Niemieccy przełożeni bardzo ją cenili. Ich zaufanie było o tyle ważne, że ułatwiało wynoszenie informacji potrzebnych Armii Krajowej, do której Modrzewska należała od 1941 roku.

Publikujemy fragment książki „Lekarza prowincjonalni” Marcina Stasiaka. Książkę można kupić tutaj. Premiera 26 sierpnia.

Krystyna urodziła się w 1919 roku w Warszawie w zasymilowanej żydowskiej rodzinie Mandelbaumów. Pierwsze lata życia spędziła z matką i bratem w stolicy. Ojca widywała wtedy rzadko, głównie w wakacje. Henryk (Hersz) Mandelbaum był lekarzem, pracował w Lublinie. Znany w mieście ze swojej aktywności politycznej i społecznej, w latach 1935–1939 objął posadę dyrektora Szpitala Żydowskiego.

Gdy Krystyna miała dziesięć lat, matka podjęła decyzję o opuszczeniu stolicy i dołączeniu do męża. Starszy o osiem lat brat został w Warszawie, potem wyjechał do Berlina na studia. Tam związał się z Komunistyczną Partią Niemiec. Przyjeżdżał do domu rzadko, rodzina właściwie straciła z nim kontakt. Tymczasem Krystyna po przeprowadzce zaczęła odkrywać Polskę poza stołeczną metropolią. Nie zapałała do niej miłością, a nowe miejsce zamieszkania nie zrobiło na niej najlepszego wrażenia.

Gdy się do niego przeniosła, Lublin liczył sto szesnaście tysięcy mieszkańców i jak na warunki przedwojennej Polski nie był małym ośrodkiem — plasował się na ósmym miejscu na liście najliczniej zaludnionych miast. A zarazem znacznie ustępował największym metropoliom: był dwa razy mniejszy od Lwowa i ponad pięciokrotnie od Łodzi. Kontrast z milionową Warszawą, w której Krystyna spędziła wczesne dzieciństwo, musiał wydawać się spory. W wywiadzie z 1999 roku tak opisywała rozpoznawane oczami dziecka różnice: „Lublin to była prowincjonalna mieścina, nieomal dziura. Jak sprowadziliśmy się, to na Krakowskim Przedmieściu można się było przespać, taki był ruch. Pamiętam, jak się zjawiła pierwsza taksówka pana Jana Ciszewskiego — Chevrolet — ponieważ on jeździł z ojcem na zamiejscowe wizyty”.

Ocena wypowiedziana po latach była ostra, nawet brutalna. Na pewno też została retorycznie wzmocniona, a wpływ na to miały późniejsze przykre doświadczenia związane z miastem. Jeśli chodzi o fakty, Modrzewska się myliła. Jak pokazują oficjalne statystyki, już w 1926 roku taksówek w Lublinie było czterdzieści osiem. Ale to ma drugorzędne znaczenie. Bo przecież jej wypowiedź, nawet jeśli nie jest zgodna z oficjalnymi liczbami, pozostaje prawdziwa. Autentyczny jest przede wszystkim opisywany przez nią emocjonalny dystans. I bynajmniej nie chodzi o to, że wciśnięty między dwie wojny Lublin był z perspektywy końca XX wieku odległym widmem.

