Jeśli Władimir Putin nie martwiłby się upływającym w tej wyniszczającej wojnie czasem, czyniłoby go to najniebezpieczniejszym z hazardzistów. Takim, który jest przekonany, że kasyno jest mu coś winne.

Władimir Putin jest hazardzistą. Chłodnym, wyrachowanym i cierpliwym, ale jednak hazardzistą. Stół, przy którym od ponad czterech lat rozgrywa partię o Ukrainę, właśnie przyjmuje ostatnie zakłady. Z kośćmi w dłoni Putin szykuje się do kolejnego rzutu. Ale choć dotąd miał szczęście, fortuna właśnie przestaje mu sprzyjać.

Krwawy impas na froncie trwa mimo ogromnych rosyjskich strat, a linia walk zmienia się zaledwie o kilometry. Krym — perła w koronie rosyjskiej okupacji — staje się coraz bardziej odizolowany za sprawą ukraińskich ataków. Rosyjską gospodarkę dławią wysoka inflacja, rekordowe stopy procentowe i kryzys paliwowy, a uderzenia dalekiego zasięgu coraz częściej dosięgają samego serca państwa, zakłócając funkcjonowanie kluczowego sektora naftowego.

A na zakończenie szczytu NATO w Ankarze Donald Trump pochyla się do Wołodymyra Zełenskiego i zapewnia go, że Stany Zjednoczone udzielą Ukrainie licencji na produkcję systemów Patriot. „Pokażemy im, jak to się robi” — mówi amerykański prezydent.

To ogromne wsparcie dla Ukrainy, która od miesięcy jest pod stałym ostrzałem z powietrza i wielokrotnie błagała o więcej systemów obrony przeciwlotniczej, ale do tej pory spotykała się z powściągliwością ze strony Amerykanów.

Oczywiście, diabeł tkwi w szczegółach — a tych jeszcze nie ustalono. Trump przyznaje, że producenci nie zostali jeszcze poinformowani, a zakres licencji wciąż nie jest jasny (dotyczy samych pocisków przechwytujących czy całych systemów, produkcji w Ukrainie czy w Europie).

Przedstawiciele resortów obrony zwracają uwagę, że wyprodukowanie jednego pocisku przechwytującego może zająć ponad dwa lata, a sam Trump mówi, że Ameryka nie ma zbyt wielu takich rakiet na zbyciu. Jednak o wiele ważniejszy od harmonogramu produkcji jest tutaj sam sygnał strategiczny.

Patriot to jedyny system, który skutecznie niszczy rosyjskie pociski balistyczne wystrzeliwane na ukraińskie miasta, sieć energetyczną i fabryki zbrojeniowe. Wojna w Iranie wyczerpała światowe zapasy tego typu pocisków.

Licencjonowanie produkcji nie zmieni nieba nad Kijowem dzisiaj. Ale zmieni je już za rok. I to właśnie problem dla Putina, który być może wierzył, że w tej wyniszczającej wojnie czas działa na korzyść Kremla. Ataki z powietrza to obecnie jedna z kart Moskwy.

Dlatego jego następny ruch raczej nie będzie przypominał spektakularnej ofensywy rodem z rosyjskiej propagandy lub zachodnich koszmarów. Ostatni rzut kością Putina bardziej będzie przypominał skomasowaną kampanię presji.

Terror rakietowy, wyniszczające naloty z użyciem bomb szybujących na linii frontu, infiltracja ukraińskich pozycji przez niewielkie grupy szturmowe w Donbasie oraz dyplomatyczna presja na rozpoczęcie rozmów na warunkach Moskwy — wszystko to wpisuje się w wyścig z czasem. Kreml próbuje działać, zanim ukraińska obrona powietrzna i zdolności do przeprowadzania głębokich uderzeń znacząco się wzmocnią.

Powietrzna kampania Rosji już teraz prowadzona jest na granicy możliwości. Podczas trwającego 11 godzin ostrzału 2 lipca Rosja wystrzeliła 74 rakiety i 496 dronów. Atak zabił w Kijowie 31 osób i okazał się najkrwawszym uderzeniem na stolicę Ukrainy w tym roku.

