Koalicji Obywatelskiej grozi, że przylgnie do niej łatka partii „koryciarstwa”. Walcząc z tym trendem KO działa na razie w trybie „gaszenia pożarów”. Często gasi je przy tym nieudolnie, dolewając benzyny do ognia. Tylko tak można nazwać próby zamknięcia dyskusji o zatrudnieniu żony ministra spraw wewnętrznych zarzutami „hejtu”.

W Krakowie jednym z kluczowych czynników decydujących o sukcesie referendum i odwołaniu prezydenta Aleksandra Miszalskiego było „koryciarstwo”. To przekonanie, że władze miasta traktują je jak prywatny folwark i rozdzielają dobrze płatne posady w miejskich spółkach nie według kompetencji, ale jako nagrodę za zasługi dla partii i partyjną lojalność. Czy te zarzuty miały pokrycie w rzeczywistości i czy Kraków Miszalskiego był pod tym względem gorszy niż inne wielkie miasta?

W pewnym sensie nie miało to znaczenia: zadecydowała percepcja mieszkańców. Miszalski obiecywał w kampanii nową jakość po latach rządów Jacka Majchrowskiego. Do tego liberalny, wielkomiejski elektorat — zwłaszcza ten młodszy — ma w tej kwestii większe wymagania i znacznie niższy próg tolerancji niż przeciętny polski wyborca.

Dlatego też dla KO jako partii opierającej się na takim elektoracie bardzo niebezpieczne są wszelkie informacje, sklejające tę formację z „koryciarstwem”. Przykładem mogą być ostatnie informacje „Gazety Wyborczej” o posadzie żony Marcina Kierwińskiego, szefa warszawskich struktur KO i ministra spraw wewnętrznych. Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska w podległych województwu Kolejach Mazowieckich ma rocznie zarabiać 342 tys. zł brutto. Więcej niż np. prezydent Warszawy.

Gdy informacje o ustaleniach „Gazety Wyborczej” podała dalej na portalu X jej dziennikarka Dominika Wielowieyska, poseł KO Roman Giertych nazwał to „szczuciem” i „hejtem”, „zniechęcającym uczciwych ludzi do polityki”. Przekonywał też, że Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska pracując w Kolejach Mazowieckich, wykazała się skutecznością w pozyskiwaniu „ponad miliarda złotych” europejskich funduszy.

Zarzucanie mediom informującym o takich przypadkach „szczucia” czy „hejtu” to najgorsze, co KO może zrobić w reakcji na podobne informacje. Być może mobilizuje to jej najtwardszy elektorat, ale odstrasza całą resztę. A to od tej reszty za rok będzie zależało czy KO z partnerami utrzyma, czy nie utrzyma władzy. Wyborcy mają prawo do informacji na temat tego, kogo zatrudniają państwowe i samorządowe spółki i ile wynoszą w nich zarobki. To zupełnie naturalne, że takie pytania pojawiają się, gdy warszawska radna KO i żona jej bardzo wpływowego polityka jest zatrudniona z wysoką pensją w spółce kontrolowanej przez samorząd Mazowsza. Zwłaszcza że w tym województwie KO współrządzi jako mniejszy partner koalicyjny PSL.

Czy naprawdę była ona najlepszą dostępną w danym momencie osobą do objęcia tego stanowiska? Jeśli faktycznie tak było, to Koleje Mazowieckie, władze województwa i KO spokojnie powinny to komunikować opinii publicznej. Podkreślać kompetencje Gierzyńskiej-Kierwińskiej w obszarze funduszy unijnych i jej wymierne sukcesy na stanowisku. Partyjna legitymacja albo związki rodzinne z wpływowym politykiem nie powinny uniemożliwiać kompetentnym fachowcom pracy w publicznych spółkach. Jednak politycy w każdym takim wypadku powinni mieć gotowe merytoryczne argumenty, by odpowiedzieć na ewentualne zarzuty „koryciarstwa” i nepotyzmu. A w przypadku KO powinny być to argumenty zdecydowanie lepsze niż „PiS też zatrudnia swoich”.

Tym bardziej, że to nie pierwszy taki wątpliwy przypadek w województwie mazowieckim, o którym w ostatnim czasie donosiły media. Województwem od ponad 20 lat rządzi marszałek Adam Struzik z PSL — „wielki książę” Mazowsza, dbający o swoich ludzi, w tym o koalicjantów z KO.