W jej opowieści miasto przecież skrzyło się barwami, wypełniały je zapachy oraz dźwięki. Wspominając Lublin, Modrzewska korzystała z niezbywalnego przywileju tych wszystkich przechowujących w pamięci miniony świat: chwile i miejsca, które dla ich potomków stawały się już czarno-białe, a przy tym spłaszczone na powierzchniach obrazów. W wypowiedzi Modrzewskiej istotniejszy staje się inny rodzaj oddalenia czy wyobcowania. Chevrolet Jana Ciszewskiego mógł nie być jedyną taksówką w Lublinie, ale w jej relacji funkcjonował jako metonimia różnicy między stołecznością a prowincjonalnością. Te same statystyki, które zdają się przeczyć detalom, potwierdzają ogólną ocenę Krystyny. Lublin, do którego przyjeżdża Franciszka Mandelbaum z córką, dopiero wkracza w epokę elektryczności. Podczas gdy w stolicy pod koniec lat dwudziestych oświetlenie elektryczne ulic stawało się powoli normalnością (w 1926 roku zainstalowano w mieście już ponad dwa tysiące sześćset lamp elektrycznych, a dwa lata później — prawie cztery tysiące, w Lublinie mieszkańcy oswajali się z nim jako z cywilizacyjną nowinką. Reprezentacyjne arterie zyskały elektryczne oświetlenie dzięki uruchomieniu elektrowni miejskiej w listopadzie 1928 roku i zamontowaniu pierwszych dwustu czterech lamp.

Dostęp do bieżącej wody dla większości mieszkańców miasta również stanowił perspektywę przyszłości. Podłączenie do miejskiej sieci wodociągowej miało 23 procent budynków, podczas gdy w Warszawie — 63 procent. Inaczej też wyglądał dostęp do kultury. Pięć lubelskich kin nie mogło się równać z niemal sześćdziesięcioma w Warszawie (te pierwsze odwiedziło w 1928 roku siedemset pięćdziesiąt tysięcy osób, w stolicy liczba widzów wynosiła przeszło dwanaście milionów). Różnica skali była z całą pewnością odczuwalna. To było pierwsze i nie ostatnie subiektywne doświadczenie prowincjonalności w życiu Krystyny Modrzewskiej. Wiele lat później, już jako dorosła kobieta, pozna prowincję w jeszcze głębszym wydaniu.

Wówczas centrum i punkt odniesienia będzie dla niej stanowił właśnie Lublin. Zanim jednak to się stało, zanim wyznaczyła kolejny dystans — tym razem między miastem a miasteczkiem — przyszedł kataklizm. Jeszcze jako Krystyna Mandelbaum zdążyła wyjechać na studia antropologiczne do Bolonii w 1937 roku. Jak przyznawała w późniejszym wywiadzie, decyzja wynikała przynajmniej po części z antysemickich nastrojów na polskich uniwersytetach. Chociaż ona sama wcześniej nie spotkała się z przejawami wrogości, rodzice zdawali sobie sprawę z gęstniejącej w latach trzydziestych atmosfery: – Ja się przez te sześć lat w szkole nie spotkałam ani razu [z antysemityzmem]. Mówiło się, słyszało się, wiadomo było, że tam gdzieś na jakimś sklepie była kartka „Nie kupuj u Żyda”. Wiadomo było, że na uniwersytecie jest numerus clausus, żeby tylu Żydów nie studiowało, że byli pobici czasem, że mieli gdzieś na stojąco słuchać wykładu. No, to się ocierało o uszy. Antysemityzm był znacznie mniejszy na wsi i w małych miasteczkach, gdzie ludzie spokojnie żyli ze sobą. A tam, gdzie zaczęły się już te „ulice wasze, a domy nasze”, [było gorzej], ale ja osobiście tego nie odczułam. Ale wiedziałam o istnieniu tego. Dlatego rodzice chcieli, żebym ja na studia pojechała za granicę. Po prostu, żeby nie być narażoną na takie rzeczy. Na ich dokończenie musiała poczekać jednak następnych kilka lat. Wybuch wojny zastał ją w czasie wakacji spędzanych u rodziców w Lublinie.