Cztery dni później, a więc tuż przed szczytem NATO w Ankarze, Rosja przeprowadziła kolejną zmasowaną operację. W kierunku Ukrainy wysłano 68 rakiet i 351 dronów, z których większość była wymierzona w Kijów. Zginęło co najmniej 27 osób. Według ukraińskich władz przez obronę przeciwlotniczą przedarły się wszystkie z 29 użytych pocisków balistycznych.

Minister obrony Ukrainy Mychajło Fedorow przedstawił brutalną matematykę tej wojny: świat produkuje miesięcznie mniej pocisków zdolnych do przechwytywania rakiet balistycznych, niż Rosja jest w stanie wystrzelić w tym samym czasie. To równanie coraz mocniej obciąża ukraińską obronę powietrzną.

Po kolejnej fali ataków Zełenski zaapelował do sojuszników o zdecydowanie większe wsparcie. — Stany Zjednoczone i Europa mają wystarczająco dużo siły, by powstrzymać ten terror — mówił ukraiński prezydent.

Obecna kampania nie jest przejawem szaleńczej furii Putina ani dowodem utraty kontroli nad wydarzeniami. Przeciwnie. To konsekwentna realizacja kremlowskiej strategii.

Nowa analiza geograficznych wzorców rosyjskiej kampanii nacisku przygotowana przez think tank CSIS pokazuje, że Kreml dobiera cele z dużą precyzją. Uderzenia wymierzone są w miasta, infrastrukturę energetyczną i przemysł obronny nie tylko po to, by powodować zniszczenia, ale przede wszystkim, by wywoływać określony efekt polityczny.

Adresatami tych ataków nie są wyłącznie mieszkańcy Kijowa kryjący się w stacjach metra podczas alarmów. To także decydenci w Berlinie, Brukseli i Waszyngtonie. Przekaz Kremla pozostaje prosty: dalsze wspieranie Ukrainy będzie wiązało się z rosnącymi kosztami, podczas gdy Rosja wciąż zachowuje zdolność zadawania bólu — salwa po salwie, noc po nocy.

W tym tygodniu rosyjski resort obrony otwarcie połączył te dwa elementy. Zapowiedział, że każda kolejna eskalacja zachodnich dostaw uzbrojenia spotka się z jeszcze silniejszymi atakami odwetowymi. To logika odstraszania doprowadzona do skrajności: nie oko za oko, lecz raczej za jedno oko — dwoje oczu.

Problem Kremla polega jednak na tym, że okno możliwości zaczyna zamykać się także dla Rosji. Ukraińska kampania głębokich uderzeń, którą analitycy amerykańskiego think tanku ISW uznają za zapowiedź nowego etapu wojny, coraz boleśniej trafia w rosyjskie zaplecze. Ataki dotknęły między innymi największą rafinerię w Omsku, doprowadziły do poważnych zakłóceń na Krymie i zmusiły władze do nadzwyczajnych działań na rynku paliwowym obejmujących ograniczenia eksportu oraz zwiększony import produktów ropopochodnych.

Na okupowanym południu skutki tych operacji stają się coraz bardziej widoczne. Jak zauważają analitycy RUSI, brytyjskiego think tanku zajmującego się obronnością i bezpieczeństwem, rosyjska logistyka musi mierzyć się z problemami, na które Moskwa nie ma łatwej odpowiedzi. Most Krymski pozostaje zamknięty dla ciężarówek, przeprawy promowe są nieczynne, a konwoje zaopatrzeniowe poruszają się pod nieustanną groźbą ataków dronów.

Z każdym miesiącem najskuteczniejsze narzędzie nacisku Rosji traci swoją ostrość, a ukraińskie ataki stają się coraz skuteczniejsze. Putinowi kończy się czas — prezydent Rosji doskonale o tym wie.

Na lądzie walki przesuwają się coraz dalej za pas umocnień — objęły już Pokrowsk, najbliższym celem jest Konstantynówka, a dalej leżą Kramatorsk i Słowiańsk, miasta uchodzące za niemal niemożliwe do zdobycia.

Rosja zmieniła jednak sposób prowadzenia działań. Zamiast masowych uderzeń pancernych stawia na infiltrację. Niewielkie grupy żołnierzy przenikają między punktami oporu do szarej strefy, nad którą żadna ze stron nie sprawuje pełnej kontroli. Dzieje się to kosztem ogromnych strat w ludziach.

