Amerykańscy liberałowie i konserwatyści są tak skłóceni, że żrą się nawet o dietę. Pierwsi propagują wegetarianizm, drudzy wzywają do mięsożerności.
Wiosną 2021 r. gruchnęła wieść, że administracja Joe Bidena ograniczy spożycie hamburgerów do jednego miesięcznie na głowę każdego pełnokrwistego Amerykanina. Nie chodziło o reglamentację rynkową, tylko rzekome efekty polityki klimatycznej realizowanej przez lewacki rząd. Paniki nie siały zaś kompletne oszołomy jak osławiony propagator teorii spiskowych Alex Jones, społecznościowe trolle ani rosyjskie boty, lecz uznawana przez wielu za medium głównego nurtu telewizja Fox News. Propagandyści Ruperta Murdocha pokazali wykresy ilustrujące zależność między konsumpcją mięsa a emisją gazów cieplarnianych.
Wskazywały one, że gdyby każdy mieszkaniec USA ograniczył spożycie wołowiny i wieprzowiny do 4 funtów (1,8 kg) rocznie, przemysł spożywczy wytworzyłby w ciągu dekady o 2,4 mld ton dwutlenku węgla mniej. Tyle że wyliczenia nie pochodziły z proponowanego przez prezydenta pakietu reform, który wkrótce miał się stać prawem. Korespondent kanału John Roberts znalazł je w studium naukowców Uniwersytetu Michigan i wykorzystał do własnych celów. Później przeprosił, ale sprostowań nikt nie słucha, zwłaszcza odczytanych z kartki pod koniec programu i trwających 20 sekund, więc fałszywka poszła w świat.
Sojowy chłoptaś
„Łapy precz od mojej kuchni” — tweetowała republikańska przedstawicielka Kolorado w izbie niższej Lauren Boebert, ostrzegając przed tajnym planem „zmniejszenia produkcji mięsa o 90 proc.”. Liczbę tę wzięła z paska Fox News, któremu towarzyszyły trzy inne, równie przerażające: „Pa, pa, kotlety — mówi Biden”. „Nowe regulacje = jeden hamburger miesięcznie”. „Plan klimatyczny rządu drastycznie zuboży twoją dietę”. Były szef doradców ekonomicznych Trumpa (eksdyrektor National Economic Council) Larry Kudlow, zatrudniony przez Fox Business w charakterze komentatora, lamentował, że „wkrótce będziemy grillować z okazji 4 lipca brukselkę” i popijać „piwem roślinnym” („plant-based beer”), zatem Ameryce grozi „nowa secesja Południa”. Co to jest „piwo roślinne” i czy obecnie pijemy „zwierzęce”, nie wyjaśnił.
Popularnością cieszy się w kręgach internetowej prawicy teoria, że Bill Gates finansował hodowlę zmodyfikowanych genetycznie kleszczy, których ukąszenie wywołuje zespół alfa-gal — alergię na czerwone mięso i podroby prowadzącą do wstrząsu anafilaktycznego. Donald Trump Junior zamieścił na X dramatyczny wpis: „Musimy zdelegalizować produkcję sztucznego mięsa, by ocalić planetę”. Jego tata, który niezmiernie lubi zabierać głos na tematy naukowe, stwierdził, że „wegetarianizm rozwala całą chemię organizmu”. Słynny pogromca ideologii gender Jordan B. Peterson wystąpił w 2018 r. u najpopularniejszego podcastera świata Joe Rogana i oświadczył, że przeszedł na „dietę lwa” — je wyłącznie mięso z odrobiną soli, pije zaś wodę. Rok temu trafił do szpitala, spędził tam pięć miesięcy, obecnie przebywa w domu pod stałą opieką lekarską i nie występuje publicznie, więc nie wiemy, czy nabawił się szkorbutu, niewydolności nerek, a może raka jelita grubego.
Inny guru manosfery Andrew Tate przekonywał wielbicieli, że domniemane zalety wegetarianizmu to „rządowa propaganda”, której nie należy ulegać, bo „zrujnuje ci życie”. Przypomnijmy, że dawny mistrz świata w kick-boxingu dorobił się na internetowych pornokamerkach, zdalnie uczył fanów spekulowania kryptowalutami tudzież arkanów sutenerstwa. Latem 2022 r. przebił Trumpa i COVID-19, jeśli chodzi o liczbę wyszukiwań w Google’u. Określał się mianem „absolutnego seksisty i mizogina”, a na początku czerwca FBI aresztowało go w Miami pod zarzutem międzynarodowego handlu żywym towarem, gwałtów i oszustw podatkowych. Mimo to nauki Tate’a pozostają żywe. Na portalach typu Reddit możemy przeczytać relacje setek jego zwolenników o tym, jak wybór jadłospisu czysto mięsnego pozytywnie odmienia życie.
