Po roku od przejęcia władzy Friedrich Merz walczy o polityczne przetrwanie. Jest najmniej popularnym kanclerzem w historii Niemiec.

Gdy obejmował urząd w maju 2025 r., jego manifest polityczny składał się z zapowiedzi wielkich reform. W pierwszym przemówieniu w Bundestagu zapewniał Niemców, że już latem „poczują, że coś się tu zmienia na lepsze”. Wielkie nadzieje budziła jego polityka zagraniczna: był stanowczy wobec Rosji, zdawał się rozumieć, że Niemcy muszą przejąć bardziej aktywną rolę w Europie, poważnie traktował kwestie obrony.

Po roku walczy o polityczne przetrwanie. Jest najmniej popularnym kanclerzem w historii Niemiec — jego notowania są gorsze nawet od nieszczęsnego Olafa Scholza. Zaledwie 13 proc. wyborców ma pozytywne zdanie o koalicji rządzącej. Tylko co trzeci Niemiec wierzy, że koalicja przetrwa do kolejnych wyborów. Merz obiecywał, że powstrzyma marsz skrajnej prawicy ku władzy, ale od kilku miesięcy to AfD jest liderem sondaży.

Szydzenie z Merza stało się powszechną rozrywką — nie ma dnia, by nie nazwano go „politycznym żywym trupem”. Kiedy niedawno zapytano kanclerza, co dokładnie poprawiło się obywatelom, odkąd jest u władzy, sala zareagowała salwą śmiechu. Niemcy pod rządami Merza to kraj pogrążony w przygnębieniu.

Przez lata pracował w sektorze finansowym, jest bardzo zamożny — i już to nie wzbudza sympatii. A na dodatek jest człowiekiem wyniosłym, ma spory problem z nawiązaniem kontaktu z ludźmi. Zapytany w wywiadzie dla telewizji publicznej o największy błąd popełniony w pierwszym roku, odpowiedział: „Być może to, że byłem zbyt niecierpliwy”.

Jest to widoczne na każdym kroku. W czasie objazdu po kraju, który miał służyć przywróceniu zaufania wyborców, został zapytany przez kobietę z zaawansowanym rakiem skóry, dlaczego obniżane są świadczenia zdrowotne, a jednocześnie rząd podwyższa sobie pensje. Drżącym głosem chora skarżyła się, że nie będzie w stanie zapłacić za własny pogrzeb. Merz nie wykazał odrobiny empatii. Wyraźnie rozgniewanym głosem zażądał, by raz na zawsze przestała rozpowszechniać kłamstwa, ponieważ w rządzie nie było żadnych podwyżek. Rezultat był łatwy do przewidzenia: tytuły prasowe w rodzaju „Merz poucza kobietę z rakiem skóry”.

Angela Merkel, która rządziła 16 lat, bała się zdecydowanych słów, zapewne ze względu na swoją młodość w NRD była bardzo skryta. Scholz był przeraźliwie nudny — mechanicznym, pełnym powtórzeń stylem komunikacji zyskał przydomek Scholzomat (Scholz plus automat). Merz jest ich przeciwieństwem. Uwielbia utarczki słowne, zawsze jest gotowy do ataku. Bez względu na koszty.

Podkreśla, że wyborcy oczekują od polityków szczerości, nawet jeśli czasami powoduje to tarcia. „Nie chcę mówić jak wygładzony kamyk” — tłumaczył.

Kilka tygodni temu podczas wizyty w szkole średniej na prowincji niespodziewanie postanowił zaatakować Donalda Trumpa. Stwierdził, że Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny z Iranem bez żadnej strategii i w rezultacie zostały upokorzone przez Teheran. — Co do sedna, Merz miał oczywiście rację. Sam tak uważam — podobnie jak praktycznie wszyscy komentatorzy. Ale Merz jest też szefem rządu największego kraju w zachodniej Europie. Wypowiada się w imieniu znacznej części Unii Europejskiej i NATO. Trudno zrozumieć, dlaczego postąpił w taki sposób. Mam przeczucie, że po prostu źle ocenił sytuację, zresztą nie po raz pierwszy — krytykuje Merza Wolfgang Münchau, jeden z najbardziej znanych niemieckich komentatorów, autor głośnego „Kaput”.

Pewnie kanclerz uważał, że mówi to z dala od prawdziwego świata. Ale Trump natychmiast odpowiedział. Departament Wojny USA ogłosił redukcję amerykańskiego kontyngentu w Niemczech o 5 tys. żołnierzy.

Merzowi szkodzi też brak lojalności. — Oczekuje lojalności, ale sam jej nie odwzajemnia. Merkel wynagradzała lojalność, a ludzie byli jej bezgranicznie wierni — opowiadał jeden z jego byłych najbliższych współpracowników.