Według szacunków amerykańskiego think tanku CSIS (Center for Strategic and International Studies) rosyjskie straty od początku wojny sięgnęły już około 1,4 mln żołnierzy, z czego blisko 450 tys. miało zginąć. Wszystko to w zamian za ograniczone zdobycze terytorialne. Analitycy ISW wyliczają, że przy tempie strat notowanym w czerwcu zajęcie pozostałej części obwodu donieckiego kosztowałoby Rosję nawet 6,6 mln ludzi.

Ponieważ góry trumien nie są w stanie zapewnić Putinowi zwycięstwa na prowincji, Kreml sięga po sprawdzoną sowiecką metodę — polityczny teatr.

3 lipca Putin oznajmił swoim dowódcom, że Kostantynówka została zdobyta. Jak zwrócił jednak uwagę ISW, twierdzenie to stoi w sprzeczności ze wszystkimi dostępnymi dowodami. Jeszcze w połowie czerwca ukraińskie źródła szacowały liczbę rosyjskich żołnierzy w mieście na zaledwie 100-250, czyli mniej niż liczbę jego obrońców.

Zełenski nie zamierzał pozostawić tej deklaracji bez odpowiedzi. W ironicznym geście zaprosił Putina do rozmów pokojowych właśnie w Kostantynówce. Kreml odpowiedział sugestią, by to ukraiński prezydent przyjechał do Moskwy — co nawet Trump w Ankarze skwitował lekceważąco.

ISW określa te cykliczne deklaracje rzekomych sukcesów — pojawiające się od stycznia co najmniej raz w miesiącu — mianem wojny informacyjnej o percepcję.

Rosja wykorzystuje Kostantynówkę, by przekonywać, że Donieck lada chwila upadnie, więc oddanie go przy stole negocjacyjnym przedstawia Kijowowi i partnerom jako realistyczne rozwiązanie.

Ponieważ mapa frontu się nie zmienia, Putin narysował sobie własną i udaje, że jest prawdziwa.

Tu właśnie wchodzi dyplomacja — nie jako alternatywa dla kampanii militarnej, ale raczej jej przedłużenie.

Pod koniec czerwca Putin ogłosił gotowość do negocjacji z Ukrainą „na podstawie porozumień ze Stambułu”, czyli projektu z 2022 r. opartego na neutralności Ukrainy i ograniczonych gwarancjach bezpieczeństwa.

Szef MSZ Siergiej Ławrow odrzucił zamrożenie frontu jako warunek rozpoczęcia rozmów.

Do tego dochodzi niezmienne, forsowane od czasu szczytu w Anchorage w sierpniu ubiegłego roku żądanie Kremla, by Ukraina oddała cały Donieck — w tym tereny, których Rosja nie zdołała zdobyć. Widać wyraźnie, jakiego finału oczekuje Moskwa.

Putin chce zamrożenia konfliktu, które w najlepszym razie usankcjonuje obecne rosyjskie okupacje (a najlepiej je rozszerzy — choć to dziś mało realne, gdy pozycja Moskwy słabnie, a Kijowa rośnie), zablokuje Ukrainie drogę do NATO i sprawi, że gwarancje Zachodu będą symboliczne.

Próbując zrozumieć sposób myślenia Putina, Tatiana Stanovaya z ośrodka Carnegie Russia Eurasia Center, dochodzi do wniosku, że nie widzi on powodów, by zadowolić się czymś mniejszym niż pełna realizacja swoich celów.

W jego przekonaniu rosyjskie zwycięstwo jest nieuniknione, a każde zawieszenie broni dałoby Ukrainie jedynie czas na dozbrojenie i przegrupowanie sił. Według tej logiki rolą Europy powinno być skłonienie Kijowa do ustępstw.

Zajmujący się badaniem stosunków międzynarodowych brytyjski think tank Chatham House ostrzega, że porozumienie wymuszone w takich okolicznościach zamiasy wzmocnić bezpieczeństwo Ukrainy i Europy może mu zagrozić. „Zawieszenie broni, które jest pospieszne lub nieprecyzyjnie określone, może dać siłom rosyjskim okazję do przegrupowania i przezbrojenia, a jednocześnie pozwolić Kremlowi wywierać presję innymi metodami — cyberatakami, sabotażem czy ingerencją w wybory” — czytamy w raporcie.

