Grzegorz Braun świetnie wie, jak wykorzystać tradycje polskiej anarchii. Nie przypadkiem jego literacka polszczyzna tak się podoba niektórym. On nie mówi jak polityk XXI w., tylko jak wysłannik dawnej „wielkiej Polski”. Jeśli jest czyimś agentem, to I Rzeczypospolitej.
Zaglądając w stare mapy polskich wojen politycznych, Brauna można byłoby zaliczyć do sezonowych happenerów, jak Palikot czy Kukiz. Ewentualnie do trochę poważniejszych przeciwników całego systemu, jak Lepper czy Hołownia (tak, tak, obiecywał obalenie duopolu). Ci są w stanie przetrwać sezon, ale później lądują na marginesie, rozjechani przez duopol. A może to ruski agent? Poglądy ma zbieżne, walczy z UE, atakuje Ukraińców, do swoich szeregów zaprosił Mateusza Piskorskiego z partii Zmiana, który parę lat spędził w areszcie z zarzutami o szpiegowanie na rzecz Kremla.
Dlaczego jest poważniejszym przeciwnikiem i żadnym marginesem być nie musi? Nie chodzi o to, że w sondażach sięga 10 proc. Chodzi o to, że bez niego duopol przestaje być duopolem. Prawica nie utworzy rządu, nawet jeśli razem będzie mieć ponad 50 proc., bez Korony Brauna. A o żadnym kordonie sanitarnym nie ma mowy, bo Jarosław Kaczyński udowodnił wielokrotnie, że dla władzy pójdzie z każdym. Prawicy grozi rozczłonkowanie na minimum cztery partie (a jeszcze rozpala się konflikt między Bosakiem i Mentzenem w Konfederacji oraz Morawieckim i Kaczyńskim w PiS), a wtedy zasada D’Hondta sama przyzna władzę drugiej stronie.
Kaczyńskiego i Nawrockiego przyspawanie do administracji Trumpa spowoduje sprzeciw Amerykanów, którzy otwartego antysemity i niedawnego gościa ambasady Iranu nie zaakceptują. Ponadto Mateusz Morawiecki, bliski wyjścia z PiS (albo wojny na wyniszczenie z Kaczyńskim), zarzeka się, że z Braunem na pewno nie pójdzie. Braun cofa więc prawicę o ćwierćwiecze do czasów rozdrobnienia dzielnicowego.
Ale chce ją cofnąć jeszcze bardziej. W istocie jest czymś bardziej swojskim: zemstą zza grobu świata ziemiańskiego, endeckiego i antysemickiego. Patchwork poglądów Brauna — prorosyjskich, antyzachodnich, fanatycznie katolickich, antyniemieckich i przede wszystkim antysemickich — to kolekcja wszystkich fobii polskiej Połaniecczyzny, okopów Świętej Trójcy i Targowicy. W jednej kieszeni szkaplerz, w drugiej pałka (albo gaśnica) na Żydów, w trzeciej lęk przed „germanizacją”, w czwartej zachwyt nad „realizmem” i słowiańskością Moskwy.
Największym nieszczęściem dla tej tradycji było to, że Polska po 1989 r. wreszcie rozwiązała swój zasadniczy problem cywilizacyjny: przestała mieć wroga na Zachodzie. Niemcy nie są już zaborcą, Unia nie jest okupacją, NATO nie jest rozbiorem, a Bruksela nie jest caratem. Po zachodniej stronie mamy największy w dziejach Polski system bezpieczeństwa, pieniędzy, prawa i modernizacji. Wróg został tam, gdzie był: na Wschodzie. I właśnie tego Braun nie może znieść. Bo jeżeli nie ma wroga na Zachodzie, to cały stary fortepian polskich fobii nagle się rozstraja.
Dlatego trzeba tego wroga dorysować. Berlin znów musi być Berlinem z podręcznika dla endeka, Bruksela masonerią, Ukraina niewdzięcznym pasożytem, Żyd wiecznym reżyserem historii, a liberalna Polska agenturą obcych wpływów. Wtedy wszystko wraca na miejsce. Dwór może być znowu dworem, lud może słuchać, kobiety mogą milczeć, ksiądz może objaśniać, a antysemityzm może udawać „odwagę zadawania trudnych pytań”. Stara Polska odzyskuje sens, bo nowa zostaje przedstawiona jako chwilowa pomyłka.
Braun świetnie wie, jak wykorzystać tradycje polskiej anarchii. Nie przypadkiem jego literacka polszczyzna tak się podoba niektórym. On nie mówi jak polityk XXI w., tylko jak wysłannik dawnej „wielkiej Polski”. Jeśli jest czyimś agentem, to I Rzeczypospolitej. Jego wyborcy niekoniecznie tęsknią za ziemiaństwem. Ale czują w tej pozie coś, co zabrała im Polska nowoczesna i zachodnia: rangę, rytuał, powagę, wielkopańskość. Braun im mówi, że ich gniew nie jest frustracją, lecz tradycją. Że ich kompleks jest patriotyzmem. Że ich antysemityzm to liberum veto. A ich walka z nowoczesnością jest obroną cywilizacji, męskości, mocarstwowości.
Braun nie jest więc sezonowym happeningiem. Jest zemstą za to, że Żyd nie musi już znać swojego miejsca, chłop został obywatelem, kobieta wyborczynią, Niemiec przyjacielem, a Polska Zachodem. On tej Polski nie znosi, bo ona unieważnia całe jego imaginarium wyniesione z endeckiego i ziemiańskiego domu.
Na szczęście świat Brauna naprawdę umarł. Na nieszczęście w Polsce rzeczy martwe bywają politycznie bardziej aktywne niż żywe. Jak mawiał Giedroyc: polską polityką rządzą trumny. Braun wstał z jednej z nich.