Jak niedawno pisała „Gazeta Wyborcza”, warszawscy radni KO znaleźli zatrudnienie w takich instytucjach podległych mazowieckiemu Urzędowi Marszałkowskiemu jak Biblioteka Główna Województwa Mazowieckiego, Agencja Rozwoju Mazowsza, Wojewódzki Urząd Pracy czy Muzeum Literatury w Warszawie.

Sytuacja w tej ostatniej instytucji była szczególnie bulwersująca. W 2024 r. konkurs na nową dyrektorkę Muzeum wygrała menadżerka kultury Agnieszka Celeda. Zarząd województwa unieważnił jednak konkurs i na pełniącą obowiązki dyrektorki powołał warszawską radną Beatę Michalec. Na początku 2025 r. Michalec wygrywa kolejny konkurs mimo sprzeciwu ekspertów ministerstwa, Jacka Dehnela i Marzanny Bogumiły Kielar. Gdy Michalec obejmowała stanowisko na siedmioletnią kadencję, otwarty list sprzeciwiający się jej powołaniu podpisało wielu pisarzy, wśród nich noblistka Olga Tokarczuk, Hanna Krall czy Jakub Żulczyk. Przeciwna jej powołaniu jest też ministra kultury Marta Cienkowska, której ministerstwo jest instytucją współprowadzącą Muzeum. Zarząd województwa obstaje jednak przy swojej decyzji, Cienkowska może tylko wycofać się ze współprowadzenia Muzeum.

Styl zarządzania Mazowszem przez marszałka Struzika nie szkodzi ani politykowi, ani ludowcom. Jak na łamach „Newsweeka” pisała niedawno Renata Kim, Struzik jest autentycznie popularny w regionie, w ostatnich wyborach do sejmiku wojewódzkiego zdobył 75 tysięcy głosów — więcej niż jakikolwiek inny kandydat do sejmiku wojewódzkiego w kraju — a za jego powołaniem na kolejną kadencję głosowało nawet kilku radnych wojewódzkich z PiS.

Jednocześnie dla KO tego typu układy z PSL mogą się okazać politycznie toksyczne. Zwłaszcza w takich sytuacjach jak ta z Muzeum Literatury, gdy partyjne układy z koalicjantem wywołują spór z opiniotwórczym środowiskiem literackim, w którym KO nie ma po prostu żadnej dobrej narracji. Podobne historie obciążają przy tym partię nie tylko w kontekście mazowieckim czy warszawskim, ale także ogólnopolskim, rachunek za lokalne układy z marszałkiem Struzikiem może przyjść na adres KO przy okazji następnych wyborów parlamentarnych, decydujących o władzy w kraju.

KO w takich kwestiach najzwyczajniej w świecie wolno mniej. Jej elektorat — młodszy, lepiej wykształcony niż ten PSL — oczekuje wysokich standardów i nie godzi się na traktowanie miejskich, regionalnych czy państwowych instytucji jako łupów do partyjnego podziału. KO za każdy taki przypadek będzie przy tym atakowana z dwóch stron. Z jednej strony przez partię Razem — która od wyborów prezydenckich ataki na „koryciarstwo” rządów Tuska uczyniła jednym ze swoich głównych tematów — i liberalno-lewicową opinię publiczną, z drugiej przez prawicową opozycję. Przy tym, o ile ataki PiS można wyśmiać, przywołując przykłady z lat 2015-23 czy rządzonych przez PiS województw, to już zarzuty Konfederacji będą znacznie bardziej przekonujące.

W kwestii „koryciarstwa” KO działa na razie w trybie „gaszenia pożarów”. Często gasi je przy tym nieudolnie, dolewając benzyny do ognia — bo tylko tak można nazwać próby zamknięcia dyskusji o zatrudnieniu żony ministra spraw wewnętrznych zarzutami „hejtu”.

Tymczasem partia potrzebuje proaktywnego podejścia. Dawno temu, najpóźniej w 2024 r., KO powinna zaproponować jasne, przejrzyste standardy zatrudniania w kontrolowanych przez siebie państwowych i samorządowych instytucjach. Tak by wyborcy od początku mieli jasność jak wobec tych standardów wygląda polityka Kolei Mazowieckich czy innych instytucji.

Oczywiście, takie standardy utrudniają zarządzanie partią, której kadry często oczekują atrakcyjnie płatnych posad jako nagrody za zaangażowanie i lojalność. Problem dla KO polega jednak na tym, że liberalny elektorat w Polsce coraz gorzej znosi takie praktyki — i strach przed powrotem PiS może nie wystarczyć, by za rok zamknął na nie oczy przy urnie.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version