Jestem w Nepalu od tygodnia. Widziałem zniszczenia w skali, z którą każdy z nas, pracujących tu dziennikarzy – musiał oswajać się po raz pierwszy.
Kiedy w trzęsieniu ziemi zawali się budynek – dotarcie do zasypanych zajmuje godziny, może dni. Tygodnie – uprzątnięcie ciężkim sprzętem terenu. Ile czasu zajmie uprzątnięcie – jak szacuje ONZ – ponad 2,2 mln ton gruzu, skał i mułu z kilkudziesięciokilometrowego odcinka? Czy w ogóle ma sens?
Nepal. Powódź katastrofą narodową
Tydzień po kataklizmie służby poszukiwawcze odkopują supermarkety pełne ciał klientów. Nepalczycy, z którymi codziennie rozmawiam mówią, że to katastrofa narodowa. Bardziej niż trzęsienie sprzed 11 lat może cofnąć ten kraj w rozwoju. Jak w sytuacji, kiedy nikt nie ma wątpliwości, że powódź na taką skalę może się powtórzyć – odbudowywać kraj?
Nepal, który miał być „baterią Azji”, stracił 11 elektrowni wodnych. W kraju, gdzie trzęsienia ziemi nie należą do rzadkości, a powodzie na mniejszą skalę zdarzają się co roku – pośród kilkudziesięciu osób, z którymi rozmawiałem, żadna nie miała tzw. plecaka ewakuacyjnego. W nim są najpotrzebniejsze przedmioty, woda, baterie, środki medyczne, które w przypadku kataklizmu zwiększają szanse przeżycia.
Nie mogłem uwierzyć. Nepalczycy wciąż chcą mieszkać przy rzece
W krajach, gdzie instytucje państwa nie działają sprawnie, najwięcej roboty mają bogowie. Wielu uznaje, że nie należy im nawet pomagać. To, że starsi ludzie nie rozumieją potrzeby przygotowań na wypadek katastrof – mogę zrozumieć. Takich przygotowań nie robi jednak nawet pokolenie Z, które w ubiegłym roku potrafiło zrobić w Nepalu rewolucję. Spakować plecaka ewakuacyjnego już nie umie.
Z Nepalczyków bardzo powoli schodzi pierwszy szok po kataklizmie, który przetoczył się przez jedną z dolin. Mnie w szok wprowadzają rozmowy w Bidur, gdzie część mieszkańców… chce odbudowywać się na brzegu rzeki. Tam teraz jest kilkunastometrowa warstwa mułu, a w ruinach budynków na pewno ciała, których jeszcze długo nie będzie można odkopać. O ile w ogóle się to uda.
Nie osądzaj ich – mówi mi znajomy Nepalczyk. To kwestia kulturowa. Taki dom przy rzece to była bardzo dobra, „nobilitująca” lokalizacja. Może dojrzeją do tego, że to nienajlepszy pomysł.
Powódź błyskawiczna w Nepalu, w której fala, ściana wody i skał sięgała kilkudziesięciu metrów – niszczyła na swojej drodze wszystko. Nawet na zboczach, gdzie dotychczas nikt nie mógłby sobie wyobrazić, że poziom wody może być tak wysoki. Pisałem w Interii o tym, że ludzie, nie spodziewając się takiej skali zniszczeń, z falą powodziową robili sobie selfie. Nie oceniam tego. Takiej katastrofy Nepal jeszcze nie widział.
Makabryczna atrakcja turystyczna
Publiczne palenie ciał w Katmandu odbywa się w hinduistycznej Świątyni Pashupatinath. Ceremonie te mają miejsce na specjalnych betonowych i kamiennych platformach, nazywanych ghatami, które są usytuowane wzdłuż brzegów świętej rzeki Bagmati. Dla wyznawców hinduizmu to kluczowa część cyklu życia i śmieci. Wierzą, że spalanie ciała gwarantuje odrodzenie.
W Nepalu to także „atrakcja turystyczna„. Sacrum śmierci sprowadzone do pozycji na liście „zobaczyć”. W hotelu w Katmandu, w którym mieszkam, lokalne biuro podróży organizuje wycieczki do świątyni na ceremonie palenia ciał. Niby to część lokalnej kultury. Podróżując tyle lat po świecie, wiem, że to co w mojej kulturze jest nie do przyjęcia – gdzie indziej może mieć inny wymiar.
Na stosie lądują także ciała w białych workach. Jeśli ciał nie ma – trafiają tam ubrania i horoskopy.