Była już wtedy katoliczką. Konwersji dokonała w Bolonii, z wyboru i przekonania. Z konieczności natomiast zmieniła nazwisko. Do dawnego już nie wróciła. W 1939 roku Krystyna Mandelbaum stała się Krystyną Modrzewską. Na pewno pomogło jej to przetrwać wojnę. Ale jeszcze większe znaczenie miały jej umiejętności dostosowania się do sytuacji, śmiałość i opanowanie. Wyprowadziła się z Lublina, pracowała w urzędach gminnych w Mełgwi i Uścimowie, a potem — od 1943 roku — w starostwie powiatowym w Garwolinie. Niemieccy przełożeni bardzo ją cenili. Ich zaufanie było o tyle ważne, że ułatwiało wynoszenie informacji potrzebnych Armii Krajowej, do której Modrzewska należała od 1941 roku.

Wojnę udało się przeżyć również matce Krystyny — Franciszce. Lecz duża część rodziny nie miała tyle szczęścia. Brat zginął w niemieckim więzieniu w październiku 1939 roku. Ojciec — uczestnik kampanii wrześniowej — został internowany na Węgrzech i zmarł na raka w Budapeszcie. W Treblince zginęły mieszkające w Warszawie: babka Anna Frenkiel i szczególnie bliska Krystynie ciotka Helena Frenkiel. Zamordowana — wraz z innymi pacjentami Szpitala Żydowskiego w Lublinie — została także babka ze strony ojca. Koniec wojny otworzył w życiu Krystyny nowy rozdział. Zniknęło bezpośrednie zagrożenie życia. Zostało zastąpione — tak częstą w tym dotkniętym przez wojnę pokoleniu — potrzebą nadrobienia straconego czasu.

Modrzewska podjęła przerwane studia na świeżo utworzonym UMCS w Lublinie. Skończyła je w 1947 roku i błyskawicznie — już rok później — uzyskała stopień doktora. Potem był jeszcze przystanek w Poznaniu i roczna praca w Katedrze Antropologii Uniwersytetu Poznańskiego, kierowanej przez Jana Czekanowskiego. Jak podkreślała Modrzewska, „przed takim honorem się nie ucieka”. A później kilka lat w Białymstoku i łączenie pracy ze studiami medycznymi w nowo powołanej Akademii Lekarskiej. Wreszcie powrót do Lublina, gdzie czekała schorowana matka. I po raz kolejny UMCS. A po drodze — jak mgnienie — miasteczko. Skrupulatny, rozbudowany biogram w poświęconej jej osobnej sekcji na stronie internetowej Ośrodka „Brama Grodzka — Teatr NN” wspomina o tym okresie w jednym zdaniu.

W gruncie rzeczy nie ma się czemu dziwić. W natłoku zdarzeń składających się na bogatą biografię niespełna roczna praktyka w małym miasteczku wydaje się mało znacząca. Bo przecież po powrocie do Lublina życie Modrzewskiej nie zwolni. W 1965 roku umrze matka. W tym czasie atmosfera na uczelni wokół Modrzewskiej będzie gęstniała, wreszcie rozpocznie się w kraju antysemicka nagonka. I w efekcie przyjdzie kolejny zwrot w życiorysie: opuszczenie Lublina i w ogóle Polski, zrzeczenie się obywatelstwa (z wymuszonym uzasadnieniem: „Chęć powrotu do narodu, z którego pochodzę”). Emigracja do Szwecji w 1970 roku była kolejnym „nowym początkiem”. A przy tym dla pięćdziesięciolatki z ugruntowaną pozycją zawodową i sukcesami doświadczeniem niełatwym: znaczonym pobytem w ośrodku dla emigrantów, intensywną nauką języka zajmującą całe dnie, wreszcie pięciem się ponownie w zawodowej hierarchii i zabieganiem o uznanie w środowisku naukowym, tym razem szwedzkim.

