiwanych dochodów, to jednak zewnętrzne znamiona bogactwa dowodzą, iż do biednych nie należą”.
Listy najbogatszych z lat 80. pokazywały głównie działalność Polaków, którzy budowali w PRL firmy polonijne. Był to przedsiębiorczy wyłom w słusznie minionym ustroju. Władza ludowa wierzyła wówczas w to, że tacy „zagraniczni” inwestorzy wpuszczą w PRL-owską gospodarkę trochę zachodniej waluty. Żaden poważny zagraniczny koncern nie zdecydował się na takie szaleństwo, żeby budować oddział swojej firmy w kraju, który ruguje przedsiębiorczość i nacjonalizuje wszystko, co prywatne.
Z przepisów skorzystali za to przedsiębiorczy Polacy, którzy budowali pierwsze biznesy trochę właśnie pod przykrywką tych „zagranicznych inwestorów”. W ten sposób zaczynała budować swój majątek choćby rodzina Kulczyków, Niemczyckich, Staraków, którzy do dzisiaj pozostają bohaterami naszego zestawienia.
Lista 100 bez wycen
Sytuacja zmieniła się po 1989 roku wraz z wejściem w życie słynnej ustawy Wilczka. Od tamtej pory można liczyć historię już tych pełnych i prawdziwych list 100 najbogatszych „Wprost”. Pierwsza prawdziwa setka to 1990 r. Ale tutaj też pojawiają się kłopoty.
Wtedy lista, choć miała pierwsze i ostatnie miejsce, to nie miała informacji o wysokości majątku danego bohatera. Wycen nie robiono, bo nie było żadnej sprawozdawczości. Pierwsze spółki zupełnie o to nie dbały, a i też nikt tego nie sprawdzał, czy ktoś podał wyniki finansowe na czas i czy są one zgodne z prawdą. Bazowano więc trochę na giełdzie towarzyskiej, trochę na danych pozyskanych od samych bohaterów, trochę dzwoniono do pierwszych organizacji biznesowych z pytaniami, kogo by tam typowali na najbogatszego. Wyceny majątków pojawiły się dopiero w XXI wieku i w zasadzie od tamtej pory można bawić się w jakieś szacunki, ile dzisiaj ktoś mógłby mieć.
Pierwsze wyliczenia majątków zaczęły się w 2002 r. Na pierwszym miejscu Jan Kulczyk z majątkiem wycenianym na 12 mld zł. Za nim był Aleksander Gudzowaty i Zygmunt Solorz, jeszcze wtedy Żak. Doktor Jan Kulczyk utrzymał swoją dominację na Liście 100 najbogatszych „Wprost” przez kilkanaście lat. Wyjątkiem był tylko jeden 2007 r., kiedy nie dość, że spadł z pierwszego miejsca, to wypadł w ogóle z pierwszej dziesiątki listy. Powodem rozwód z Grażyną Kulczyk, skomplikowany podział majątku i zawirowania w samym rankingu.
Po śmierci Jana Kulczyka w 2015 r. na pierwszych miejscach listy lądowały jego dzieci – Sebastian i Dominika Kulczyk. Córka, jak przyznała w jednym z wywiadów, dowiedziała się o tym, że jej ojciec może być zamożny właśnie z jednej z List 100 najbogatszych „Wprost”. Ale po finalizacji długoletniego procesu spadkowego po ojcu, w 2018 r. najbogatszymi Polakami nie było już rodzeństwo Kulczyków, a Michał Sołowow, który zadebiutował w naszym rankingu w 1997 r.
Ranking, który rodził się w bólach
Przez te wszystkie dekady przez Listę 100 przetoczyły się setki nazwisk, ale zostali ci najwytrwalsi. Dzisiaj nasze zestawienie jest najpełniejszym i najstarszym tego typu rankingiem w polskich mediach. Robionym od dekad w ten sam sposób. Tworzącym się w bólach. Począwszy od komunistycznej cenzury, idąc przez afery i bankructwa, po historie wielkich sukcesów i majątków budowanych własną ciężką pracą.
Na tym ostatnim zależy nam najbardziej. Żeby Lista 100 była co roku listą 100 powodów, dla których warto założyć własny biznes. Listą 100 dowodów na to, że w Polsce da się osiągnąć sukces. Listą 100 obrazów pokazujących piękno biznesu, że po porażce można wstać i na listę powrócić albo, że można nagle na niej zadebiutować, bo chociaż mamy już tak bogaty i nasycony rynek, to nadal można na nim odszukać niszę, która przyniesie miliardy. Lista 100 ma być listą 100 lekcji o tym, że wciąż ciężka praca, determinacja i cierpliwość są najlepszym patentem na sukces. I również listą dającą jej czytelnikom 100 procent pewności, że to ani żaden rząd, ani żaden polityk, ani spółki skarbu państwa, tylko głównie prywatni polscy przedsiębiorcy budują dobrobyt Polski, dlatego należy ich traktować z szacunkiem.
Lista 100 to w końcu przede wszystkim 100 bohaterów. Ludzi, którzy kiedyś podjęli prostą decyzję – rzucili pracę, otworzyli firmę i zaczęli pracować na własny rachunek.













