Geniusz wszech czasów dopuścił się oszustwa wszech czasów, po czym wyczarował gola wszech czasów. Tak przebiegał bodaj najsłynniejszy mecz piłkarski w historii.
Argentyńczycy nie pożądali zwycięstwa, lecz zemsty. Anglicy chcieli rywali ponownie upokorzyć — tym razem na boisku, bezkrwawo. Rozegrany 22 czerwca 1986 r. ćwierćfinał mistrzostw świata kipiał politycznymi podtekstami oraz zbiorową nienawiścią jak żaden inny mundialowy hit wcześniej lub później.
A kiedy wybrzmiał ostatni gwizdek sędziego, okazało się, że pozostał po nim właściwie jeden superbohater — Diego Armando Maradona, piłkarz kiwający jak szatan, pozbawiony skrupułów wirtuoz, który przez całe życie będzie świętym i łajdakiem, wyzwalającym całą paletę najskrajniejszych emocji. Miłość, zazdrość, uwielbienie, litość, pogardę, nawet — dosłownie — religijny kult.
Oba narody, oddalone od siebie o przeszło 11 tys. km i rozdzielone oceanem, zapłonęły wrogością cztery lata wcześniej, wraz z wybuchem wojny o niewielkie wysepki, o których istnieniu reszta świata niespecjalnie miała pojęcie. Odkryte w XVI w. jako bezludne, potem zamieszkiwane przez rybaków i hodowców owiec, wpadały w ręce angielskie, francuskie i hiszpańskie, teraz Wielka Brytania kontrolowała je — zgodnie z wolą mieszkańców, wyrażaną w referendach poparciem zmierzającym ku 100 proc. — jako Falklandy, należące do monarchii terytorium zamorskie. Argentyńczycy nazywali pływający w ich sąsiedztwie archipelag Malwinami, uważali go za odziedziczony po Hiszpanii i chcieli przejąć. Kiedy jednak wojskowa dyktatura wydała rozkaz inwazji, zamierzała przede wszystkim omamić patriotyzmem społeczeństwo masowo protestujące, torturowane represjami, hiperinflacją i widmem nadciągającego krachu ekonomicznego.
W zderzeniu z wysłaną przez Margaret Thatcher flotą poniosła klęskę (po 74 dniach intensywnych walk), generała Galtieriego wkrótce obalono i juntę zastąpiła demokracja, ale najpierw wojna wessała piłkarzy. Także Maradonę, który był bezbronnym ignorantem, przez całe życie manipulowanym przez politycznych i biznesowych hochsztaplerów.
***
Reprezentanci kraju przygotowujący się do mundialu w 1982 r. pozowali na tle transparentu z hasłem „Las Malvinas son argentinas”. Publiczna telewizja, przeobrażona w propagandową szczekaczkę, nacjonalistyczne ujadanie ilustrowała zdjęciami z poprzednich mistrzostw świata — z 1978 r., gdy Argentyna na własnych stadionach zdobyła złoto.
Jimmy Burns, autor chyba najbardziej wnikliwej biografii Maradony, opisuje wymyślone przez służby specjalne ulotki, na których chłopiec łudząco przypominający kilkuletniego Diego, wystrojony w koszulkę drużyny narodowej, przyjmuje kapitulację brytyjskiego lwa. Sam zawodnik regularnie deklarował, że w każdej chwili jest gotowy zdjąć korki i chwycić karabin, popłynąć na front. A kiedy Brytyjczycy pierwszy raz zbombardowali argentyńskich żołnierzy, naloty oraz odpowiedź artylerii, media relacjonowały ofensywny rajd piłkarza Kevina Keegana oraz błyskawiczną, odwetową akcję Maradony. Eseistyczną metaforę George’a Orwella, który w meczu futbolowym widział „wojnę pozbawioną strzelaniny”, junta przekuła w groteskowy konkret.
