Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: Jest pan zażenowany tym, co dzieje się w Prawie i Sprawiedliwości, czy myśli pan po cichu, że jednak się dogadają?
Prof. Ryszard Legutko: Mówi się, że nadzieja umiera ostatnia, więc wciąż ją mam. Jednak nie wygląda to dobrze. Sytuacja zaszła już tak daleko, że nawet jeśli konflikt zostanie zaklajstrowany, nie będzie to rozwiązanie w pełni wiarygodne – za dużo się stało. Na tym pancerzu jest poważna rysa. Zwłaszcza że po ostatnim pojednaniu, parę miesięcy temu, większość z nas przyjmowała, że pierwsze koty za płoty i idziemy do przodu.
Dziś jednak obawiam się, że dojdzie do podziału. Padły słowa, których cofnąć się po prostu nie da.
Działacze mają czas na podjęcie decyzji do północy 23 lipca, czy zostają w stowarzyszeniu, czy trwają przy PiS. Czy na ostatniej prostej szable Mateusza Morawieckiego mogą się wykruszyć? Daniel Obajtek zadeklarował już na przykład, że podpisze lojalkę w PiS.
Finalnie przy Morawieckim zostanie mniejsza grupa. To są w większości ludzie inteligentni i politycznie rozumni. Wiedzą, że występując osobno w wyborach, są bez większych szans. Przekroczenie progu wyborczego byłoby dla nich szczytem marzeń.
Sondaże dają nowej formule Mateusza Morawieckiego niecałe 7 proc. a więc jest szansa na przekroczenie progu wyborczego.
Na początku zawsze pojawia się zainteresowanie nową partią, więc słupek skacze w górę, a potem spada. Pamiętamy PJN czy inne inicjatywy tego typu – ten mechanizm zawsze działa tak samo. Ale powtarzam: nie mogą liczyć na stabilny sukces. Nie ma szans, by w pełnym składzie znaleźli się ponownie w Sejmie, Senacie czy Parlamencie Europejskim.
Dlaczego?
Morawiecki nie jest typem porywającego tłumy lidera. Być może wielu szanuje go za pracowitość i skuteczność w budowaniu finansów państwa czy inwestycji, bo to robił bardzo dobrze. Jest jednak coś, z czego nie może się wyzwolić: to kwestia pandemicznych restrykcji.
Należę do osób, które by go w tej kwestii broniły, ale w sposób niezawiniony stał się tu „czarnym charakterem”. Do tego dochodzi Zielony Ład i polityka europejska. Miała być twarda, a skończyło się na wysypie „kamieni milowych”.
Mimo to uważa pan jego rządy za udane. Może myśli tak więcej wyborców?
Uważam, że to był rząd sukcesów – być może największych w całej historii po 1989 roku. Natomiast UE stała się organizacją, z którą nie da się normalnie pertraktować, opartą na coraz większym bezprawiu. Pokazuje to też paradoks psychologii społecznej: wobec takiego rządu udało się rozpętać masową nienawiść, przypominającą szał Kozaków w Ogniem i Mieczem, i odsunąć go od władzy w oparciu wyłącznie o hasło „8 gwiazdek”.
Wiele wskazuje na to, że Mateusz Morawiecki straci fotel przewodniczącego Partii Europejskich Konserwatorów i Reformatorów (EKR). Europosłanka Anna Zalewska twierdzi, że kandydata na to stanowisko wskazuje prezes partii, czyli Jarosław Kaczyński, więc sprawa wydaje się oczywista. To będzie cios dla byłego premiera?
To będzie cios, choć on jeszcze na tym stanowisku może trochę potrwać. Tam nie ma automatyzmu, to kwestia wewnętrznych negocjacji. Jeśli Morawiecki sam uniesie się honorem i rezygnuje – sprawa jest prosta. Jeśli jednak tego nie zrobi, pozbycie się go wymaga całej procedury i ustaleń.
Ile to może potrwać? Tygodnie, miesiące?
Może rok, a nawet dłużej. Pamiętam, jak Michał Kamiński był współprzewodniczącym EKR po wyjściu z PiS. Sporo czasu zajęło nam wtedy usunięcie go, bo partnerzy z innych krajów po prostu nie lubią gwałtownych ruchów i wolą zwlekać.
Wszystko zależy od tego, czy nasi zagraniczni partnerzy w ogóle będą chcieli się w ten konflikt angażować.















