Obiecała odbudować zaufanie do polskiej szkoły. Ale to szkoła straciła zaufanie do niej. Problem MEN nie polega na tym, że Barbara Nowacka siedzi bezczynnie, tylko na tym, że zasypuje szkołę zmianami — ostatnio nawet jej dawni zwolennicy oddychają z ulgą, gdy Karol Nawrocki wetuje kolejną ustawę.
— Baśka ma małą zdolność podbijania serc. Niby się uśmiecha, ale sympatii nie budzi — mówi anonimowo jeden z byłych ministrów rządu Tuska. Ale nie chodzi mu o to, czy szefowa resortu edukacji jest sympatyczna. Raczej o rozdźwięk między starannie budowanym wizerunkiem a kompetencjami Barbary Nowackiej i tym, jak jest odbierana.
Obietnica
„Mam nadzieję, że uda nam się pokazać najważniejsze: że szkoła jest miejscem otwartego dialogu, miejscem dla każdej i każdego, że nauczyciele są traktowani dobrze i godnie, a uczniowie idą do szkoły z radością” — mówiła 13 grudnia 2023 r. podczas pierwszego briefingu w roli ministry edukacji.
Resort objęła po Przemysławie Czarnku, który z edukacji uczynił pole partyjnej wojny światopoglądowej. Jego PiS miało na koncie brutalny konflikt z nauczycielami i zduszony strajk z 2019 r. Czarnek próbował zacieśnić polityczną kontrolę nad szkołami, forsował zideologizowany HiT, agresywnie angażował się też w ideowe wojny PiS, m.in. wokół praw kobiet i osób LGBT.
Wydawało się, że Nowackiej wystarczy po prostu, że nie jest Czarnkiem. Miała też postrajkowe środowisko nauczycieli i rodziców (skupione m.in. wokół Ja, Nauczyciel oraz Protestu z Wykrzyknikiem) gotowe pracować nad zmianami. Po Naradach Obywatelskich o Edukacji mieli już diagnozę problemów i potrzeb oraz listę gotowych propozycji.
Do tego rząd zaczął od wyczekiwanej podwyżki dla nauczycieli średnio o 30 proc. Politycznie był to start, o jakim poprzednicy Nowackiej mogli tylko marzyć.
Czerwona kartka
Dwa i pół roku później, dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego, nauczyciele z ZNP znów wyszli na ulice. „Czerwona kartka dla rządu”, „Politycy, dotrzymajcie swojej obietnicy” — transparenty przypominają sceny, od których zdążyliśmy już odwyknąć. Tym razem pretensje kierowane są do rządu, który miał nauczycielom przywrócić prestiż i poczucie, że państwo jest po ich stronie.
Pieniądze są dziś znów najgłośniejszym zarzutem wobec MEN. Ale nie jedynym.
— Już na początku kadencji Nowackiej zrozumiałam, że edukację będzie robić wyłącznie pod polityczną kalkulację — mówi Anna Schmidt-Fic, liderka Protestu z Wykrzyknikiem. — Tak, żeby zmiany dobrze wyglądały dla elektoratu, ale kosztowały jak najmniej i przynosiły jak najmniej politycznych strat.
Anna Schmidt-Fic — nauczycielka matematyki z 27-letnim stażem
Foto: Fot. Piotr Kamionka/REPORTER
Jej środowisko po strajku nauczycielskim próbowało wyrwać edukację z rytmu wyborów i kampanii. Nauczyciele i eksperci proponowali społeczną instytucję na kształt Komisji Edukacji Narodowej, która ponad partyjnymi podziałami wyznaczałaby długofalowy kierunek zmian. Przed wyborami pomysł popierali politycy przyszłej koalicji, wśród nich Nowacka. Po przejęciu władzy temat ucichł.
— MEN zabrało się za zmiany według własnego uznania. A szkoła została w tym samym trybie: tuż po wyborach jesteśmy jeszcze zmęczeni, a za chwilę już jest za późno, bo nadchodzą następne. I znów niczego nie da się zrobić — mówi Schmidt-Fic.