Ani jedna osoba, która była z Merzem, zanim przejął władzę, nie pracuje dziś w jego bliskim otoczeniu. W rezultacie nie ma prawdziwych sojuszników, ludzi gotowych walczyć o wprowadzenie zmian, które obiecał wyborcom. Są plany, ale nie ma ich wykonania. Co więcej, jego władza opiera się na zasadniczym paradoksie. — Merz ma ogromną pewność siebie, ale jest również uderzająco podatny na wpływy — twierdzi jeden z jego byłych doradców. Właśnie dlatego, że do walki staje bez wiernych sojuszników.

Pozwolił SPD — partii drugoplanowej, która w ostatnich wyborach w Niemczech poniosła jeszcze większe straty niż CDU — dyktować warunki. SPD nalegała na kontynuację systemu emerytalnego w dotychczasowej postaci, wbrew woli wielu ludzi z CDU — i dopięła swego. Stanęła również na przeszkodzie przywróceniu jakiejś formy obowiązkowej służby wojskowej.

— To gra na to, kto pierwszy się wycofa. I Merz wycofuje się pierwszy — choć na SPD chce dziś głosować dwa razy mniej Niemców niż na chadeków — podkreśla John Kampfner, autor książki „Why the Germans Do It Better”. Ustępując słabszemu koalicjantowi, staje się jeszcze słabszy.

Prawie 80 proc. Niemców uważa, że sytuacja gospodarcza kraju jest tragiczna. Trzy lata recesji i rok stagnacji pozostawiły wyraźny ślad. Przemysł się kurczy, a produkcja i miejsca pracy są przenoszone za granicę. Niewielkie oznaki poprawy zostały zniweczone przez wojnę w Iranie. Wyborcy pragną zmian w kwestiach takich jak imigracja, emerytury, wydatki socjalne i bezpieczeństwo.

Niemal nikt nie wierzy, że dotychczasowe rozwiązania są do utrzymania. 94 proc. Niemców obawia się, że system emerytalny stanie w obliczu wielkiego kryzysu. I że politycy nie robią wystarczająco dużo, by to naprawić. Składki emerytalne, zdrowotne, opieki nad osobami starszymi i inne fundusze ubezpieczeń społecznych osiągnęły poziom 43 proc. średniego wynagrodzenia, a pod koniec tej dekady zbliżą się do 46 proc. To coraz większe wyzwanie dla budżetu.

— Najgorszym scenariuszem jest to, że obciążenie składkami doprowadzi do poważnego osłabienia gospodarki i utraty wielu miejsc pracy — tłumaczy Marcel Fratzscher, profesor makroekonomii na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie i prezes instytutu badań ekonomicznych DIW. — Grozi nam też ogromny wzrost ubóstwa wśród osób starszych.

Zasiłki dla bezrobotnych w 2025 r. kosztowały prawie 47 mld euro — co oznacza wzrost o niemal 10 proc. w ciągu zaledwie roku. Blisko połowa tych środków trafiła do osób niebędących obywatelami Niemiec, co sprawiło, że debata o bezrobotnych łączy się z kwestią imigracji i napędza poparcie dla AfD.

Średni tygodniowy czas pracy w Niemczech należy do najkrótszych w Europie. Według Eurostatu wynosi 34 godziny, w porównaniu z 36 we Francji, Włoszech i w Hiszpanii. Oraz 39 w Polsce. Co więcej, przeciętny niemiecki pracownik bierze więcej dni chorobowych niż jego odpowiednik w jakimkolwiek innym kraju europejskim. Liczba ta prawie się podwoiła od 2007 r.

W swoim pierwszym przemówieniu w Bundestagu Merz wzywał do zmian: „Musimy pracować więcej, a przede wszystkim wydajniej. Czterodniowy tydzień pracy nie pozwoli utrzymać nam naszego dobrobytu”.

Jednak zapowiadana przez Merza „jesień reform” nie nadeszła. — Dla partii wchodzących w skład rządu główną bazę wyborczą stanowią osoby starsze, powyżej 50., a nawet 60. roku życia. Politycy musieliby więc działać wbrew interesom i wyraźnym życzeniom własnego elektoratu, i właśnie to sprawia, że wdrożenie reform, np. emerytalnych, jest tak trudne — tłumaczy Fratzscher.

Po 16 latach rządów Merkel i trzech latach Scholza, który kontynuował jej politykę, wyborcy zaczęli się domagać zmian. A Merz wydawał się człowiekiem, który je wprowadzi. Dziś coraz bardziej przypomina Merkel. Jest rzecznikiem stagnacji.

Wybitna niemiecka historyczka Katja Hoyer twierdzi, że to właśnie zbytnia ostrożność jest główną przyczyną niepowodzeń obecnego kanclerza: — Czym zasłużył sobie na utratę przychylności wyborców? Niczym. I w tym właśnie tkwi problem. Zamiast realizować dynamiczny program, Merz i jego zespół postawili na „strategię wazy Ming” polegającą na maksymalnej ostrożności politycznej, aby niczego nie zepsuć. Oraz na retoryce pozbawionej konkretów. Było to celowe posunięcie, ponieważ rok 2026 obfituje w wybory — mają miejsce w 5 z 16 krajów związkowych. Z obawy przed zrażeniem do siebie wyborców śmiałymi propozycjami CDU Merza postanowiła nic nie mówić ani nic nie robić, licząc na to, że uda się jej osiągnąć niewielkie zwycięstwa. Jest to taktyka, która przynosi efekt odwrotny do zamierzonego. I to na spektakularną skalę.

