— Wpływają na decyzje finansowe, choć bywają nieuświadomione. Jeśli się je nazwie, można je zmienić i zacząć kształtować swoją sytuację materialną. O tym, dlaczego tak trudno nam rozmawiać o pieniądzach i jakie schematy zachowań kierują naszym stosunkiem do nich — mówi prof. Agata Gąsiorowska, prelegentka Kongresu i Festiwalu Psychologicznego Re_Mind.

Agata Gąsiorowska: Myślę, że raczej autoschematy, a nawet autostereotypy. Ich podstawą jest uproszczone — ale nie fałszywe — myślenie o pieniądzach. Gdyby to myślenie nie było częściowo oparte na doświadczeniu, często przodków, to te schematy nie przetrwałyby i nie odzywały się w nas. Dodajmy, że odgrywają one ważną rolę, ułatwiają nam podejmowanie codziennych decyzji. Ponieważ wpływają na naszą sytuację finansową, niezwykle ważne jest, byśmy je sobie uświadomili.

— „Nie mogę oszczędzać, bo mnie na to nie stać” — to pierwszy z nich należący do szerszego schematu niedoboru. Jeśli nas dotyczy, jesteśmy przekonani, że mamy za mało pieniędzy, żeby robić różne rzeczy. Nie rozważamy więc nawet tego, czy moglibyśmy pojechać na wakacje do tropików, ale od razu uznajemy to za niemożliwe. A ponieważ to przykre, kompensujemy sobie tę stratę, wydając wszystko na elegancką torebkę. „Zamieniamy” zakup, na który nas nie stać, na taki, na który też nie mamy. Na krótką metę to działa: poprawiliśmy sobie humor nową torebką. Ponieważ jednak i tak wydaliśmy to, co mogliśmy zaoszczędzić, nasze trudności finansowe tylko się pogłębiły. Kompensowanie nie jest rozwiązaniem dla problemów wynikających ze schematu niedoboru.

— Oszczędzanie jest procesem, który wymaga silnej woli i samokontroli, a więc obciąża energetyczne i mentalne zasoby. Każdego dnia pojawia się przecież wiele pokus, aby pieniądze bez sensu wydawać. Oszczędzanie wymaga więc wysiłku, a schemat niedoboru pomaga uzasadnić lenistwo. Wygodniej zrzucić odpowiedzialność za stan konta na czynniki zewnętrzne: „To nie moja wina, że za mało zarabiam, by oszczędzać”. Tylko że w oszczędzaniu nie jest najważniejsze, ile odłożymy, ale że robimy to systematycznie. Nie myślmy więc o oszczędzaniu w kategorii dużych kwot, ale małych — za to odkładanych regularnie. Nawet złotówka dziennie wystarczy, by pod koniec roku było tych złotówek 354 i nie zabrakło nam na święta. Jeśli nie używamy gotówki, warto zlecić w banku, aby od każdej transakcji niewielka suma była odciągana na inne konto.

— Niemożność oszczędzania łatwo przekroczyć, gdy ktoś nam pokaże, jak zacząć od minimalnych sum, co będzie wymagało od nas minimalnego wysiłku, a mimo to pozwoli odłożyć miłą sumkę. Takie doświadczenie daje motywację do tego, aby pracować dalej nad wyrobieniem nawyku oszczędzania. Bo oszczędzanie jest właśnie nawykiem, który można w sobie wyrobić, a dzięki temu po jakimś czasie przestanie ono być dla nas męczące.

— Kolejny i równie niepokojący to: „o pieniądzach się nie rozmawia”. Tymczasem właśnie jasne mówienie o finansach jest kluczowe w uwolnieniu się od schematów i świadomym stosunku do pieniędzy. Na szczęście dla nas pod koniec ubiegłego roku weszła w życie dyrektywa unijna, która nakazuje jawność płac. Pracodawcy muszą także podawać widełki wynagrodzenia, które pozwalają każdemu pracownikowi ustalić, ile powinien zarabiać. Możemy więc się dowiedzieć, czy jesteśmy uczciwie wynagradzani. A przecież przez lata pracodawcy wymagali ukrywania tych spraw. Jawność wynagrodzenia na pewno pomoże kobietom, które nadal zarabiają mniej niż ich koledzy. Pomoże także osobom długo zatrudnionym, które często otrzymują mniejsze pensje niż nowo przyjęte.