Argentyńczycy w 1982 r. sromotnie przegrali zarówno na polu walki, jak i na boisku, konflikt zastygł, ale podczas kolejnych mistrzostw, w 1986 r. w Meksyku, zlodowaciała niechęć znów osiągnęła stan wrzącej nienawiści, a piłkarze co rusz słyszeli, że ich misją jest nie tyle wygranie meczu, ile zgnębienie imperialistów. Maradonę przyrównywano do generała José San Martina, dzięki któremu ojczyzna zrzucała w XIX w. kolonialne kajdany. Bojówkarze barras bravas, brutalnych grup przestępczych obsiadających argentyńskie stadiony, palili brytyjskie flagi i wsiadali w samoloty z zamiarem pomszczenia poległych na Malwinach. Zaniepokojeni organizatorzy mundialu postawili w stan gotowości 5 tys. żołnierzy. Piłkarzy nie trzeba było zresztą namawiać, by podnosili napięcie, bo czuli to samo co rodacy, łaknęli krwi.
Ponieważ brytyjskie brukowce zachowywały się identycznie, obwołując drużynę nieumundurowanym oddziałem sił specjalnych i odczłowieczając rywali, obie strony rozpoczęły potajemne negocjacje na wysokim szczeblu, by przy okazji meczu rzeczywiście nie doszło do tragedii — wszyscy jeszcze doskonale pamiętali, że ledwie rok wcześniej, wskutek bijatyk między kibicami Liverpoolu i Juventusu, na brukselskim stadionie Heysel zginęło 39 osób. Dopiero po latach dowiedzieliśmy się o poufnym spotkaniu ambasadorów obu krajów, o zabiegach prezydenta Argentyny, który wydzwaniał do trenera Carlosa Bilardo z prośbami o uspokajanie piłkarzy, o tym, że także Bobby Robson, stojący na czele reprezentacji Anglii, zakazał podwładnym jakichkolwiek wypowiedzi na tematy inne niż sport.
Przemocy udało się uniknąć, ale kiedy piłka poszła w ruch, wybuchł nieprawdopodobny skandal, mecz spowiła erupcja najbardziej toksycznych emocji, jakie może wywołać sport. Wszystko przez cwaniactwo Maradony, który w 51. minucie stoczył powietrzny pojedynek o piłkę z Peterem Shiltonem. Wygrał, choć odrósł od ziemi na 165 cm i musiał sięgać jej głową, natomiast mierzący 184 cm angielski bramkarz mógł użyć rąk.
***
Dla wielu obserwatorów było jasne, że Argentyńczyk trącił piłkę dłonią, innych wątpliwości pozbawiło ikoniczne zdjęcie fotoreportera Boba Thomasa, jednak sędzia nakazał wznowić grę od środka. Dzisiaj gol zostałby anulowany, wtedy nikt nawet nie przypuszczał, że w przyszłości arbitrzy będą analizować przebieg kontrowersyjnych incydentów na powtórkach wideo. Maradona prowadził z Anglią 1:0.
Redukowanie argentyńskiej reprezentacji do jednego solisty jest publicystyczną hiperbolą tylko częściowo, ponieważ El Diego podczas tamtego turnieju wielokrotnie przeobrażał grę zespołową w oszałamiające indywidualne show.
Cztery minuty po oszukaniu Shiltona zstąpił na poziom trawy, przejął piłkę na własnej połowie, po czym postanowił już jej nie oddać — przedryblował jednego rywala, przedryblował drugiego, trzeciego, płynął przez całą Anglię z bezczelnością i gracją, na jaką w tak prestiżowym meczu nie zdobył się żaden ze sławnych boiskowych czarodziejów — ani Pelé, ani Leo Messi — aż zdobył wrogą bramkę ponownie. Arcydzieła obwołanego golem stulecia nie ma sensu opisywać, należy się nim delektować własnoocznie, zmysły przy każdym odtworzeniu szaleją jak przy pierwszym — YouTube oferuje tę rozkosz w bezliku wersji, przy akompaniamencie telewizyjnych komentarzy podawanych w rozmaitych językach. Zwłaszcza latynoscy wysłannicy na turniej wystrzelili na orbitę, szlochali, dziękowali Bogu za piłkę nożną, sławili argentyńskiego magika jako „kosmicznego latawca” i wyrykiwali pytania, z jakiej przyleciał planety. Obrazy i dźwięki, które cała Ameryka Południowa zna na pamięć.
