Minęły ponad dwa miesiące od rekonstrukcji rządu i prawie dwa od objęcia urzędu prezydenta przez Karola Nawrockiego. Jak w tych nowych warunkach radził sobie gabinet Tuska? Najkrócej mówiąc, średnio. Premier musi działać, by nie wracały głosy, że potrzebna jest jego wymiana.
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że z nami jesteś!
Foto: Newsweek
Wymiana ministrów i bardziej konfrontacja niż współpraca z nowym prezydentem dały rządowi trochę nowej energii. Widać też, że po prawie dwóch latach całkowitego zaniedbywania polityki informacyjnej rząd zaczyna robić w tym obszarze pewne postępy. Ale ciągle nie przedstawił spójnej wizji na drugą połowę kadencji, nie był w stanie zaznaczyć swojej sprawczości w relacjach z Nawrockim, wreszcie — spektakularnie przegrał walkę o edukację zdrowotną.
Ofensywa Waldemara Żurka
Z nowych ministrów najbardziej widoczny jest z pewnością kierującym resortem sprawiedliwości Waldemar Żurek. To on zaczął swoją kadencję w najbardziej ofensywny sposób, zapowiadając przyspieszenie rozliczeń PiS i procesu uzdrawiania wymiaru sprawiedliwości.
Z konkretnych działań ministra dało się do tej pory odnotować głównie odwołanie prezesów i wiceprezesów sądów, którzy zostali mianowani na stanowiska dzięki rekomendacji neo-KRS albo podpisywali się pod nominacjami osób ubiegających się o wybór do tego ciała. Żurek konsekwentnie bowiem stoi na stanowisku, że forsowana przez PiS reforma KRS była niekonstytucyjna, a sędziowie, którzy się w nią włączyli, np. kandydując do nowej rady albo uczestnicząc w organizowanych przez nią konkursach, nie dopełnili swoich obowiązków wobec polskiej ustawy zasadniczej.
Działania Żurka, jego zdecydowany język jasno nazywający to, co zdaniem ministra w latach 2015-23 było bezprawiem, i wskazujący winnych rozkładu praworządności w Polsce, bardzo podobają się najwierniejszemu, najbardziej zaangażowanemu w polityczny spór elektoratowi KO. Żurek wszedł do rządu także po to, by odpowiadać na emocje tej grupy. Sądząc po tonie najbardziej platformerskiej części portalu X, radzi z tym sobie bardzo dobrze.
Jednocześnie nowy minister, za co zdecydowanie trzeba go pochwalić, nie zamyka się w tej bańce, próbuje się też komunikować z wyborcami, którzy w latach 2015-23 niekoniecznie wystawali z świeczkami pod sądami i nigdy nie przyszło im do głowy, by założyć koszulkę z napisem „konstytucja”. Stara się im tłumaczyć swoje stanowisko i racje. Także w nieprzychylnych rządowi mediach, np. w Kanale Zero, do którego Żurek poszedł na długą rozmowę z Krzysztofem Stanowskim. Nie we wszystkim był przekonujący — zwłaszcza w kwestii swojego utajnionego oświadczenia majątkowego — ale sam fakt, że podjął taką dyskusję, wyróżnia go pozytywnie na tle innych ministrów.
Problem w tym, że Żurek w obecnym politycznych warunkach nie będzie w stanie rozwiązać systemowych problemów z praworządnością wymagających zmian ustawowych, a więc zgody prezydenta. Prędzej czy później przełoży się to na jego oceny także po stronie wyborców koalicji.
Jak Tusk i Sikorski z Nawrockim
Poza Żurkiem z nowych ministrów widoczny był w zasadzie tylko kierujący resortem energii Miłosz Motyka, który uaktywnił się przy okazji obrony ustawy wiatrakowej przed wetem Karola Nawrockiego. Nowy prezydent od razu uderzył w rząd serią wet, pokazując, że jeśli kohabitacja z Andrzejem Dudą wydawała się rządowi trudna, to ta z Nawrockim będzie jeszcze trudniejsza.
Jednocześnie rząd nie dał się do końca zdominować politycznie i wizerunkowo Nawrockiemu. Rada Gabinetowa — wyraźnie pomyślana przez prezydenta jako rytuał dominacyjny mający potwierdzić, że w relacjach z Tuskiem to on jest samcem alfa — nie poszła tak, jak pewnie liczyło środowiska prezydenta. Tusk był akurat tego dnia w świetnej formie i pokazał Nawrockiemu, że polityczne doświadczenie czasem wygrywa z „młodzieńczą” energią.
