-
Pakt migracyjny UE miał rozwiązać problem napływu migrantów i wzmocnić solidarność między państwami członkowskimi, lecz działania polityków pokazują, że wykorzystują go oni głównie do budowania własnej pozycji.
-
Coraz więcej krajów UE próbuje unikać przyjmowania migrantów, co zaostrza wewnętrzne konflikty polityczne oraz skutkuje napięciami między państwami, zwłaszcza na linii północ-południe.
-
Reakcje europejskich rządów na kryzys migracyjny coraz częściej polegają na przejmowaniu antyimigranckich postulatów, wzmacniając pozycję partii określanych jako populistyczne.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
„Tak, jak mówiłem, Polska nie będzie przyjmować migrantów w ramach Paktu Migracyjnego. Ani płacić za to” – ogłosił wieczorem w dniu Narodowego Święta Niepodległości Donald Tusk. Deklaracja zamieszczona w mediach społecznościowych stanowiła komentarz do wieści z Brukseli. Jednocześnie demonstrowała wyborcom, iż premier, wbrew Komisji Europejskiej, zabezpieczy ich przed konsekwencjami wspomnianego paktu. Acz jego obietnica nie była do końca adekwatna do wieści.
Zgodnie z postanowieniami paktu migracyjnego Komisja Europejska wypełniła obowiązek corocznego ogłaszania grupy krajów, które znajdują się pod presją migracyjną oraz wskazywania puli państw przeciążonych napływem migrantów. Tym z pierwszej puli (a zaliczono do niej: Włochy, Hiszpanię i Francję) należy się pakiet solidarnej pomocy od członków Unii.
Główny jego punkt stanowi odbieranie relokowanych migrantów. Ewentualnie wypłacanie 20 tys. euro za każdą osobę, której się nie przyjmie lub udzielenie wsparcia sprzętowego i logistycznego o tej wartości. Od obowiązku „solidarności” zwalnia się kraje z puli przeciążonych migracją. Do niej Komisja Europejska zaliczyła Polskę, obok Bułgarii, Czech, Estonii, Chorwacji, Austrii.
Za rok nastąpi weryfikacja tych grup i nie ma gwarancji, że nasz kraj znów się znajdzie w tym gronie. A gdyby się nie znalazł, wówczas Komisja Europejska powie „sprawdzam” w odniesieniu do obietnicy polskiego premiera. Jednak do tego czasu mnóstwo rzeczy się wydarzy, ponieważ jak na razie pakt migracyjny najlepiej służy w Europie… Donaldowi Tuskowi. Może on bez żadnych konsekwencji deklarować, iż nie zamierza go przestrzegać, czerpiąc z tego politycznie korzyści. Natomiast inni nie mają tak wesoło.
Kompromisowe koło ratunkowe
Traktat, którego pełna nazwa brzmi Pakt o migracji i azylu, przygotowany przez Komisję Europejską jeszcze w 2020 r., został pomyślany jako ratunek dla Strefy Schengen. Jednego z największych osiągnieć Wspólnoty Europejskiej, cieszącej się powszechną aprobatą Europejczyków.
Ale strefa zaczęła się kruszyć po kryzysie migracyjnym w 2015 roku. Kolejne państwa przywracały graniczne kontrole, by chronić się przed zalewem migrantów. Ten trend podmywa fundamenty UE. Postanowiono go odwrócić przy pomocy traktatu, ustanawiającego wspólną politykę migracyjną, opartą na solidarności. Tymczasem, choć wszedł on w życie, nadal aż 10 krajów UE utrzymuje czasowe kontrole na swych granicach. W przypadkach takich jak Niemiec i Austrii blokuje się przepływ niechcianych przybyszy nie spoza Wspólnoty, lecz z innych krajów Unii.
Unijną solidarność w praktyce obejrzeć można było latem na granicy polsko-niemieckiej, gdy rząd kanclerza Merza zaczął odsyłać w większej ilości migrantów do Polski. Tym zainicjował opór Polaków mieszkających pod drugiej stronie Odry, do którego dołączyły kolejne organizacje i partie od skrajnie prawicowych przez Konfederację aż po PiS. Wszystkie dostrzegły w tym szansę na w wzrost swej popularności, którą wzmacniały obietnicą odrzucenia paktu migracyjnego.