Miasteczko zdarzyło się na innym etapie życia, stanowiło raczej interludium. Zmieniało niewiele w trajektorii biografii. Znaczenie tego epizodu polega na czym innym. Dał on impuls do napisania pierwszego opublikowanego przez Modrzewską utworu literackiego. A co jeszcze ważniejsze — dostarczył do niego konkretnej materii. Spostrzeżenia z miasteczka spisane w formie dziennika debiutująca autorka wysłała na konkurs ogłoszony przez „Służbę Zdrowia” w 1959 roku. Ten sam, na który swoją pracę zgłosił Aleksander Bałasz i co najmniej jeszcze kilku przywoływanych w książce medyków. Podobnie jak Bałasz, Modrzewska została zauważona i wyróżniona. W efekcie nakładem Czytelnika w 1962 roku ukazała się niewielkich rozmiarów książka „Rok w miasteczku”.

Na stronie tytułowej po raz kolejny w swoim życiu Modrzewska zmieniła tożsamość. Tym razem przyjęła męski pseudonim: Adam Struś. Podpisze nim też kilka kolejnych książek, w tym również opowiadającą o miasteczku powieść „Jestem kim innym”.

W pierwszych zdaniach wstępu wyjaśniła tę decyzję. Gdy zna się biografię autorki, nabiera ona dodatkowej głębi: „Nie tylko nie jestem potomkiem lekarza królów, Józefa Strusia, lecz w ogóle nie nazywam się Struś. Ponieważ jednak nazwisko, które noszę, nie jest również moim nazwiskiem rodowym, ponadto zaś nie nabrało ono przez użytkowanie go przeze mnie żadnego znaczenia i nic nikomu nie mówi, podpisuję się jakimkolwiek”. Przebija z tych słów ironia i dystans do siebie, a zarazem rezerwa wobec ludzi. Modrzewska przywdziewa narracyjny pancerz, który zresztą będzie charakterystyczny dla całości jej wspomnień. Napisała je bez czułości dla siebie, bez taryfy ulgowej dla innych ludzi. A nade wszystko: bez sympatii do miejsca, gdzie przyszło jej spędzić tytułowy rok.

Bezimienne miasteczko ze wspomnień ma swój odpowiednik w rzeczywistości. To Bełżyce, położone dwadzieścia pięć kilometrów na południowy zachód od Lublina. Modrzewska pojechała tam na przełomie wiosny i lata 1957 roku. Po części popchnęła ją do tego konieczność: nie chciała utracić prawa wykonywania zawodu lekarza. Ważniejsze jednak, jak się wydaje, były motywacje innego rodzaju. Przenosiny do miasteczka stały się dla Modrzewskiej sposobem ucieczki od ciążących jej relacji z ludźmi, od dającej coraz mniej satysfakcji pracy na uniwersytecie. Pisała o tym z właściwą sobie szczerością i brutalnością: „Nie były proste ani łatwe drogi, które przywiodły mnie do Miasteczka. Pozostawiłem za sobą kilka lat pracy asystenckiej na jednej z akademii medycznych, niespełnione nadzieje, niezaspokojone ambicje, konflikty z dalszym i bliższym otoczeniem, a przede wszystkim z sobą. Nie mam w sobie nic z dra Judyma. Przyjechałem tu po prostu jako człowiek zmęczony, zrezygnowany, samotny i pragnący samotności oraz całkowitej zmiany środowiska i trybu życia”.

Trafiła do miejsca będącego antytezą wielkomiejskości. Bełżyce, które uzyskały prawa miejskie w 1417 roku, stały się w XV stuleciu znaczącym lokalnie ośrodkiem handlu, a w XVI i pierwszej połowie XVII wieku istotnym ośrodkiem reformacji. W mieście funkcjonowały zbór i gimnazjum kalwińskie, a także szkoła ariańska. Potem było już gorzej. Dobra passa skończyła się wraz z początkiem XVIII wieku. Z perspektywy roku 1957 były to odległe dzieje. Przyćmiewały je kryzysy i katastrofy świeżej daty. W 1870 roku na mocy carskiego ukazu z roku poprzedniego Bełżyce utraciły prawa miejskie, podobnie jak 335 innych ośrodków. O ile degradacja miała charakter formalny i można ją uznać za pewien symbol, to już pożar w 1913 roku był jak najbardziej namacalny. Spłonęła większość zabudowy miasteczka.

