Prezydent Karol Nawrocki miał mieć specjalne dojścia do Donalda Trumpa i jego administracji. Tymczasem, gdy wybuchł kryzys z obecnością amerykańskich żołnierzy w Polsce, to rząd rzucił się do jego rozwiązywania. A prezydent jest mało widoczny i ma mieć problemy z dodzwonieniem się do Białego Domu.

Zamieszanie wokół opóźnionej rotacji amerykańskich wojsk do Polski zaczyna się pomału wyjaśniać, choć ciągle nie mamy pełnej jasności. Władysław Kosiniak-Kamysz usłyszał od sekretarza wojny Pete’a Hegsetha, że „żadna decyzja o zmniejszeniu zdolności wojsk amerykańskich w Polsce nie zapadła”, a „Polska może liczyć na Stany”. Z kolei wiceminister obrony Cezary Tomczyk rozmawiał w Białym Domu z Andym Bakerem — zastępcą doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta Trumpa. Otrzymał zapewnienie, że USA utrzymają „wysoką obecność wojskową” w Polsce. Szczegóły mają zostać ustalone w najbliższych tygodniach w ramach konsultacji.

Jednocześnie oświadczenie rzecznika Pentagonu nie pozostawia wątpliwości, że Amerykanie zmniejszają liczbę brygad rozmieszczonych rotacyjnie w Europie z czterech do trzech. Być może nie zmieni to ogólnej liczby amerykańskich żołnierzy w Polsce, choć dziś nie jest to wcale pewne. „Wysoka obecność wojskowa” nie musi przecież oznaczać takiej samej jak dotychczas. Niepokojące pytania o przyszłe zaangażowanie wojskowe Stanów na naszym kontynencie i jego wpływ na polskie bezpieczeństwo pozostają.

Zamęt wokół obecności amerykańskich wojsk w Polsce ma wpływ na dynamikę polityczną w kraju. A zwłaszcza na pozycję partii, która na relacjach z Donaldem Trumpem chciała budować całe polskie bezpieczeństwo i wybranego z jej poparciem obecnego prezydenta. Patrząc na to, co działo się w ostatnich dniach, pojawia się pytanie: „gdzie właściwie jest prezydent Nawrocki?”.

Nie ma wątpliwości, że w wyjaśnienie sytuacji z Amerykanami zaangażował się wicepremier Kosiniak-Kamysz i jego zastępcy. To minister obrony dzwonił do sekretarza Hegsetha we wtorek 19 maja. To on następnego dnia spotkał się z goszczącym z wizytą w Polsce zastępcą szefa Kolegium Połączonych Sztabów, gen. Christopherem Mahoneym. Do Polski miał początkowo przyjechać szef kolegium, gen. Dan Caine, ale obowiązki służbowe miały go zatrzymać w Stanach. Wiceszefowie MON, Cezary Tomczyk i Paweł Zalewski, pojechali z wizytą do Waszyngtonu. Spotkali się z doradcą Donalda Trumpa i urzędnikami z Departamentów Wojny i Stanu.

Tymczasem prezydent jest w całej tej sprawie mało widoczny. Szef jego biura ds. międzynarodowych, minister Marcin Przydacz, twierdził, że Nawrocki rozmawiał z Trumpem na początku maja i że „ustalenia z tych rozmów pozostają w mocy”. Jednocześnie Przydacz apelował do MON, by to ono przyjęło bardziej aktywną postawę i wyjaśniło zamieszanie z rotacją wojsk. Jak donosił Onet, Karol Nawrocki miał próbować dodzwonić się do Trumpa, ale nie udało się mu to. Nie ma potwierdzenia z Pałacu, że taka próba miała faktycznie miejsce. Z pewnością można jednak założyć, że gdyby Nawrocki dodzwonił się do Białego Domu, to Pałac Prezydencki chwaliłby się tym wszelkimi możliwymi kanałami. W końcu to prezydent Nawrocki — w przeciwieństwie do rządu Donalda Tuska — miał mieć specjalne dojścia do Trumpa i jego administracji.