Graffiti na ogrodzeniu ambasady brytyjskiej, naśmiewające się z Anglików, na kilka godzin przed meczem mistrzostw świata we Francji, między Argentyną a Anglią, który odbył się 30 czerwca 1998 r. i zakończył wynikiem 6:5 dla Argentyny
Foto: Reuters
Argentyńczyk w tym samym momencie zyskał status boski i zraził do siebie miliony ludzi. Znokautowani Anglicy zdołali odpowiedzieć tylko jednym ciosem, przegrali 1:2, po ostatnim gwizdku Shilton wrzeszczał, że „taki kurdupel nie miał prawa mu strzelić gola ręką”. I nigdy rywalowi nie wybaczył, jeszcze wiele lat później zwierzał się, że z radością dowiaduje się o jego życiowych klęskach. A Maradona w ostatnim wywiadzie przed śmiercią, udzielonym magazynowi „France Football”, na pytanie o idealny prezent rzucił: „Chciałbym jeszcze raz strzelić Anglikom, tym razem prawą ręką”. Szwindel cenił sobie wyżej niż dzieło sztuki, zgodnie ze stanem ducha wielu rodaków, którzy czerpali szczególną, perwersyjną przyjemność ze skrzywdzenia poddanych królowej Elżbiety II dzięki brudnemu chwytowi spryciarza ze społecznych nizin.
***
Maradona nigdy nie roztrząsał etycznego wymiaru epizodu, który wydatnie pomógł drużynie w podróży po złoto mundialu. W autobiografii „Yo soy El Diego”, podyktowanej duetowi argentyńskich dziennikarzy w 2000 r., kwituje go przekonaniem o własnej przebiegłości, rzuca, iż czuł się, jakby „ukradł Anglikom portfel”, choć na innych stronach wyżywa się na łamiących przepisy przeciwnikach, niezdolnych zatrzymać go inaczej niż faulem, wzywa do fair play i wydaje kategoryczne moralne oceny.
Ludzi dzieli na mądrych, którzy go słuchali, i głupców, którzy jego rady ignorowali. Na 250 stronicach, które stały się w Argentynie najlepiej sprzedającym się bestsellerem w historii (wielu kupowało je jako jedyną książkę w życiu), przemawia jak wszechwiedzący Bóg. Większość rywali i kolegów nazywa palantami, innymi gardzi, więc nie pamięta ich nazwisk (koreańskiemu graczowi nadaje pseudonim „Kung-fu”). Wizytę u papieża wspomina jako wielkie rozczarowanie, bo podarowany mu różaniec, który Jan Paweł II nazwał wyjątkowym, niczym nie różnił się od wręczonych jego matce i żonie.
Tamten mecz, bodaj najsłynniejszy w dziejach dyscypliny, opowiedział całego Maradonę, wewnątrz którego anioł mieszkał z demonem, i odzwierciedlił całe jego życie, w którym piękno sąsiadowało z brzydotą.
Był bodaj jedynym sportowcem, którego wyznawcy założyli swój Kościół — diegorianie Boże Narodzenie obchodzą 30 października, ich biblią są przywoływane wyżej wspomnienia — a zarazem upadłym człowiekiem. Był ucieleśniającym argentyńskość bohaterem narodowym i ludowym trybunem, który nigdy, przenigdy uciśnionych nie zdradził, a także strzelającym do reporterów z wiatrówki kumplem mafiosów i zbrodniczych dyktatorów, jak Fidel Castro czy Mahmud Ahmadineżad, który, proszony o wymienienie swojej głównej cnoty, mawiał, że przyjaźni się z wrogami.
Był okrutnikiem bezwzględnym dla bliskich, katem równie bezlitosnym dla siebie — maltretował organizm treningiem, ćpaniem i chlaniem, z wiekiem niszczył serce monstrualną otyłością, w wieku 60 lat umierał jako wrak. Sprawca i ofiara, skazaniec mknący ku samozagładzie. Kłębiło się w nim tyle sprzeczności, że mieści w sobie prawie całe życie, rozpięte między udręką i ekstazą. Brakowało chyba tylko środka, zwykłej codzienności zażywanej przy tętnie spoczynkowym — jakby Maradona nie umiał znieść stanów innych niż wzniosłe lub żałosne.