— Rozmowy są konieczne, bo dzięki nim można do pieniędzy podchodzić czysto matematycznie. Ile mamy, gdzie zaoszczędzić, na co nas stać, a na co nie? Możemy ustalić, jaką powinniśmy mieć poduszkę finansową na ewentualność choćby utraty pracy. Nierozmawianie o pieniądzach ma poważne konsekwencje bytowe dla rodziny, choćby takie jak brak przygotowania na nagłe czy sezonowe wydatki. Ubezpieczenie płacimy raz do roku, raz do roku są także wakacje. Jeśli nie zaplanujemy wydatków, mamy problemy. Mamy też mniej radości. Jeśli przez cały rok oszczędzamy na urlop, to staje się on czasem karnawału, kiedy niczego sobie nie musimy odmawiać. Jeśli o pieniądzach nie rozmawiamy, to i tak pojawią się one w naszych rozmowach, tylko że jako pretekst do oskarżeń: „bo ty za mało zarabiasz” albo „bo ty za dużo wydajesz”.

— Małżeństwo czy stały związek to wspólnota emocjonalna, ale też majątkowa. Jeśli za wszelką cenę chcemy oddzielać świat emocji od świata finansów, to może oznaczać, że nie potrafimy w pełni zaufać, że brak nam poczucia głębokiej więzi. Powodem bywa lęk przed bliskością, wyrażający się często w przekonaniu, że relacja to coś tymczasowego. A skoro tak, to po co angażować w nią wszystkie zasoby emocjonalne i materialne. Ale bez tego miłość nie przetrwa próby czasu. Pieniądze są więc tylko soczewką, w której widzimy dynamikę relacji łączącej dwoje ludzi.

— Jeśli ten zarzut wygłasza partner, który zdecydowanie mniej zarabia, może pod tym kryć się brak poczucia bezpieczeństwa i zaufania. Trudno jest powiedzieć wprost, nawet samemu sobie, że czujemy się gorsi i mniej warci w związku. Łatwiej powiedzieć o rozrzutności niż o braku bezpieczeństwa i zaufania do tego, z kim śpimy czy mamy dzieci. Pod schematem nierozmawiania o pieniądzach ukrywa się schemat nierozmawiania o uczuciach, o zaufaniu, o bliskości, czyli o naszej relacji.

— Partner, który coś takiego mówi, może mieć na myśli: „stać cię na więcej, możesz zmienić pracę i lepiej zarabiać”. Te słowa mogą jednak też znaczyć: „jesteś mało warta”. Pewne jest natomiast, że kiedy mówimy o pieniądzach, nie mówimy o pieniądzach! Przykład: jeśli zapytam: „ile pani zarabia?”, pomyśli pani: „Czy chodzi o pieniądze, czy o moje kompetencje? Jeśli powiem, a ona uzna, że to za dużo, pomyśli, że jestem jakąś hochsztaplerką. A jeśli uzna, że to za mało, może pomyśleć, że szkoda czasu na rozmowy ze mną”. Będzie pani rozważać odpowiedź, bo wszyscy wiemy, że rozmowy o pieniądzach to rozmowy o psychologicznych konotacjach, które są za nimi ukryte. Kiedy zdamy sobie z tego sprawę, możemy dostrzec nasze prawdziwe problemy i wreszcie o nich porozmawiać, a potem zacząć je rozwiązywać.

— Przekonanie, że rozmawiają o nich materialiści. Obawiamy się więc posądzenia o to, że pieniądze są dla nas najważniejsze, dlatego nie inicjujemy rozmowy na ten temat. Tymczasem to właśnie przejrzystość finansów umożliwia traktowanie pieniędzy jako środka do celu, a nie jako celu. Niestety, są nawet tacy ludzie, którzy dzieciom nie dają kieszonkowego, bo boją się, że wyrosną one na materialistów.

— Najlepiej dać słoik, żeby widziały, jak pieniążki się zbierają. Dziecko, które ma pięć lat i nie umie liczyć, może dostawać kieszonkowe w wysokości 5 zł. Tak dowie się, że może za to kupić czekoladkę albo odłożyć je do słoika, a kiedy pieniążki wypełnią jego połowę, mama dołoży i kupi mu tę zabawkę, którą ono chce.

Jeśli nie dajemy dzieciom kieszonkowego, bo uważamy, że wszystko, czego potrzebują, dajemy im sami, wychowamy je na dorosłych, którzy nie będą sobie radzili z pieniędzmi. Niestety, to częste, że zamiast uczyć dzieci gospodarowania finansami, używamy pieniędzy do manipulowania nimi. Kiedy dziecko domaga się kupienia nowej zabawki, mama nie powie: „nie kupię ci tej zabawki, bo masz już ich bardzo dużo”, ale: „nie mogę ci tego kupić, bo nie mam pieniędzy”. Kiedy jednak podchodzi do kasy, okazuje się, że ma pieniądze, bo płaci za inne zakupy. Dziecko to widzi i rośnie w przekonaniu, że pieniądze to jakaś magiczna siła, której nawet mama nie potrafi kontrolować. Wyrasta na dorosłego, który jest przekonany, że pieniądze mogą rozwiązać wszystkie problemy. Ponieważ jednak nie zależy od niego, ile ich ma, zawsze ma ich za mało i nie może rozwiązać swoich problemów.