W pierwszych miesiącach po przejęciu władzy nawet zajadli krytycy przyznawali, że Merz sprawdzał się w polityce zagranicznej. Doprowadził do spotkania amerykańskich wysłanników Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim w Berlinie, gdy poparcie USA dla Ukrainy wydawało się bliskie załamania. Albo zorganizował pożyczkę unijną dla Ukrainy w wysokości 90 mld euro, gdy sprzeciw kilku państw UE uniemożliwił wykorzystanie zamrożonych rosyjskich aktywów. Ale potem doszło do wydarzeń, które pokazały, że Niemcy mają w rzeczywistości niewielki wpływ na sprawy świata.

Merz był dumny z tego, że jako jeden z nielicznych europejskich przywódców dobrze dogaduje się z Trumpem. Od objęcia rządów trzykrotnie odwiedził go w Białym Domu. Gdy amerykański prezydent pouczał w Waszyngtonie premiera Hiszpanii Pedro Sáncheza, Merz siedział obok prezydenta USA, jakby był jego najbliższym sojusznikiem. Wielu w Europie krytykowało go za podlizywanie się Ameryce, co nie było zbyt sprawiedliwe. Merzowi udawało się bowiem zachować balans między rolą „zaklinacza Trumpa” a dążeniem do tego, by Europa stała się znacznie mniej zależna od amerykańskiego parasola bezpieczeństwa.

To już przeszłość. Spór między Merzem a Trumpem o Iran przeradza się w kryzys stosunków Berlina z Waszyngtonem na historyczną skalę. Merz nie tylko zastąpił papieża Leona jako ulubiony cel wściekłych ataków Trumpa w mediach społecznościowych. Waszyngton zapowiedział już dalsze redukcje amerykańskiego kontyngentu. Pociski manewrujące Tomahawk, które miały służyć do obrony przed ewentualnym atakiem Rosji, nie zostaną rozmieszczone w Niemczech. To być może nawet poważniejszy problem niż wycofanie 5 tys. amerykańskich żołnierzy. — Powstaje poważna luka w zdolnościach odstraszania Rosji, którą dopiero w nieokreślonej przyszłości uda się wypełnić europejską bronią — twierdzi Carlo Masala, autor książki „Jeśli Rosja wygra”.

Do tego doszła zapowiedź podwyższenia z 15 do 25 proc. ceł na import samochodów z Unii Europejskiej do USA. To uderzy w przemysł motoryzacyjny, stanowiący fundament niemieckiej gospodarki, który i bez tego jest już w bardzo trudnej sytuacji.

Merz szczycił się tym, że postrzegano go jako kogoś, kogo Niemcy nazywają „Außenkanzler”: kanclerza, którego autorytet opiera się w dużej mierze na prowadzeniu polityki zagranicznej. Dzisiaj nie odnosi on sukcesów ani w sprawach wewnętrznych, ani międzynarodowych.

W Niemczech rządy Merza są często nazywane „ostatnią szansą dla demokracji”. Wszyscy oczekują serii wyborów regionalnych w 2026 r., zwłaszcza tych we wschodnim kraju związkowym Saksonia-Anhalt, gdzie sondaże dają AfD historyczny wynik 40 proc. i stawiają ją o krok od przejęcia władzy w tym landzie. Panuje obawa, że politycy głównego nurtu w Berlinie wpadną wtedy w panikę. Na przykład, że część CDU zbuntuje się przeciwko przywództwu Merza i będzie dążyła do zawarcia nowej koalicji — z AfD.

Sam Merz podkreślał, że wyborcy zdecydują się na skrajne alternatywy, jeśli partie głównego nurtu nie zdołają poprawić ich poziomu życia. Dlatego jego zadaniem jest odzyskanie ich poparcia poprzez wprowadzenie reform.

Być może mu się jeszcze uda, bo w polityce bardzo wiele rzeczy jest możliwych. Ale na razie niewiele na to wskazuje. Jak mówi Katja Hoyer: — Nie wiadomo, na co czeka Merz. Ryzyko polityczne jest nieodłącznym elementem pracy kanclerza. Sytuacja wymaga podjęcia natychmiastowych działań i wyborcy tego właśnie oczekują: rozglądają się wokół i czują, że nadszedł czas, by zmienić bieg wydarzeń. Jeśli Merz nie znajdzie w sobie siły, by to zrealizować, będą szukać alternatywnych rozwiązań gdzie indziej. Czyli u skrajnej prawicy.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version