Ten rozziew widać także w jego perypetiach mundialowych. W 1978 r., gdy uchodził już za zjawiskowego nastolatka, na mistrzostwach nie wystąpił, bo został przez trenera Césara Luisa Menottiego uznany za zbyt niedoświadczonego i narażonego na potworną presję — do czego sam się przyczynił, gdy podczas przedturniejowych przygotowań poleciał do Las Vegas, a po powrocie odmówił uczestniczenia w treningach, bo czuł się „rozbity”. W 1982 r. przyczynił się do klęski reprezentacji, a zakończył turniej brutalnym faulem, za który sędzia wlepił mu czerwoną kartkę. W mundialowych edycjach 1986 oraz 1990 wspaniale liderował Argentynie, która zdobywała kolejno złoto i srebro, ale w 1994 r. w USA znów stoczył się na dno — popełnił sportową zbrodnię, w jego organizmie wykryto koktajl pochodnych efedryny (tak obfity, że nie było żadnych wątpliwości co do winy), został zdyskwalifikowany za doping.
Diego Maradona świętuje z pucharem mistrzostw świata po wygranej z Niemcami 3:2 w Meksyku, 29 czerwca 1986 r.
Foto: NewsPix
***
Na mistrzostwa poleciał jeszcze w 2010 r. do RPA, gdzie paradował już jako beznadziejny trener, który skarlał do karykatury samego siebie. Nie wyposażył reprezentacji Argentyny w żaden plan, w trakcie meczów głównie podskakiwał i zamaszyście gestykulował, przypominając raczej brodatą czirliderkę niż kontrolującego cokolwiek przywódcę, w ostatnim odcinku tego przygnębiającego serialu podpisał swoim nazwiskiem zawstydzające 0:4 z Niemcami. Cała reszta jego menedżerskiej kariery składała się natomiast z wyborów i wypraw egzotycznych — prowadził klubowe drużyny w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, próbował sił w drugiej lidze meksykańskiej, w argentyńskim Deportivo Riestra objął stanowisko „trenera duchowego”, został prezesem białoruskiego Dynama Brześć. Wszędzie wytrzymywał przez kilka mgnień oka, nigdzie nie osiągnął nawet sukcesiku.
Nie mogło mu się powieść w rolach wymagających zdolności organizacyjnych i myślenia strategicznego, bo zawsze pływał w chaosie, żył chwilą, bezpieczny dla siebie był tylko na murawie, z piłką przy nodze.
Postacią mimo wszystko tragiczną zaczął stawać się w Neapolu, gdzie lokalną drużynę pierwszy raz w historii wyniósł na poziom mistrzostwa kraju — i to dwukrotnie — co miało doniosły wymiar nie sportowy, lecz społeczny. Mieszkańcy tego dzikiego, wariacko spontanicznego miasta fetowali triumf nad znienawidzoną, bogatą północą kraju, reprezentowaną przez kluby z Turynu i Mediolanu, a Maradona odnalazł swoje miejsce na ziemi. Szybko zrozumiał, że bierze udział w „wojnie biedaków z rasistami”, i przysiągł, że zawsze opowie się po stronie tych drugich. Kiedy wiosną 2023 r. Napoli znów szło po tytuł mistrzowski, można było odnieść wrażenie, że najjaśniejszą gwiazdą drużyny jest on, piłkarz już nieżyjący. Na ulicach migotały tysiące jego podobizn — wystylizowanych według estetyki tamtejszej religijności, z wyrysowaną wokół czupryny aureolą, ewentualnie w objęciach miejskiego patrona, świętego Januarego — a ludzie zupełnie poważnie twierdzili, że zwycięstwa zawdzięczają Diego. Bo po śmierci ma czas, by znów otoczyć ich opieką.
To w Neapolu jednak ostatecznie stracił kontrolę nad sobą. Balował z hersztami camorry, przy leczeniu kontuzji polegał na szarlatanach, po spędzonych tam latach dostał karę 15 miesięcy zawieszenia za zażywanie kokainy, odsiedział aresztowanie za rozprowadzanie narkotyków wśród znajomych, został wysłany na przymusowy odwyk. Na niesamowity mundial w 1986 r., na którym upokorzył Anglię, leciał, gdy rozpadało mu się życie osobiste — między innymi w oczekiwaniu na dziecko, którego nie chciał uznać za własne, choć matka groziła, że zażąda przed sądem testu na ojcostwo i uczyni ze sporu sprawę publiczną.
Dlatego Carlos Bilardo, trener argentyńskiej kadry, skrajnie ryzykował, kiedy pasował Maradonę — po całonocnej rozmowie w jego domu — na kapitana. Pogwałcił na dobrą sprawę reguły sztuki, uhonorowując nieodpowiedzialnego pyszałka, zestresowanego zamętem rodzinnym egoistę, który stanowi zaprzeczenie profesjonalizmu. Co więcej, nominacja wywoływała sprzeciw drużynowej starszyzny.
