Nie leci. Sączy się z kranu. Wziąć kąpiel ciężko, umyć naczynia nie sposób. To codzienność w kilku podwarszawskich miejscowościach, za którą stoi splot wielu problemów. Ale to także sygnał ostrzegawczy. Bo jeśli nie zaczniemy skutecznie zatrzymywać wody, będzie to problem, który wkrótce może dotknąć setki tysięcy osób w Polsce.
— No gdzie tam? — odpowiada pytaniem fryzjerka w niewielkim centrum handlowym w Józefosławiu. Odkręca kran myjki, woda leci wartkim strumieniem. — Sadzam tu przecież każdego klienta, to moja codzienność. Nigdy nie zauważyłam, żeby wody brakło albo żeby ciśnienie było za niskie, żeby umyć głowę — dodaje.
W łazience dla klientów też nie ma problemu — a jest już 20.00. Według mrożących krew w żyłach artykułów, powielanych przez kolejne media, to właśnie godzina, w której zaczyna się tragedia. Z tych relacji wynika, że ludzie wracają z pracy, odkręcają krany i — wbrew nadziejom — pozostają niewykąpani, bo woda nie leci. Tyle że tutaj leci.
— I u mnie leci. Zdarza się ciut niższe ciśnienie, ale to w granicach tolerancji. Nie jest tak, że nie da się umyć. Na forach czytałem i wiem, o co pan pyta, ale ja nie odczuwam — deklaruje sprzedawca na stoisku z akcesoriami do telefonów komórkowych. Już mam się poddać zakładając, że permanentny kryzys kranowy w gminach na północ od Piaseczna pod Warszawą to kaczka dziennikarska. Ale wtedy pojawia się wyjaśnienie: sprzedawca komórek przyznaje, że mieszka na nowym osiedlu jednopiętrowych bloków. — Oni tam mają własną kotłownię i hydrofornię. To im pilnuje ciśnienia. A ja mieszkam w jednym z kilku starszych, wyższych bloków. U mnie na 8. piętrze woda znika — włącza się mężczyzna po pięćdziesiątce.
Wysokie budynki to administracyjnie już nie Józefosław, tylko Piaseczno, ale podłączone są do tego samego systemu wodociągowego. — To nie jest codziennie. Nie ma reguły, że na przykład tylko w czasie upałów. Po prostu raz na jakiś czas się zdarza, że odkręcę kran i tylko powietrze zassie, nic nie leci, słyszę wtedy taki szum pustej rury — relacjonuje mieszkaniec.
Podlewają
Na mapie ograniczeń zużycia wody, opracowanej przez dr. Sebastiana Szklarka, ekohydrologa z Europejskiego Regionalnego Centrum Ekohydrologii PAN w Łodzi i autora bloga „Świat Wody”, już teraz widać 55 miejscowości objętych apelami o oszczędzanie lub zakazami używania wody. A to dopiero początek sezonu.
Skala problemu rośnie z roku na rok: w ubiegłym było to 128 miejscowości, w 2023 — 204, w 2022 — aż 366. Dla porównania, w pierwszych latach prowadzenia mapy, od 2015 roku, mówiliśmy o zaledwie kilkudziesięciu gminach.
„Podczas sesji w dniu 13 maja 2026 r. Rada Miejska w Piasecznie podjęła uchwałę w sprawie apelu o ograniczenie podlewania ogródków przydomowych, działkowych, tuneli foliowych, trawników, terenów zielonych, napełniania basenów i oczek wodnych, mycia samochodów na posesjach z wodociągu gminnego” — informuje oficjalna strona urzędu. Dalej czytamy, że apel wiąże się ze zwiększonym zużyciem wody na cele niebytowe powodującym problem z utrzymaniem stabilnego ciśnienia w sieci wodociągowej.
W sąsiadującej z Piasecznem Kamionką zaczepiona przed sklepem spożywczym czterdziestoletnia Agnieszka łapie się za głowę. — Mieszkamy tu w domu z mężem od 12 lat. Teraz faktycznie jest tragedia, ale to nic nowego. To się pojawia od 5 lat. Do tej pory było głównie latem, wiadomo: ludzie baseny napełniają, trawniki podlewają, na całą noc włączają zraszacze. Ale w tym roku zaczęło się wyjątkowo wcześnie, jakoś z początkiem kwietnia — relacjonuje.
Mówi, że na majówkę wody w kranie nie było w ogóle. — Ja to mam taką pracę, że o 5:00 jestem na nogach, to się jakoś wykąpię normalnie. Ale dziecku puszczam wodę wieczorem, to leci powolutku i mam wrzątek w wannie. Bo ciśnienie słabe, przez piecyk przepływa tak wolno, że się do ukropu zdąży podgrzać. Albo ciśnienie takie małe, że przez piecyk co prawda woda przechodzi, ale go nawet nie uruchomi. Wtedy leci zimna. A płaci się za wodę, o ile pamiętam, 7 zł za metr sześcienny — narzeka kobieta.
