Zobaczyłam „Ojczyznę” Pawła Pawlikowskiego i poczułam, że dawno nikt w kinie nie potraktował mnie tak poważnie. Nad filmem unosi się duch starej Europy, która pachnie bibliotekami i uniwersytetami. Jednocześnie to Europa po wielkim kataklizmie wywołanym przez naród, który wniósł do literatury sztuki, muzyki pokłady piękna i geniuszu.
Dziś Europa jest znowu na zakręcie. Wyobraziłam sobie, że w dyskusji po projekcji filmu biorą udział: Czesław Miłosz, Jürgen Habermas, Josif Brodski i Leszek Kołakowski. Do takich biografii i krytycznego myślenia odsyła perfekcyjny formalnie film Pawlikowskiego, nagrodzonego w Cannes za reżyserię. W 1949 r. Tomasz Mann przyjeżdża do Niemiec z córką Eriką, by odebrać nagrody im. Goethego przyznane mu w zachodnich i wschodnich Niemczech. Autor „Czarodziejskiej góry” wyemigrował do Ameryki w latach 30. w proteście przeciw brunatnej sile ogarniającej Niemcy. Na konferencji prasowej dziennikarz pyta pisarza, czy nie powinien był dzielić wojennego losu swojego narodu. Mann odpowiada krótko: gdybym został, nie rozmawialibyśmy dzisiaj. Wystarczy.
Opowieść toczy się na dwóch planach. Publicznym i prywatnym. Mann, figura pisarza z czasów, gdy słowo miało wartość, przygotowuje się do wystąpień, jest podekscytowany zainteresowaniem, które wzbudza. Hans Zischler, odtwórca głównej roli, aktor teatralny, intelektualista, znawca twórczości Manna, perfekcyjnie tworzy postać zanurzoną w swoim czasie. Film otwiera scena z planu prywatnego. Erika (w tej roli niezrównana Sandra Hüller) przed przylotem do Europy rozmawia przez telefon z bratem Klausem Mannem, też pisarzem, autorem m.in. powieści „Mefisto”, opowiadającej o karierze aktora, który zaprzedał się diabłu, czyli ideologii. Pierwowzorem bohatera jest były mąż Eriki i zarazem były kochanek Klausa, który robił karierę w faszystowskich Niemczech.