Tymczasem Kremla chce sprawić, by sytuacja na froncie wydawała się Kijowowi gorsza, niż jest w rzeczywistości. Wówczas negocjacje można przedstawić nie jako rezultat presji, lecz jako gest dobrej woli wobec prezydenta USA. Opuszczając Ankarę, Trump mówił przecież o rychłym porozumieniu — i to chwilę po ogłoszeniu przez przywódców NATO decyzji o przeznaczeniu 80 mld dol. na wsparcie Ukrainy w tym roku.

Rzecznik Putina Dmitrij Pieskow tak podsumował w tym tygodniu przekaz Kremla: Rosja jest „gotowa na pokojowe rozwiązanie, ale ma też wystarczające możliwości, by działać samodzielnie”.

Rozmowy są tu po prostu kolejną formą presji, a Kreml nie ma złudzeń co do broni, która teraz napływa do Ukrainy.

Jest jeszcze najbardziej niepokojący, choć wciąż teoretyczny as w rękawie Putina. Rosyjski przywódca i jego otoczenie wielokrotnie sugerowali gotowość do użycia taktycznej broni jądrowej jako narzędzia zastraszenia Ukrainy i Zachodu. Taki ruch miałby wywołać szok polityczny, podważyć wolę dalszego oporu i zmusić przeciwników Rosji do ustępstw.

Jest jednak bardzo mało prawdopodobne, choć nie całkowicie wykluczone, że Putin posunie się do tak radykalnego kroku.

Użycie broni nuklearnej oznaczałoby utratę parasola dyplomatycznego i gospodarczego, jaki daje Pekin — prezydent Chin Xi Jinping wielokrotnie i publicznie sprzeciwiał się użyciu lub groźbie użycia atomu w tej wojnie.

Byłoby to również potwierdzenie wszystkich argumentów zwolenników bezpośredniej interwencji Zachodu — scenariusza, któremu Moskwa od czterech lat stara się zapobiec. Jednocześnie zniszczyłoby kreowany przez Kreml wizerunek rozsądnego rozjemcy, na którym opiera się obecna narracja wokół rozmów pokojowych.

To zakład, który nawet w przypadku wygranej oznaczałby porażkę. Nie można go całkowicie wykluczyć, ale wszystko wskazuje na to, że Putin przygotowuje się do innego rodzaju eskalacji. Jeśli sądzić po jego dotychczasowych działaniach, sięgnie raczej po Iskandery i Shahedy niż po nuklearne ultimata.

Prawdziwa wartość tej groźby leży w jej niepewności. To ona ma utrzymywać zachodnie stolice i społeczeństwa w stanie napięcia, podsycając obawy, że dalsze angażowanie się po stronie Ukrainy mogłoby uruchomić coś znacznie groźniejszego.

Rosyjscy dziennikarze piszący o polityce zagranicznej widzą sprawy inaczej.

Dmitrij Trenin, prezes Rosyjskiej Rady ds. Międzynarodowych (RIAC), napisał w czerwcu, że Rosja jest „coraz bardziej skupiona na sobie” i dlatego „jej polityka będzie raczej pragmatyczna”, kierowana „interesami gospodarczymi, a nie ambicjami geopolitycznymi”.

„Wojna w Ukrainie to bolesny, ale realistyczny sprawdzian zdolności Rosji do ochrony i realizacji swoich kluczowych interesów. Wyniki, które już widać, są zarówno pozytywne, jak i otrzeźwiające” — stwierdził Trenin.

Odporność kraju na presję Zachodu określił jako „fenomenalną”. Napisał też, że Rosja „była w stanie prowadzić i wygrać ograniczoną wojnę konwencjonalną z państwem średniej wielkości, wspieranym przez potęgę USA i NATO”.

„W trakcie tej walki Rosja utrzymała też bliskich przyjaciół i partnerów poza Zachodem” — dodał Trenin. — „Sama wojna stała się impulsem do rozwiązania wielu problemów wewnętrznych, które ciągnęły się od upadku ZSRR”.

Wymienił również minusy. Jego zdaniem były to: „udana kampania prania mózgów” przeciw Rosji na Ukrainie; fakt, że niemal wszystkie państwa na świecie opierają się na dolarze i zachodnim systemie finansowym; „ogromna siła „zachodnich mediów.

Rosyjski politolog Siergiej Karaganow, twardogłowy zwolennik Kremla, określił konflikt mianem „wojny światowej”, którą Rosja może wygrać, jeśli porzuci powściągliwość w użyciu broni atomowej.