Rachunek
Pierwsze pęknięcie pojawiło się zresztą bardzo szybko. Donald Tusk obiecał nauczycielom 30 proc. podwyżki i nie mniej niż 1500 zł. Dostali 30 proc., co w wynagrodzeniu zasadniczym oznaczało najwyżej 1365 zł brutto. Podwyżka była znaczna, sukces realny, ale niedotrzymane 1500 zł od razu położyło się cieniem na relacjach nauczycieli z rządem.
Znacznie poważniejszy sygnał przyszedł rok później, podczas rozpędzającej się kampanii prezydenckiej 2025 r. Po interwencji premiera Nowacka wycofała się z flagowego projektu obowiązkowej edukacji zdrowotnej.
Najpierw zapowiedziała ją jako przedmiot obowiązkowy. Strategia była sprytna: kwestie seksualności znalazły się wśród innych zagadnień dotyczących zdrowia. Gdy szczegóły wywołały polityczną awanturę, a Karol Nawrocki dołączył do protestów przeciw „seksualizacji dzieci”, obóz Trzaskowskiego wymusił ustępstwo.
Edukacja zdrowotna stała się nieobowiązkowym szkolnym „michałkiem”. I wyszło na jaw, że kontrola Nowackiej nad własnym resortem kończy się tam, gdzie zaczyna się polityczna kalkulacja obozu władzy.
Potem przyszły kolejne burze. Nieudany zakaz zadań domowych, którego rodzice najpierw się domagali, a potem się go przestraszyli. Tradycyjne przepychanki o pozycje na liście lektur, przy okazji których wyszło na jaw, że czuwa nad tym urzędniczka zatrudniana wcześniej do podobnych porządków przez przeciwną stronę sceny politycznej.
Obrazili się fizycy, bo przyroda zabrała im godziny, oraz geografowie, bo tracili coś na rzecz biologów. Eksperci zatrudnieni do opracowania nowych podstaw programowych ze zdumieniem odkrywali, że ich podpisy widnieją pod materiałami modyfikowanymi przez pełnomocników MEN.
W ferworze kolejnych bitew niemal umknęło, jak sprawnie Nowacka wycięła niechciany HiT oraz zredukowała o połowę liczbę lekcji religii i przesunęła je na skraj planu lekcji — coś, co jeszcze przed tą kadencją wydawało się polityczną mrzonką.
Społeczny opór był niewielki, polityczne ryzyko małe, premier nie miał powodu hamować. I reforma przeszła.
Baza
— W działaniach ministry Nowackiej nie widzę strategii. Raczej doraźne budowanie politycznego, ale indywidualnego wizerunku — mówi Mirosław Oczkoś, ekspert ds. wizerunku i marketingu politycznego, wykładowca SGH. — Można nagrywać rolki, uśmiechać się, regularnie występować w mediach, ale PR dla resortu i dla szefa resortu zaczyna się gdzie indziej: trzeba zbudować swój przekaz. Ludzie muszą wiedzieć, co się dzieje, dlaczego właśnie to się dzieje i co z tego ma wyniknąć.
Nowacka potrafi uzasadniać poszczególne decyzje, tyle że nie złożyła z tych uzasadnień jednej odpowiedzi na pytanie, dokąd właściwie MEN wiedzie polskich uczniów.
— Człowiek jest w stanie zapamiętać dwa, trzy najważniejsze cele. Nowacka co chwilę dokłada nowy. Żaden się nie utrwala — mówi Oczkoś.
Poza wtopami.
Minister edukacji Barbara Nowacka podczas ogólnopolskiej inauguracji roku szkolnego 2026/2027
Foto: PAP/Piotr Kowala
— Jeśli nie ma wyraźnej osi działania, każde potknięcie zaczyna ważyć więcej niż kilka sukcesów. Ograniczenie prac domowych? Została awantura, że dzieci przestały się uczyć. Edukacja zdrowotna? Zostało wycofanie się MEN. Nauczyciele? Słychać głównie niezadowolenie. W ten sposób przykleiła się do ministry etykieta nieskuteczności — mówi Oczkoś.