Pięćdziesięciokilkuletnia Maria mieszka w Józefosławiu od 19 lat, więc „ma pogląd”. — To nie jest kwestia suszy. To się wyraźnie zmieniło jakieś dwa lata temu. Wcześniej takie rzeczy też się zdarzały, ale nie aż tak. Miałam słuchawkę z oszczędzaniem wody i się normalnie kąpałam. Pół roku temu musiałam kupić nową, taką zwyczajną i dopiero z nią znowu zaczęło w miarę lecieć. A niedawno było tak, że i z tą słuchawką się nie wykąpałam, bo ciśnienie było takie słabe, że do piecyka gazowego woda nie dochodziła i nie byłam w stanie jej zagrzać. Może to od tego, że coraz więcej ludzi tu mieszka — zastanawia się.
Coś się z tą wodą nie klei
— Systemy były budowane na zupełnie inne zapotrzebowanie na wodę, nie przewidując, że w danej gminie, miasteczku będzie znacznie więcej mieszkańców, niż miało być. Sieci wodociągowe są u nas stare, budowane dawno, dawno temu. Co więcej, są bardzo awaryjne. Mają dużo wycieków, strat wody — prof. Paweł Rowiński, hydrolog, dyrektor Instytutu Geofizyki PAN mówi w Tok FM o powszechnym w Polsce problemie z instalacjami.
W 1990 roku Józefosław miał 600 mieszkańców, w 2025 liczba ta przekroczyła 15 tysięcy.
Dr Jarosław Suchożebrski z Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego także widzi problem w infrastrukturze. — W okolicach Warszawy przyrasta liczba osób korzystających z ujęć, które nie były modernizowane przez wiele lat. Często to stosunkowo płytkie ujęcia, a to ich dotyczą problemy z niżówką hydrologiczną — mówi.
Prezes Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Piasecznie Paweł Wojciechowski w wystąpieniu przed radą twierdził, że wydajność instalacji wodociągowych w gminie pozwala na zaspokojenie potrzeb socjalno-bytowych mieszkańców, a nawet znacząco je przekracza, bo „przy normatywnym zużyciu na poziomie 120 litrów na osobę dziennie produkcja wody pozwala zaspokoić potrzeby 140 tys. osób, jednak intensywne podlewanie, występujące w tym samym czasie, w połączeniu z dużym rozbiorem wody na potrzeby bytowe, może powodować spadki ciśnienia w sieci”. Ale kilka dni wcześniej gmina informowała, że problemem jest ograniczona wydajności jednej ze stacji uzdatniania wody, a kłopoty powinny zniknąć w 2028 roku, gdy powstanie nowa stacja i zakończą się prace modernizacyjne w kolejnej.
Na forach lokalnych można przeczytać, że winne są uwarunkowania historyczne — Józefosław miał mieć niezależnego dostawcę wody z własnymi ujęciami i stacją uzdatniania, który zwinął infrastrukturę po zakończeniu działalności, a intensywnie działający tu deweloperzy nie dbali o jakość i przepustowość przyłączeń, więc wiele osiedli ma zbyt wąskie rury, by doprowadzić odpowiednią ilość wody pod pożądanym ciśnieniem.
Jednak sucho
Suchożerbski jest jednak daleki od obwiniania wyłącznie niewydolnych systemów. Przyznaje, że tegoroczna ilość opadów była poniżej normy, więc problem można łączyć także z suszą. A w naszym kraju nie ma zwyczaju „łapania” wody spadającej z nieba. — Retencja to jest zawsze dobry pomysł, zwłaszcza jeśli pojawiają się nam gwałtowne opady deszczu, to warto tę wodę zatrzymać, żeby wykorzystać je właśnie w okresie suchym — mówi naukowiec. Apeluje też, by słuchać apeli o ograniczanie zużycia wody, bo alternatywą są jedynie okresowe zakazy podlewania ogródka, napełniania basenów, czy zamykanie myjni samochodowych.
Według ONZ dostępność wody powierzchniowej powinna wynosić 1600 metrów sześciennych rocznie na mieszkańca. W Polsce ten parametr najczęściej nie jest spełniany, zwłaszcza w suchych latach. Wody powierzchniowej mamy mało, ale — jak zapewnia prof. Paweł Rowiński — sytuacja naszego kraju nie jest taka, jak w Egipcie, choć to porównanie często pojawia się publicznie. — Mamy duże zasoby wód podziemnych, które zapewniają nam pewne bezpieczeństwo. Mamy też wodę zatrzymaną w krajobrazie, na przykład w jeziorach — stwierdza naukowiec.
W ubiegłym wieku susza zdarzała się w naszym kraju średnio raz na 5 lat. W ostatnim czasie pojawia się corocznie, choć ilość opadów jest zbliżona. Problemem jest ich rozłożenie w ciągu roku. Są bardzo długie okresy, kiedy nie pada w ogóle, a potem pojawiają się nawalne deszcze i burze powodujące podtopienia, ale woda nie zatrzymuje się w wysuszonej glebie, tylko spływa rzekami do morza.
— Wie pan, jaki tu mamy paradoks? Tu są tereny podmokłe, w garażach mamy wilgoć. A z kranów woda nie leci — mówi Maria.