Ale premier Tusk nie stanął w kontrze do tej fali, lecz wskoczył na nią, wprowadzając kontrole graniczne oraz jasno obiecując nierespektowanie paktu. Ten ciąg zdarzeń nie jest w Europie ewenementem. Politycy tzw. głównego nurtu już masowo przejmują program partii nazywanych populistycznymi. Nie inaczej uczynił chadecki kanclerz Friedrich Merz. Co więcej, uzyskał obiecujące efekty.
Wedle raportu EUAA (European Union Agency for Asylum) z września 2025 r. w pierwszym półroczu tego roku liczba wniosków azylowych składanych w Niemczech spadła aż o 43 proc. licząc rok do roku (złożono ich 70 tys.). Przyniosło to radykalną zmianę na pozycji lidera. Migranci pokochali Francję i Hiszpanię, składając tam po ok 78 tys. wniosków azylowych w pierwszym półroczu. Nota bene tuż za podium znalazły się Włochy – 64 tys. wniosków. Każde z tych państw narażone jest bezpośrednio na napływ fal migrantów przez Morze Śródziemne. Są one więc najbardziej zainteresowane europejską solidarnością oraz paktem migracyjnym.
Państwa południa UE, powołując się na pakt migracyjny, naciskają więc na Brukselę i resztę krajów UE, by godziły się na relokację oraz przekazywanie pomocy. Tymczasem efekty uzyskane przez rząd Merza wskazują, iż opłaca się nie być solidarnym.
Zatem koleje rządy zaczynają szukać sposobów, by uchylić się od przyjęcia migrantów. Warszawa zapowiedziała, iż tego nie zrobi, ale została zaliczona do puli przeciążonych, więc nie łamie traktatu. Węgry i Słowacja twierdzą, iż go złamią. Z kolei Belgia i Holandia, pismem swych ministrów ds. migracji Anneleen Van Bossuyt i Davida van Weela, przekazały Brukseli, iż „solidarność musi iść w parze z odpowiedzialnością”. Żądając, by państwa, którym mają oferować wsparcie, przestrzegały „systemu dublińskiego”, czyli przyjmowały wszystkie wnioski azylowe i nie wypychały migrantów do innych krajów UE.
Podobne stanowisko zajęła Szwecja. Interesujące może okazać się zachowanie Niemiec, gdy przyjdzie do przyjmowania relokowanych migrantów. Wszystko to zwiastuje narastanie konfliktów we Wspólnocie. Napędzać je będą konieczności związane z polityką wewnętrzną. W krajach UE trwa bowiem walka polityczna między starymi elitami władzy i pretendującymi do zajęcia ich miejsca populistami. Im mocniej odczuwalny jest lęk przed migrantami, tym silniejsi stają się populiści, ponieważ oferują nadzieję na rozwiązanie problemu, przerastającego stare elity. Wzrost poparcia dla AfD w Niemczech oraz Zjednoczenia Narodowego we Francji znakomicie to obrazuje.
Przez migrantów do władzy
Tymczasem pakt migracyjny oferuje niewiele. Owszem, może odciążyć kraje frontowe i pozwala stworzyć unijny system nadzorowania osób, które nielegalnie przekroczyły granice Wspólnoty, by ubiegać się o azyl. Ale nawet zapowiadane ułatwienia w procedurze deportacyjnej, nie gwarantują szybko odczuwalnych zmian. Takimi byłby gwałtowny spadek napływu nowych migrantów oraz masowe odsyłanie do domów tych niechcianych. Wówczas rządzący mogliby odtrąbić sukces. Szans na niego nie widać, za to da się dostrzec kolejne czynniki, które zaostrzą walkę polityczną wewnątrz państw. Następnie ta zostanie przeniesiona na relacje między państwami UE.
Niechęć do migrantów jest wprost proporcjonalna do tego, jak ich obecność uderza w poczucie bezpieczeństwa mniej zamożnych autochtonów. Nie chodzi tu jedynie o wzrost przestępczości. Nielegalni, niepracujący obcy dociążają system socjalny. Potrzebują dachu nad głową, zasiłków, opieki medycznej etc.
Nawet w najbogatszych państwach, im więcej takich migrantów, tym mniej z puli socjalnej zostaje dla miejscowych. A oni to widzą. Co gorsza, te zasoby od kilku lata się kurczą, bo wzrost gospodarczy w największych krajach UE stanął de facto w miejscu (chlubne wyjątki to Polska i Hiszpania).