Karta życia
W miejscowości Trishuli, gdzie po kilkudniowych ulewach woda piętrząca się w rzece to wciąż namacalny symbol kataklizmu, na brzegu leżą w rządku odświętne sari. Kiedy przed szpitalem uniwersyteckim w Katmandu rozmawiam z wieloma rodzinami, które straciły już nadzieję na odnalezienie żywych – przewija się jedno zdanie: oddajcie mi tylko ciało. Nie odważę się zapytać, czy widzą, że w tej skali katastrofy to może być niemożliwe.
Pożegnanie ciała zmarłego – w każdej kulturze ważne – tu, mam wrażenie, ma znaczenie szczególne. Jeśli nie ma ciała – cykl jego życia trzeba zamknąć symbolicznie. W Trishuli synowie, mężowie i bracia kobiet, które w ubiegłą środę poszły na pola ryżowe, nie mają nadziei na odnalezienie najbliższych. Żegnają matki, żony, siostry specjalną ceremonią. Żywioł, który zabrał ciała, teraz zabierze doczesne ślady ich życia – odświętne ubrania.
Właściciel jednej z restauracji w Katmandu, który pochodzi z grupy etnicznej Newarów, w minionym tygodniu – nie z powodu powodzi – stracił członka rodziny. Powiedział mi, że cykl życia i śmierci bez ciała można tu zamknąć w jeszcze jeden sposób. Paląc specjalny „horoskop”, który powstaje przy narodzinach dziecka i człowiekowi towarzyszy aż do śmierci. To sacrum porównywalne do ciała. Kartę życia otacza się szczególnym szacunkiem, chroni przed wzrokiem innych.
Cud pierwszy: szkoła średnia w Trishuli
W ubiegłym tygodniu najskuteczniejszym systemem ostrzegania przed kataklizmem okazała się pomoc sąsiedzka i serce matki. To pomogło dyrektorowi szkoły średniej w Trishuli Rajendrze Dawadiemu podjąć instynktowną decyzję. Uratował od śmierci siebie, 60 nauczycieli i 900 uczniów.
– Jeden z rodziców, matka, przyjechała motocyklem i powiedziała, że chce zabrać dzieci, bo idzie powódź. Pomyślałem, że jeśli informacja jest błędna – stracimy dzień nauki. Jeśli jest prawdziwa – wszyscy stracimy życie – mówił agencji Reutera Dawadi, który w szkole w Trishuli sam zdobywał wykształcenie, które teraz przekazuje innym.
Dyrektor Dawadi, niczym kapitan na statku ostatni wychodził ze szkoły, kiedy sale lekcyjne napełniały się wodą. Dzięki jego decyzji liczba zaginionych i ofiar śmiertelnych w Nepalu jest o 1000 osób mniejsza. Szkoła w Trishuli znajduje się obecnie głęboko w korycie rzeki.
Cud drugi w „zielonym domu”
Atrakcją turystyczną nieoczekiwanie stał się zielony dom w Dhunghe Bazaar. Jak podaje „The New York Times”, należy do państwa Pyakurel. Na nagraniach z ubiegłotygodniowej katastrofy widać, jak pośród wzburzonych fal powodzi z balkonu trzeciego pietra budynku członkowie rodziny Pyakurel patrzą na kataklizm. Wzburzona woda sięgała dachu, ale budynek stoi po dziś dzień.
Kiedy tydzień temu woda zaczęła opadać, sąsiedzi pomogli ocalonym wydostać się z dachu w bezpieczne miejsce.
67-letni Chhatra Bahadur Pyakurel powiedział „NYT”, że przed nadejściem powodzi zdążył jeszcze odwieźć wnuka na przystanek autobusu szkolnego. Kiedy wrócił do domu, woda zaczęła wzbierać. Nie mogli nic zrobić. Przez godzinę obserwowali jedynie, jak wokół nich woda unosi wszystkie inne budynki. Co kilkanaście minut przenosili się na coraz to wyższe kondygnacje – aż po dach. Wnuk pana Pyakurel także przeżył powódź.
Zdjęcia ciał jak modlitwa
W Nepalu i Tybecie w wielu miejscach można spotkać rozpostarte na sznurkach różnokolorowe flagi modlitewne, nazywane po tybetańsku darchog lub lung ta (co oznacza „Koń Wiatru”). Mijając po raz kolejny kostnicę w Katmandu, widzę, że zdjęć ciał ofiar nie chroni już przed upadkiem taśma klejąca. Ktoś umieścił je tak, żeby makabryczne obrazy śmierci oddalić od sfery profanum. Przypięte do sznurków powiewają na wietrze jak modlitewne flagi.
Dla Interii z Katmandu Tomasz Sajewicz, Polskie Radio