Karol Nawrocki wielokrotnie skarżył się, że konstytucja nie daje mu dość narzędzi, by dobrze wykonywać funkcję zwierzchnika polskich sił zbrojnych. Teraz — gdy sprawy bezpieczeństwa wywołują w społeczeństwie niepokój — prezydent jest publicznie słabo widoczny.

Cała ta sytuacja uderza przy tym w dwa filary pisowskiej narracji politycznej. Po pierwsze, o specjalnych relacjach PiS i prezydenta Nawrockiego z Trumpem i ruchem MAGA. Owszem, te specjalne relacje działają znakomicie, gdy trzeba załatwić schronienie Ziobrze. Tymczasem, gdy chodzi o strategicznie istotne kwestie obecności amerykańskich wojsk w Polsce, tak dobrze już z tymi relacjami nie jest.

Nawet Amerykanie zauważyli, że w tej sprawie administracja Trumpa potraktowała Polskę po prostu źle. Bo nawet jeśli ostatecznie liczba żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Polsce się nie zmniejszy, to Polska zasługiwała na to, by być w tej sprawie na bieżąco informowana i by polska opinia publiczna nie dowiadywała się o opóźnieniu rotacji z mediów.

Jest to także w interesie Stanów. Polska zachowywała się przecież jak wzorowy sojusznik Waszyngtonu. Robiła wszystko to — na czele z wydatkami na obronę, zakupami amerykańskiego sprzętu i gazu — czego od sojuszników oczekiwał Trump. Jeśli takie zachowanie nie jest w stanie „kupić” dobrego traktowania ze strony amerykańskiego prezydenta, to inne kraje wyciągną z tego wnioski. I będą mniej skłonne do tego, by spełniać oczekiwania Waszyngtonu.

Także polska opinia publiczna widzi, jak traktują nas Stany. Zamieszanie wokół amerykańskich żołnierzy z całą pewnością nie zwiększy i tak zniżkującej popularności Trumpa wśród Polaków. Co przełoży się też w jakimś stopniu na ocenę partii, która na własne życzenie skleiła się z amerykańskim prezydentem i ustawiła się w pozycji polskiej franczyzy ruchu MAGA.

Po drugie, cała sytuacja z ostatnich kilku dni ośmiesza narrację PiS. Największa partia opozycyjna przekonuje, że „Tusk na zlecenie Niemiec stara się skłócić nas z Amerykanami i wypchnąć amerykański siły zbrojne z Europy”. Po pierwsze, widzimy jak rząd Tuska działa, by odkręcić zamieszanie z rotacją amerykańskich wojsk. Robi wszystko, by nie zmniejszyć ich obecności w kraju. Po drugie, przekaz strony amerykańskiej nie pozostawia wątpliwości: Amerykanie sami planują zmniejszenie swojego zaangażowania w Europie, najpewniej do poziomu sprzed rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Jednocześnie oczekują od Europejczyków większego wzięcia odpowiedzialności za konwencjonalną obronę kontynentu.

To samo od dawna powtarza rządowa koalicja: amerykańska polityka bezpieczeństwa się zmienia. Oczywiście chcemy jak najdłużej utrzymać amerykański parasol. Jednocześnie musimy się jednak liczyć z tym, że nasz region, a być może nawet nasz kontynent, niekoniecznie będzie priorytetem dla Stanów.

W tym celu musimy rozwijać nasze zdolności przemysłowe w dziedzinie obronności, budować regionalne europejskie sojusze i rozwijać nasze możliwości bojowe. Nie wbrew Amerykanom, ale dlatego, że oni tego od nas oczekują jako sojuszników. Jest oczywiste, że łatwiej będzie nam to robić we współpracy z europejskimi partnerami niż przeciw nim.

PiS przedstawiając każdą próbę wzmacniania europejskiego filaru bezpieczeństwa jako niemiecki spisek, by wypchnąć Amerykanów z Europy i zostawić Polskę na łasce Berlina zdradza coraz większe oderwanie od rzeczywistości. Spycha się tym samym na margines poważnej dyskusji o bezpieczeństwie.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version