Ucieleśnieniem zniewieściałego wegetarianizmu stał się „sojowy chłoptaś” („soy boy”) — popularny na prawicy mem o tysiącu twarzy. Wedle teorii wielkiego resetu (nawiązującej nazwą do autentycznego projektu naprawy gospodarki opracowanego przez Światowe Forum Ekonomiczne) elity zamierzają zamknąć plebs w mieszkalnych pojemnikach, ogłupić wirtualną rzeczywistością 6G, karmić roślinnymi świństwami oraz przetworzonymi insektami, by samemu wcinać steki, pływać jachtami, korzystać z opustoszałych, sprywatyzowanych plaż, gór, łąk, lasów. Wszyscy niewolnicy bogaczy staną się wówczas takimi sojowymi chłoptasiami, pozbawionymi mięśni, bladymi, bezwolnymi, liberalnymi.
Jedzmy łój
Już teraz według ideologów neoprawicy, m.in. redaktora naczelnego „National File” Toma Papperta, oddającym się wegetarianizmowi mężczyznom wyrastają piersi, bo produkty sojowe zawierają fitoestrogeny, a stąd niedaleko do estrogenów, czyli żeńskich hormonów płciowych. Weterynarz James Stangle z Dakoty Południowej policzył, że hamburger sojowy zawiera 18 mln razy więcej substancji estrogenopodobnych niż zwykły, zatem piersi wyrosną każdemu, kto konsumuje cztery dziennie. Wkrótce się wycofał, lecz skrajni konserwatyści, hodowcy bydła i przemysł mięsny podtrzymują stereotyp. Przy czym ci pierwsi wzbogacają go o pierwiastek rasistowski — na dowód swych bajęd przywołują „brak męskości” u wcinających soję, „skarłowaciałych” Azjatów.
Choć męskość rzecz względna, sondaże dowodzą niewątpliwej korelacji między dietą a poglądami. Według Gallupa 11 proc. amerykańskich liberałów to wegetarianie, a 5 proc. weganie, podczas gdy wśród konserwatystów odsetki te sumują się do zaledwie 2 proc. Co ciekawe, rozdźwięk narasta. Jeszcze 13 lat temu niejedzenie mięsa deklarowało 3,8 proc. konserwatystów, 9,9 proc. liberałów, 4,8 proc. republikanów oraz 7,4 proc. demokratów. Dane wskazują więc, że podobnie jak wiele kwestii stanowiących dawniej przedmiot personalnych preferencji i prywatnych wyborów wegetarianizm stał się sprawą polityczną. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Wkrótce po objęciu stanowiska minister zdrowia Robert F. Kennedy Jr odwiedził w towarzystwie prezentera Fox News Seana Hannity’ego restaurację Steak ’n Shake na Florydzie. Każdy z panów spałaszował podwójnego cheeseburgera, ale głównym celem wizyty była promocja nowych frytek. Otóż sieć zrezygnowała z „niezdrowych” olejów roślinnych i smaży ziemniaki w łoju wołowym. „Ludzie są zachwyceni smakiem” — stwierdził lider ruchu Przywrócić Ameryce Zdrowie (Make America Healthy Again, MAHA). Zarekomendował także inne jadłodajnie szybkiej obsługi, które przerzuciły się na tłuszcz zwierzęcy: Popeyes, Buffalo Wild Wings, Outback.
Trudno orzec, czy bratanek JFK naprawdę wierzy, że szczepionki przeciw odrze, śwince i różyczce (MMR) wywołują autyzm, ADHD, nowotwory, choroby autoimmunologiczne, HIV nie jest przyczyną AIDS, zanieczyszczenia wody pitnej powodują u dzieci homoseksualizm, transseksualizm i chęć zmiany płci, a jej fluoryzowanie prowadzi do raka kości. Może tylko tak udawał, by tłuc kasę jako prezes antyszczepionkowego Children’s Health Defense (CHD). Jednak zarówno on, jak i reszta polityków prawicy z Trumpem na czele doskonale wiedzą, że najskuteczniejszy instrument mobilizowania elektoratu to strach.