Konfrontację prezydenta i rządu na chwilę zamroziło wtargnięcie rosyjskich dronów w polską przestrzeń powietrzną. Jeśli Rosjanie chcieli w ten sposób przetestować nasze państwo i klasę polityczną, to zarówno prezydent, jak i rząd zdali ten test — nie weszli na zwarcie, nie zaczęli się wzajemnie obwiniać, uspokajali sytuację. W reakcji na incydent Nawrocki i Radosław Sikorski dość zgodnie wypowiadali się na forum międzynarodowym.
Nie ma jednak wątpliwości, że po tym uspokojeniu prędzej czy później czeka nas powrót do silnych napięć na osi rząd-Pałac Prezydencki. I rząd musi wreszcie pokazać, jaką polityczną strategię zamierza przyjąć, by nie dać się zatopić kolejnym prezydenckim wetom.
Edukacja zdrowotna — przegrana bitwa
Tyle że rząd wcale nie potrzebuje prezydenckiego weta, by ponosić polityczne porażki. Pokazała to afera w sprawie dotacji z KPO dla branży hotelowo-restauracyjnej, kiedy to rząd okazał się komunikacyjnie zupełnie bezradny wobec ciosów, jakie dostawał ze strony prawicowej i lewicowej opozycji oraz obrazków zakupionych z dotacji jachtów.
Teraz rząd zbiera polityczne cięgi za edukację zdrowotną. I być może od przegranych przez Trzaskowskiego wyborów jest to największa porażka koalicji — a z pewnością cała jej historia doskonale pokazuje, na czym polegają problemy z obecnym rządem Tuska.
Najpierw bowiem koalicja przez długi czas nie mogła się porozumieć co edukacji zdrowotnej. Ostatecznie wprowadziła ją, ale w formie zajęć nieobowiązkowych, ustępując najbardziej konserwatywnemu członowi koalicji. Ustępstwo to zirytowało bardziej progresywnych wyborców — i tak przekonanych, że sparaliżowany przez hamulcowych z PSL rząd ignoruje ich postulaty. W żaden sposób nie zadowoliło jednak prawicy. Ta uruchomiła potężną polityczną kampanię przedstawiającą edukację zdrowotną jako „seksualizację” dzieci i zagrożenie dla ich moralności, mobilizując konserwatywnych rodziców do wypisywania swoich dzieci z przedmiotu — w czym otrzymała wsparcie Kościoła. Resort edukacji, rząd i tworzące go partie zachowywały się, jakby nie dostrzegały tej kampanii. W odpowiedzi nie uruchomiły własnego, mocnego politycznego przekazu skierowanego do rodziców, czemu warto, by ich dzieci uczestniczyły w lekcjach nowego przedmiotu.
Nikogo więc nie zaskakuje, że rząd najwyraźniej przegrał tę bitwę. Oficjalne dane o liczbie rodziców, którzy zdecydowali się wypisać dzieci z nowego przedmiotu mamy poznać dopiero 10 października, ale już dziś samo Ministerstwo Edukacji Narodowej szacuje, że może to dotyczyć około połowy uczniów. Już to byłoby porażką, a dane jakie spływają z poszczególnych kuratoriów są jeszcze gorsze — jak ustalił Onet, w województwie kujawsko-pomorskim z przedmiotu zrezygnowało ponad 60 proc. uczniów, a w lubelskim — 73 proc. Jeśli większość uczniów nie będzie brała udziału w lekcjach, to prawica ogłosi zwycięstwo i będzie przeczołgiwać ministrę Nowacką w swoich przekazach co najmniej do gwiazdki.
Premier Tusk — potrzebne nowe otwarcie?
Ale jest też dobra wiadomość dla rządu — badania CBOS z początku września pokazują, że liczba jego zadeklarowanych przeciwników przestaje rosnąć. Jednak jeśli koalicja chce myśleć o utrzymaniu władzy, to nie może ograniczać się do hamowania spadku poparcia. Musi zacząć ponownie mobilizować rozczarowanych wyborców. A to się nie uda tak długo, jak długo nie przedstawi wizji: po co nam dwa lata u władzy przed wyborami w 2027 r. i ewentualna następna kadencja?
Jeśli rząd nie przedstawi odpowiedzi na te pytania, to wrócą pytania o jego przywództwo. W sondażu IBRiS dla Onetu z początku października premiera pozytywnie ocenia niecałe 40 proc., negatywnie ponad 53 proc. Premier nie przekonuje więc nawet części elektoratu koalicji 15 października. I jeśli nie znajdzie sposobu, by to zmienić, to coraz częściej będą wracać głosy, czy aby nie jest potrzebne radykalnie nowe otwarcie w postaci zmiany premiera jeszcze przed wyborami.