Maradona odpłacił się popisem wszech czasów. Strzelił oba gole w ćwierćfinale z Anglią, wbił oba w półfinale Belgom — w tym jednego po kolejnym zniewalającym slalomie między rywalami — wymyślił asystę przy zwycięskiej bramce w finale z Niemcami. Żaden inny gracz nie zdominował do tego stopnia żadnego mundialu.
***
Jeśli esencją futbolu jest kontrolowanie piłki — choćby samotne, wyjęte z geometrii boiska i logiki gry zespołowej, jak w intuicyjnej, zapoznawczej zabawie brzdąca uczącego się jej kształtu — to Diego był największym wśród największych. Niby traktował kulisty przyrząd z nonszalancką swobodą, a panował nad nim absolutnie. Dotykał go delikatnie, gdy potrzebna była delikatność, i gwałtownie, gdy sytuacja wymagała gwałtowności.
Techniczna maestria to jednak rzecz niemierzalna, tymczasem sport wymaga twardych danych z tablicy wyników. Gdyby więc nie tamto argentyńsko-angielskie widowisko, Maradona byłby znacznie mniejszy, wielbiony raczej nie globalnie, lecz lokalnie. Jego sylwetka nie znalazłaby się między najbardziej rozpoznawalnymi postaciami popkultury. Paolo Sorrentino — neapolitański reżyser, który dziękował idolowi za inspirację, odbierając Oscara — nie mógłby zatytułować swego poruszającego, intymnego filmu „Ręka Boga”. A pewien Anglik nie sprzedałby koszulki za 7,14 mln funtów.
Steve Hodge grał w legendarnym meczu na stadionie Azteca. To on poniekąd umożliwił Maradonie oszustwo, wykonując nieszczęśliwe podanie w kierunku swojego bramkarza, a po ostatnim gwizdku zaproponował rywalowi wymianę koszulek, wprawiając kolegów w złość — ich zdaniem postąpił niegodnie, chodząc po prośbie za szulerem. Przez 36 lat trzymał zdobycz w domu lub wypożyczał ją do manchesterskiego muzeum futbolu, aż wreszcie wystawił na licytację online w domu aukcyjnym Sotheby’s. Jako cenę wywoławczą podał 4 mln funtów, ale anonimowy nabywca zapłacił blisko dwa razy więcej.
Wykosztował się na strój nie całkiem autentyczny, bo ćwierćfinał rozpoczynał się w samo południe i trener Bilardo obawiał się, że przywiezione z kraju bawełniane koszulki w piekielnym meksykańskim słońcu nasiąkną potem, staną się zbyt ciężkie. Wysłał asystenta do sklepu, kazał szukać materiału obiecującego większy komfort gry w upale. Ruben Moschella znalazł dwa rodzaje T-shirtów w pożądanym kolorze, ostatecznego wyboru dokonał Diego. „Bierzemy te. W tych pobijemy Anglię” — zawyrokował i dwie krawcowe zaczęły wyszywać herby argentyńskiej federacji.
Podróbka uzyskała status relikwii i najdroższego spieniężonego kawałka odzieży sportowej, Hodge, który wcześniej opublikował autobiografię pod tytułem „Człowiek z koszulką Maradony”, obłowił się jak nigdy (w jego czasach nawet wybitni zawodnicy niekoniecznie zostawali multimilionerami), a dawne własności Argentyńczyka usiłuje spieniężyć mnóstwo ludzi. Kiedy Diego zmarł z powodu ostrego obrzęku płuc wywołanego przewlekłą niewydolnością serca, patologiczne powiększonego, okazało się, że pozostawił porozrzucane po całym świecie przedmioty o bardziej wymiernej wartości, jak rezydencje czy samochody, że nie wiadomo, ile miał dzieci (na pewno pięcioro, być może nawet jedenaścioro), że zostanie mimowolnym bohaterem procesów sądowych. Jego nazwisko wciąż krąży w argentyńskiej przestrzeni publicznej, neapolitańczycy uważają, że wciąż aktywnie wpływa na ich los, już zawsze będzie stawał w obronie miasta.
Skończył jak Elvis. Niby umarł, ale nie całkiem.