Wezwał Kreml do rozwoju arsenału jądrowego i jego użycia, przekonując, że droga do zwycięstwa wiedzie przez asymetrię atomową, polityczną cierpliwość i gospodarcze wyczerpanie Zachodu.

Z kolei Richard Connolly z RUSI ostrzega, że same kłopoty ekonomiczne nie powstrzymają Rosji. Jak argumentuje, historia uczy, że wojny kończą się przez klęskę na polu bitwy, rozłam w elitach lub upadek reżimu, a nie z powodu wysokich kosztów.

Chatham House przyznaje, że putinowska dyplomacja w Azji pozwoliła Rosji uniknąć izolacji, do której dążył Zachód.

Premie za zaciąg wciąż zapełniają szeregi armii, bomby szybujące i drony Geran nadal schodzą z linii produkcyjnych, a jedność Zachodu pozostaje zakładnikiem kalendarzy wyborczych i — w dużej mierze — kaprysów Trumpa.

Według takiej interpretacji Putin nie potrzebuje żadnego ostatniego rzutu kością. Albo już wygrał, albo może rzucać dalej tak długo, aż pozostali gracze sami odejdą od stołu.

Rosja nie jest jednak w stanie prowadzić wojny w Ukrainie bez końca. Jej balistyczna przewaga będzie stopniowo maleć wraz z uruchamianiem licencyjnej produkcji systemów Patriot na Zachodzie, a z czasem także w Ukrainie. Słabnąć będzie również rosyjska pozycja na froncie lądowym, gdy ukraińskie drony coraz skuteczniej będą zakłócać logistykę, od której zależy powodzenie taktyki infiltracji. Według materiałów wideo zweryfikowanych przez ISW tej wiosny, w ciągu niespełna siedmiu tygodni zniszczono ponad 500 rosyjskich pojazdów zaopatrzeniowych.

Coraz wyraźniej widać też pęknięcia na rosyjskim zapleczu. Państwowe ośrodki badania opinii publicznej odnotowują najniższy od początku inwazji poziom zaufania do Putina, a analitycy amerykańskiego think tanku CEPA (Center for European Policy Analysis) interpretują narastające problemy Kremla jako strategiczną szansę dla Europy.

Jeżeli zaś Tatiana Stanovaya ma rację i Putin w ogóle nie dostrzega upływającego czasu, to nie jest to argument przeciwko przyspieszeniu działań, lecz właśnie za nim. Czyniłoby go to najniebezpieczniejszym z hazardzistów — takim, który jest przekonany, że kasyno jest mu coś winne.

Ostatni taktyczny rzut kością Putina to wyścig o zamianę ograniczonych i niezwykle kosztownych postępów na froncie w dyplomatyczny fakt dokonany — zanim licencyjna produkcja Patriotów, rosnący ukraiński przemysł dronowy i kampania głębokich uderzeń sprawią, że każda rosyjska salwa stanie się znacznie mniej opłacalna.

Przewaga uderzeniowa Ukrainy też jest tymczasowa — Rosja w końcu się zaadaptuje. Obydwie stolice grają teraz z czasem, dlatego właśnie najbliższe miesiące będą jeszcze głośniejsze, brutalniejsze i pełne nerwowej dyplomacji.

Jesienią warto obserwować trzy rzeczy:

  • tempo ataków balistycznych na Kijów i sieć energetyczną, gdy zbliża się sezon grzewczy;
  • czy Kostantynówka rzeczywiście padnie, a nie tylko na papierze Kremla;
  • dyplomatyczną choreografię ofert pokojowych, tak by pojawiały się w chwilach największego przygnębienia po stronie ukraińskiej.

Bo zakład Putina nie polega na tym, że Rosja może zdecydowanie wygrać tę wojnę — tego nie udało się osiągnąć militarnie mimo największych wysiłków przez ponad cztery lata.

Chodzi o to, czy Ukrainę i jej partnerów da się przekonać, że już przegrali — zanim zostaną uruchomione linie produkcyjne, które mogłyby udowodnić coś przeciwnego.

Podczas szczytu NATO w Ankarze można było odnieść wrażenie, że hazardzista zerka na zegarek i sprawdza stan portfela. Teraz potrząsa kośćmi przed kolejnym rzutem.

Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version