I dorzuca obraz, który do MEN pasuje aż nazbyt dobrze.
— Nieskuteczne jest atakowanie Mount Everestu ciągle z bazy. Najpierw trzeba zdobyć pierwszy obóz, potem drugi, trzeci i dopiero iść na szczyt. Nowacka nie wyszła z bazy.
Uśmiech
W najnowszym sondażu SW Research dla „Wprost” Polacy wybierali „najgorszego ministra edukacji XXI w.”. Barbara Nowacka zajęła drugie miejsce. Wyprzedził ją tylko Przemysław Czarnek. Lepiej zapamiętano nawet Romana Giertycha, który kazał uczniom chodzić w mundurkach i wyrzucił Gombrowicza z listy lektur. Na samym dole wylądowała zaś Katarzyna Hall z pierwszego rządu Tuska, która podpadła wtedy rodzicom, posyłając sześciolatków do szkół.
Oczywiście na wynik wpływa aktualna rozpoznawalność polityków, a świeższe nazwiska pamięta się lepiej. Jednak dla Nowackiej, która wywodzi się z lewicy i zaczynała kadencję z dużym kredytem zaufania, sąsiedztwo dwóch ultrakonserwatywnych poprzedników musi być wyjątkowo niewygodne. Co ciekawe, szczególnie krytyczni wobec Nowackiej okazali się najmłodsi badani — do 24. roku życia.
Do dziś profil Protestu z Wykrzyknikiem, postrajkowego ruchu skupiającego nauczycieli zaangażowanych w zmianę szkoły, firmują słowa Barbary Nowackiej: „Nie ma ważniejszego zawodu w Polsce niż nauczycielka i nauczyciel”. Jednak pozytywny wizerunek MEN, który od początku kadencji usilnie buduje Barbara Nowacka, nie działa.
W innych sprawach z sejmowej mównicy umie mówić twardo. W edukacji od początku wybrała inny ton: spokojny, pojednawczy. Wśród nauczycieli dorobiła się nawet ironicznego przydomka: „uśmiechnięte ministerstwo”.
— Sprawia wrażenie polityczki w cudzych butach — mówi Anna Schmidt-Fic. — Bardzo przyjaźnie wypowiada się o nauczycielach, a w tym samym czasie podejmuje decyzje, które są dla nas fatalne.
Trwanie
Jeden z byłych ministrów Tuska, który zna Nowacką od lat, ma do niej poważniejszy zarzut; zbyt wiele politycznej energii ulokowała w otoczeniu Rafała Trzaskowskiego, zwłaszcza podczas kampanii prezydenckiej, zamiast budować własną pozycję jako szefowej resortu.
Minister edukacji Barbara Nowacka podczas rozmowy w ramach Campusu Polska
Foto: PAP/Tomasz Waszczuk
— Edukacja nie była i nie jest jej pierwszym zainteresowaniem. Ją interesuje stricte kariera polityczna. Teraz widzę raczej trwanie: przejść kadencję i zostać ponownie wybraną — mówi.
— Ministrem trzeba być zdecydowanym. A żeby być zdecydowanym, trzeba wiedzieć, co się robi. Czy jako minister Baśka wie, co robi?
Marcin Józefaciuk, poseł i nauczyciel, były dyrektor szkoły, w odpowiedzi na to pytanie nie sili się na dyplomację. — MEN działa po amatorsku. To nie wygląda jak praca ministerstwa, które zna się na robocie i samodzielnie wyznacza kierunek. Resort realizuje polityczne zamówienia, które przychodzą z rządu — mówi.
Józefaciuk wszedł do Sejmu z list KO, ale po konflikcie z klubem dziś jest posłem niezrzeszonym. Dla koalicji — enfant terrible. Zasypuje resort interpelacjami.
— Przy każdej planowanej zmianie proszę o dokument inicjujący. Nie ma. To kto to wszystko wymyśla i na jakiej podstawie? — pyta.
Za największą słabość MEN uważa skład kierownictwa resortu.