— Tak, bo kiedy dotkliwie brakuje pieniędzy, a potem zarabiamy ich więcej, czujemy się lepiej. Łatwiej nam podejmować codzienne decyzje. Nie musimy oglądać każdej złotówki, zanim ją wydamy. Jednak nie jest tak, że im więcej pieniędzy, tym więcej szczęścia. Jest taki punkt, w którym mamy dość pieniędzy na wygodne życie i komfort posiadania oszczędności, a jednocześnie dość czasu na relacje z bliskimi i z samym sobą. Jeśli wówczas nadal będziemy zabiegać o to, aby zarabiać jeszcze więcej, nasz poziom szczęścia nie będzie już rósł wraz z dochodami. Odwrotnie, może nawet zacząć spadać, bo zarabianie zacznie pochłaniać czas i energię, które moglibyśmy wykorzystać na relacje i więzi. A jak wynika z badań, podstawą dobrostanu psychicznego są dobre relacje z bliskimi ludźmi i z samym sobą. Bez nich nawet przy dużych dochodach może dojść do załamania psychicznego.

— Osoby, które uważają, że to pieniądze dadzą im szczęście, mają niską samoocenę i zewnętrzne poczucie kontroli, czyli uważają, że światem rządzą przypadek albo inni ludzie. Zazwyczaj jest to wynik niestabilnej samooceny, braku poczucia bezpieczeństwa i właśnie — wsparcia w relacjach. Bo gdy od bliskich mamy akceptację i zrozumienie, nie szukamy poczucia szczęścia w dochodach.

Pozornie ci ludzie wyglądają, jakby byli pewni siebie. Męczy ich jednak syndrom oszusta, a więc nie są pewni tego, co potrafią i kim są, dlatego wciąż boją się, że ich niekompetencja się wyda. Kompensacji niedoborów psychologicznych szukają w pieniądzach. Spokój uzyskają jednak dopiero, gdy zadbają o swoje emocje, zbudują dobre relacje.

— Kolejny dotyczy kobiet i polega na przekonaniu: „nie znam się na pieniądzach”, co prowadzi do wniosku: „nie będę interesować się tym, co to są fundusze, nie będę inwestować, nie zadbam o oszczędzanie na czas emerytury”. Najdziwniejsze w tym schemacie jest to, że zazwyczaj to kobiety zarządzają domowym budżetem. Robią zakupy, wiedzą, gdzie i co można kupić taniej itd., a jednocześnie odcinają się od finansów. Nie jest to rozsądne, biorąc pod uwagę, że statystycznie żyją dłużej niż ich partnerzy. A więc warto, by zaplanowały, z czego będą żyć po siedemdziesiątce, osiemdziesiątce i później. Z badań, które prowadziłam z prof. Ellen Nyhus i prof. Tobiasem Otterbringiem, wynika, że stwierdzenia dotyczące pieniędzy: „nie wiem, nie znam się, nie interesuję” częściej wygłaszają kobiety w krajach równościowych pod względem płci, takich jak Szwecja, Dania, Norwegia.

— Wydaje się, że w krajach równości płac kobiety mają większą odwagę, by nie interesować się tym, czym nie chcą. Myślą też, że nie muszą, bo niezależnie od tego, gdzie pracują, zarobią tyle, że im wystarczy na godne życie także na emeryturze. Z kolei kobiety z dawnego bloku wschodniego wiedzą, że muszą same zadbać o siebie i swoje rodziny, więc robią to, co konieczne, nie zastanawiając się, czy je to interesuje, czy nie.

— Każde ekstremum jest skutkiem psychopatologii. To, o którym pani wspomina, jest typowe dla osób, które mają wysoki poziom lęku o przyszłość i za wszelką cenę próbują się zabezpieczyć. Są przekonane, że jeśli zbudują ogromny bufor finansowy, będą bezpieczne nie tylko materialnie, ale także emocjonalnie. To nieprawda. Pieniądze mogą zbudować poczucie bezpieczeństwa finansowego, ale nie zbudują bezpieczeństwa psychicznego. To może dać tylko dobra relacja ze sobą i z innymi ludźmi.

Agata Gąsiorowska — pracuje na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu, jest związana z Centrum Badań nad Zachowaniami Ekonomicznymi (www.creb.edu.pl). Jest także wiceprzewodniczącą prezydium Komitetu Psychologii PAN. Prowadzi badania nad zachowaniami ekonomicznymi i konsumenckimi, koncentrując się na postawach wobec pieniędzy, kompetencjach finansowych i mentalności rynkowej. Jest autorką artykułów naukowych, a także książek „Psychologiczne znaczenie pieniędzy” oraz „Pieniądze albo życie. Jak pieniądze wpływają na nasze zachowanie, emocje i relacje”

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version