Dlatego z uporem godnym lepszej sprawy przekonują, jakoby lewactwo wpychało facetów do żeńskich konkurencji i drużyn sportowych oraz próbowało ustawowo zagwarantować nieletnim zmianę płci na życzenie bez zgody rodziców, choć to problemy skrajnie niszowe. Z informacji Krajowego Stowarzyszenia Sportów Akademickich (NCAA) wynika, że wśród 500 tys. zawodników i zawodniczek znajdziemy 10 — słownie dziesięć — transpłciowych. A jednak żadna republikańska konferencja, konwencja, wiec, spotkanie wyborcze itp. nie odbędzie się bez płomiennych deklaracji walki z transgenderyzmem. Od tego właśnie wątku prezydent USA rozpoczął nawet orędzie do narodu w sprawie ataku na Iran.
Wojna musi trwać
Analogiczny potencjał propagandowy odkryła prawica w wegetarianizmie. Czy raczej w rzekomym narzucaniu przez lewicę tego stylu życia osobom, które białko zwierzęce lubią i nie zamierzają rezygnować z życiowych uciech. Prawicowy „New York Post” pisał o „nieznośnej presji, którą odczuwają osoby jedzące mięso ze strony wegetariańskich partnerów, przyjaciół, własnych dzieci ulegających wpływom ideologii”. Po kapitulacji ofiary brutalnych nacisków wynagradzają sobie cierpienia, „konsumując przekąski z aromatem wędzonki, przyrządzając mięso, ale go nie jedząc, obwąchując stoiska wędliniarskie”. Rozwiązanie: nie randkować z pożeraczami soi. Żeby było jeszcze śmieszniej, autor tekstu Ben Cost wykorzystał sondaż opublikowany przez producenta suszonych kiełbasek Jack Link’s.
Nigdy nie doświadczyłem podobnej presji, choć wegetarianką była (i jest) moja pierwsza żona. Już w latach 80. XX w. nie używała kosmetyków testowanych na zwierzętach, nosiła skajową ramoneskę i takież glany, budząc podejrzenia, że jest bardzo ubogą punkówą, choć oba elementy garderoby kosztowały znacznie więcej niż skórzane. Chodziłem z nią do knajp dla jaroszy, m.in. znakomitego Vegetarian Paradise na nowojorskim Greenwich Village serwującego dania naśladujące wyglądem, konsystencją i smakiem wołowinę, wieprzowinę, kaczkę, owoce morza. Ona towarzyszyła mi w lokalach dla wszystkożerców i okiem nie mrugnęła, kiedy na imprezie urodzinowej przyrządziłem gościom steki. Mało tego, bardzo lubiła mięso, miło wspominała niewegetariańskie potrawy dzieciństwa, jednak odstawiła je z pobudek humanitarnych. Wyłącznie dla własnej i zwierząt satysfakcji — krucjaty przeciw mięsożercom nie prowadzi.
Owszem, część liberałów propaguje wegetarianizm, ale nie na zasadzie jedynie słusznego wyboru. Podkreślają korzyści zdrowotne, ekologiczne i etyczne, które niesie rezygnacja z mięsa, bo liberalizm — jak sama nazwa wskazuje — stawia na pierwszym miejscu wolność jednostki. W przeciwieństwie do konserwatyzmu, którego zwolennicy tę wolność ograniczają podług tradycyjnych wartości oraz reguł ustanowionych bezpośrednio przez Boga, więc niezostawiających pola do dyskusji. Pan rzekł Noemu: „wszystko, co się rusza i co żyje, jest wam przeznaczone na pokarm”. I tego się trzymajmy.
Mięso stało się kolejną kością niezgody w nieustannym, wszechogarniającym sporze między zwaśnionymi połówkami społeczeństwa, ponieważ — jak śpiewał Tomek Lipiński — „są tacy, którzy chcą, żebyśmy nienawidzili się”. Elektorat można zatem dyscyplinować dodatkową groźbą: „oni” chcą nam zabrać nie tylko broń palną, naturalną płeć, samochody na benzynę, kuchenki gazowe, lecz także steki. A potem zmusić do jedzenia insektów.
Zakres ideologicznej wojny domowej wciąż się poszerza, temperatura sporu rośnie. Dlaczego? Cytując drugiego klasyka: „ci, co ogłupiają, najlepiej zarabiają”. Polityczna propaganda to dziś pikuś wobec kłamstw influencerów i algorytmów Doliny Krzemowej, które hurtowo przekuwają nienawiść na złoto. Dla programu generującego kliknięcia każdy sposób zwiększenia ich liczby jest równie dobry i słuszny. Człowiek przestał być miarą rzeczy. Tak jak w stworzonej przez sztuczną inteligencję Matrycy jest narzędziem.