W 1921 roku mieszkało w nim niespełna 3700 osób 23, o 800 mniej niż w 1907 roku. Wreszcie, w latach 1942 i 1943, nadciągnęła katastrofa przewyższająca pozostałe pod względem skali. Piętnaście lat przed przybyciem Modrzewskiej Bełżyce nieodwołalnie przestały być sztetlem. Miejscowość w ciągu kilkunastu miesięcy straciła połowę swoich przedwojennych mieszkańców. Getto przestało istnieć 13 października 1942 roku. Jego mieszkańcy zginęli w obozie zagłady w Sobiborze lub Treblince. Tych, którzy uniknęli transportu, przeniesiono do utworzonego w Bełżycach obozu pracy. Zostali zamordowani w wyjątkowo brutalny sposób w egzekucji 8 maja 1943 roku. W podsumowującej zeznania świadków decyzji Prokuratury Wojewódzkiej w Lublinie z 2 kwietnia 1967 roku tak opisywano te wydarzenia: W końcu 8 maja bodajże 1943 r. przybyli Niemcy, przy pomocy pozostających w ich służbie Ukraińców zlikwidowali istniejący od około roku obóz w ten sposób, że wybrawszy zdrowszych Żydów, pieszo popędzili ich do Niedrzwicy, a stamtąd koleją wywieźli do różnych obozów, a pozostałych, przeważnie chorych, starców, kobiety i dzieci, wystrzelano z karabinów maszynowych na kirkucie i tam w dołach pogrzebano. Według wskazań świadków grzebiących te trupy szacowana ilość takich ofiar wynosiła wówczas 150–600 dorosłych i dzieci. Te ostatnie zwłaszcza Ukraińcy pomordowali siekierami.

Po wojnie liczba mieszkańców systematycznie rosła. Jak pokazują statystyki, w 1960 roku było ich ponad 4700, a pięć lat później — ponad 5200. Zapewne wpływ na ten znaczący przyrost miało uczynienie miejscowości siedzibą władz powiatu w 1955 roku. Trzy lata później, w konsekwencji tej pierwszej decyzji, Bełżyce odzyskały prawa miejskie. Modrzewska przyjechała do miasteczka w tym właśnie momencie. Uzasadniając we wstępie decyzję o zanonimizowaniu nazwy miejscowości, pokusiła się o jej krótką charakterystykę w czasie, gdy tam pracowała: „Nie posiada […] znaczenia nazwa miasteczka, w którym pracuję od roku. Jest ono pod każdym względem podobne do wielu jeszcze małych, brzydkich i zaniedbanych miasteczek wschodnich województw kraju, owej dawnej Polski „B”. Duży, kwadratowy rynek porasta trawa, tratowana przez ludzi i kozy, a okalają go dość szczelnie szpetne domki, przeważnie drewniane, o koślawych balkonikach i wykrzywionych dachach. Za domkami zaplecze komórek, chlewików, szop, niezdarnych przybudówek, walących się ustępów. Grząskie błoto ciasnych podwórek”.

Modrzewska opisywała otaczającą ją rzeczywistość małego miasta, używając barw raczej ponurych i nie stroniąc od ironii. Niemniej była też wnikliwą obserwatorką i potrafiła dostrzec cechy przestrzeni, w której się znalazła. Czuła, że „miejski grunt” kilkutysięcznego miasteczka jest niestabilny. A „grząskie błoto ciasnych podwórek” stanowiło tyleż metaforę, co odbicie rzeczywistości. Miejskość Bełżyc, tak jak wielu innych podobnych miejscowości, sytuowała się gdzieś pomiędzy aspiracjami a stanem faktycznym — chybotliwa, wymagająca ciągłego potwierdzania, bez solidnego oparcia w infrastrukturze i co może istotniejsze, pozbawiona mocnych fundamentów w jego mieszkańcach.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version