Dorzućmy jeszcze ubytek miejsc pracy. Trwa fala zwolnień grupowych w kolejnych gałęziach przemysłu, przede wszystkim w Niemczech. Tak otrzymujemy gotowy przepis na jeszcze mocniejsze nastroje antyimigranckie i zaostrzenie się walki politycznej. Nie przypadkiem Friedrich Merz zapowiedział, iż będzie się starał o „repatriację” z Niemiec do Syrii miliona Syryjczyków. Choć twierdzenie, iż wrócą do bezpiecznej ojczyzny, mocno mija się z prawdą. Polityk wolał narazić się na powszechną krytykę ze strony liberalnych mediów, niż dać się wyprzedzić przez AfD.
Friedrich Merz czy Donald Tusk przejęli antyimigranckie postulaty jako własne. Innym z polityków ze starych partii nie sprawia to już także problemu. Zwłaszcza, jeśli to zwiększa ich szanse na utrzymanie się przy władzy. Jednak skutkiem ubocznym tego zjawiska musi stać się zamykanie państwa na przyjmowanie nowych migrantów, czyli zanegowanie unijnej solidarności. Ci, co tego zaniechają, stracą wiarygodność.
Tymczasem wkrótce populiści mogą zawiesić obecnie rządzącym poprzeczkę jeszcze wyżej. Ani pakt migracyjny, ani działania rządów krajów UE nie oferują wyborcom poczucia, iż rozwiążą problem. Dopóki można było rozłożyć ręce i powiedzieć, że przecież w krótkim czasie to niemożliwe, a media przytakiwały temu twierdzeniu, ludzie okazywali więcej cierpliwości.
Wygląda jednak na to, iż ten wygodny dla polityków stan świadomości opinii publicznej, może mieć swój kres. Odpowiedzialność za to spadnie na Donalda Trumpa. Do takich wniosków prowadzi raport DHS (United States Department of Homeland Security) z 23 września 2025. Jak z dumą ogłosiła amerykańska agencja rządowa: „Dwa miliony nielegalnych imigrantów opuściło Stany Zjednoczone w niecałe 250 dni, w tym około 1,6 miliona osób deportowało się dobrowolnie, a ponad 400 000 zostało deportowanych”. Wielki zapał do dalszej pracy DHS potwierdza deklaracją: „Administracja Trumpa jest na dobrej drodze do pobicia historycznych rekordów i deportacji prawie 600 000 nielegalnych imigrantów do końca pierwszego roku prezydentury„.
Wcześniej czy później w Europie zostanie postawione pytanie – a dlaczego nie postąpić podobnie? Przecież od strony logistycznej tak masowe deportacje są możliwe. Być może próbę ich organizacji podejmie ulubieniec prezydenta USA Nigel Farage, jeśli jego partia wygra wybory w Wielkiej Brytanii. Po czym znajdzie naśladowców w Unii. Jednak kto wie, czy nie zostanie wyprzedzony. Właściwa odpowiedź na pytanie – dlaczego nie? – brzmi bowiem następująco. Eksmitowania migrantów w trumpowskim stylu nie dopuszczają rozliczne przepisy i międzynarodowe traktaty dotyczące praw do bezpieczeństw i azylu na czele z Europejską Konwencją Praw Człowieka. Dlatego też w Europie zachodniej, włącznie z Wielką Brytanią, sądy regularnie blokują próby deportacji na większą skalę bez dopełnienia obowiązku rozpatrzenia spraw indywidualnie i zapewnienia bezpieczeństwa każdej osobie objętej procedują.
Nadciąga więc zderzenie z fundamentalnym dylematem. Chcąc dać wyborcom poczucie rozwiązywania kryzysu migracyjnego, należałoby zanegować prawa uznawane w Europie za największe zdobycze liberalnej demokracji. Paradoksalnie walka do samego końca w ich obronie oznacza zwiększanie szans partii nazywanych populistycznymi na wyborczy triumf. W przypadku Donalda Tuska, po jego wywiadzie dla brytyjskiego dziennika „The Sunday Time”, w którym stwierdził, że należy zreformować Europejską Konwencję Praw Człowieka, łatwo się domyśleć, jaką drogę chciałby wybrać. Nadal bowiem nie jest przesądzone, że populiści zdobędą w krajach Unii władzę. Ale ci, co dobrze wyczuwają polityczne wiatry wiedzą już, czyj pogram będzie realizowany.