— Nie można było znaleźć merytorycznych ludzi także w ramach politycznego układu. Tylko jedna osoba naprawdę zna tę robotę — twierdzi Józefaciuk.
Nie przeszkadza mu, że Nowacka nie ma zawodowego doświadczenia w szkole, ale właśnie dlatego powinna otoczyć się mocnym fachowym zapleczem. Dziś spośród czwórki wiceministrów tylko Izabela Ziętka kierowała placówkami oświatowymi. Katarzyna Lubnauer ma za sobą przede wszystkim pracę akademicką.
Kierunek widoczny
Józefaciuk jest z KO skonfliktowany, ale bardzo podobną diagnozę słyszę wewnątrz partii.
— Resort ciągną tylko Nowacka z Lubnauer — mówi mi osoba z parlamentarnego zaplecza KO. — Nowacka jako polityczna reprezentacja, Lubnauer od strony wykonawczej. Wzięła na siebie wszystkie kluczowe zadania. Pracuje za kilka osób, nic dziwnego, jeśli popełnia błędy.
A kto układa strategię dla MEN?
— Myślę, że nikt — słyszę. — To się odbywa na zasadzie: teraz zróbmy to, a potem tamto. Głównie chodzi o polityczne obietnice sprzed wyborów.
Wśród części posłów KO Nowacka ma opinię niedostępnej. — Niby jest miła, ale trzyma dystans. Nie możesz się sprzeciwić, bo zawsze wie lepiej — słyszę.
Z takim obrazem nie zgadza się Krystyna Szumilas — była ministra edukacji, dziś przewodnicząca sejmowej komisji edukacji i nauki. W poprzedniej kadencji Sejmu pracowała z Nowacką i Lubnauer w opozycji nad sprawami edukacji.
— Tworzyłyśmy zespół, w którym każda była ważna, miała swój głos, ale też słuchała pozostałych — mówi Szumilas. Nie zgadza się też z zarzutem, że nie wiadomo dokąd zmierza MEN. — Kierunek był widoczny już przy wprowadzaniu nowej edukacji obywatelskiej, która zastąpiła HiT, to: mniej pamięciowego wkuwania, więcej praktyk i doświadczeń, debaty i samodzielność ucznia.
Zaufanie
Problem MEN nie polega jednak na tym, że Nowacka siedzi bezczynnie, tylko na tym, że zasypuje szkołę zmianami — ostatnio nawet jej dawni zwolennicy oddychają z ulgą, gdy Karol Nawrocki wetuje kolejną ustawę. Tak było z przepisami wprowadzającymi rzeczników praw ucznia na poziomie szkół albo centralnego e-dziennika, którego pilotaż MEN chciał przerzucić na nauczycieli już od września.
Zdaniem jej krytyków Nowacka zarządza edukacją na oślep — ktoś rzuci pomysł, politycznie wyda się to opłacalne, ona go wdraża. Bez diagnozy, bez badań, bez symulacji. Pomysł zakazu prac domowych rzucił w kampanii wyborczej Tusk. Być może rzeczywiście było ich za dużo, być może szkoła robiła to źle. Ale czy ktoś zadał sobie pytanie: co tu właściwie jest problemem? Liczba zadań, ich jakość, przeładowana podstawa programowa czy może sposób oceniania? MEN tego nie zrobiło. Tusk powiedział, że zadania są „be”, Nowacka stanęła na baczność i wykonała. Wyszedł z tego pasztet, który będzie poprawiany w nieskończoność. Tak samo w przypadku innych wprowadzanych do szkół zmian.
— Dzisiaj w polityce krajowej nadrzędny jest kalendarz wyborczy. Decyduje strach przed awanturą, która może zabrać wyborców. W takich warunkach trudno budować relacje społeczne, prowadzić dialog czy szukać sojuszników wokół reform — mówi Michał Boni, były europoseł, doradca i minister w pierwszym rządzie Tuska.
To on negocjował wtedy z nauczycielami pokojowe odejście od wcześniejszych emerytur na rzecz mniej korzystnych świadczeń kompensacyjnych. Dziś podobny proces trudno sobie wyobrazić.

