— Żołnierze mają w sobie głęboko zakorzenioną opiekuńczość, która w warunkach wojskowych staje się paternalizmem. Pamiętam doroczny egzamin z wychowania fizycznego. Kiedy podciągała się kobieta, żołnierz potrafił podbiec i podsadzić ją za pupę, żeby ułatwić jej zadanie — mówi Edyta Żemła, dziennikarka Onetu specjalizująca się w wojskowości.

Kobiety stanowią niemal jedną piątą polskiej armii. Choć ich obecność w sztabach i na uczelniach wojskowych spowszedniała, za fasadą statystyk kryje się powolna, często bolesna ewolucja.

Przeczytaj także: „Kręcę lepsze normy niż koledzy”. Kobiety w polskiej armii nie chcą taryfy ulgowej

Edyta Żemła, dziennikarka Onetu: Kobiety w wojsku to dziś coś całkowicie naturalnego. Piszę o wojsku od dziesięcioleci i pamiętam początki, kiedy obecność kobiet wywoływała ogromny popłoch wśród kadry. W wojsku silnie zakorzenione było myślenie rodem z marynarki wojennej, gdzie powtarzano, że baba na okręcie przynosi pecha. Dzisiaj kobiety są dowódcami okrętów. Zmieniła się mentalność, tym bardziej że to one rokrocznie są prymuskami w Akademi Marynarki Wojennej i Akademi Wojsk Lądowych we Wrocławiu. Babki zawojowały wojsko i stało się to organicznie — tę zmianę napędza m.in. sytuacja demograficzna.

— Trafiają na niego i to z pełną siłą. Ten trend edukacyjny zaczął się bardzo dawno temu, co oznacza, że te dziewczyny, które wtedy były prymuskami, dzisiaj powinny dowodzić całością sił zbrojnych. A na najwyższych stanowiskach dowódczych widzimy je rzadko — to wciąż pojedyncze przypadki. Trzeba jednak pamiętać, od czego zaczynaliśmy. Na początku kobiety trafiały głównie do personelu medycznego, czy wojsk pomocniczych. Szlaki przecierała wówczas komandor Bożena Szubińska — niesamowita postać, która postawiła sobie za cel wyrównanie szans kobiet w armii. Została pełnomocniczką ministra obrony narodowej do spraw równego traktowania. Widząc standardy w NATO, zaczynała wdrażać regulacje dotyczące równouprawnienia czy przeciwdziałania molestowaniu. Wielu uważało, że dzieje się to za wolno, ale u podłoża leżała ściana w głowach samych żołnierzy.

— Żołnierze mają w sobie głęboko zakorzenioną opiekuńczość, która w warunkach wojskowych staje się paternalizmem. Pamiętam doroczny egzamin z wychowania fizycznego. Kiedy podciągała się kobieta, żołnierz potrafił podbiec i podsadzić ją za pupę, żeby ułatwić jej zadanie. Dopóki mężczyźni w wojsku nie przestaną najpierw widzieć kobietę, a nie po prostu żołnierza, dopóty będziemy borykać się z problemem.

Ale ten czas przeszły, o którym mówię, jest celowy — to się autentycznie zmienia. Dziś kobiety są wszędzie: dowodzą czołgami, brygadami, kompaniami, batalionami i wspomnianymi okrętami. Już nie są traktowane jak maskotki — choć odkąd zaczęto o tym głośniej mówić, pojawia się też drugie zjawisko: niektóre potrafią próbować wykorzystywać swoją seksualność do uzyskania przywilejów, co również wymaga nieustannej edukacji i uważności.

— One odsłoniły patologię na samych szczytach wojska, w elitarnych formacjach. Piszemy o tym od lat, śledząc dramaty żandarmek, które miały odwagę stanąć przed sądem ze swoimi oprawcami. System wojskowej prokuratury i sądów stał wówczas murem po stronie sprawców, a nie ofiar. Te kobiety poświęciły zdrowie, karierę i życie prywatne, ale wygrały. Dzięki ich heroizmowi dziś mężczyźni w mundurach wiedzą, że molestowanie może skończyć się zarzutami, wydaleniem ze służby i realnymi konsekwencjami. Wojsko musiało wdrożyć nowe procedury i obowiązkowe szkolenia.

— Początkowo pierwsze kobiety na stanowiskach dowódczych próbowały być „bardziej męskie od mężczyzn”, niezwykle ostre, wręcz okrutne w egzekwowaniu rozkazów, bo musiały udowodnić swoją wartość. Z czasem to minęło. Spójrzmy na panią pułkownik Izabelę Wizłę — pierwszą kobietę dowodzącą dużymi jednostkami liniowymi, m.in. 21. Brygadą Strzelców Podhalańskich. To była dowódczyni bez kompleksów, żołnierz z krwi i kości, szanowana zarówno przez podwładnych, jak i przełożonych. Była naturalną kandydatką na pierwszego generała w spódnicy, a jej odejście z wojska to ogromna strata.

Niestety, wojsko to wciąż miniatura polskiego społeczeństwa, w której silnie rządzą układy, kliki i nepotyzm. Jeśli na najwyższych szczeblach dominują mężczyźni, kobieta musi być nie dwa, ale trzy razy lepsza, by przebić ten sufit towarzyskich zależności.

— Zdecydowanie tak. Współczesne pole walki to drony, łączność kosmiczna i systemy cyfrowe. Ślepa, fizyczna siła potrzebna do załadowania ciężkiej haubicy ustępuje miejsca kompetencjom analitycznym i technologicznym. Choć sama boleję nad tym, że w procesie rekrutacji i szkoleń obniża się wymagania sprawnościowe — bo dyscyplina i kondycja fizyczna wciąż są fundamentem żołnierskiego rzemiosła — to spodziewam się, że za 25 lat armia będzie składała się w połowie z kobiet i w połowie z mężczyzn. I stanie się to całkowicie naturalne.

— Niczym się nie różnimy. Z odsetkiem bliskim 18–20 proc. kobiet w szeregach dogoniliśmy standardy zachodnie. Amerykanie czy Brytyjczycy notują bardzo zbliżone wskaźniki. Sojusz wymusił na nas pewne standardy, ale kluczowy okazał się fakt, że mamy armię zawodową, ochotniczą. W warunkach, w których chętnych do noszenia broni brakuje, żadna nowoczesna armia nie może sobie pozwolić na luksus odrzucania połowy społeczeństwa.

— Ostatnie badania pokazują jasno: Polacy nie garną się do wojaczki, a społeczeństwo jest w miażdżącej większości przeciwne przywróceniu poboru. W obliczu realnego zagrożenia ze strony Rosji chętnych z karabinem w ręku nie byłoby zbyt wielu. Dawna armia z poboru kojarzy się z patologią i słynną „falą” — dobrze więc, że została zawieszona. Dziś to jest oczywiście historia. Gdyby jednak politycy zdecydowali się na odwieszenie powszechnej służby wojskowej — choć wywołałoby to gigantyczny opór społeczny — kobiety musiałyby mu podlegać na takich samych zasadach jak mężczyźni.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version