Prawo i Sprawiedliwość kończy 25 lat. Jarosław Kaczyński zbudował jego potęgę, wyciągając wnioski z klęsk prawicy i własnych porażek. Był bezwzględny, cyniczny i odwoływał się do niskich instynktów. A jednocześnie jak nikt rozumiał marzenia i lęki Polaków, czytał badania, prowadził kampanie wyborcze. Może i PiS jest dziś w najtrudniejszym momencie swojej historii, ale dziedzictwo prezesa zostanie z nami na długo.
Żeby zrozumieć fenomen Prawa i Sprawiedliwości, trzeba cofnąć się do roku 1997. Akcja Wyborcza Solidarność wygrywa wybory. W skład AWS wchodzą polityczne formacje szeroko rozumianej prawicy — przedstawiciele 13 partii i 17 różnych organizacji niepartyjnych związanych z Kościołem i Solidarnością. W tym przedstawiciele Porozumienia Centrum. I tu pierwszy raz Jarosław Kaczyński pokłócił się ze wszystkimi.
Tuż przed wyborami Kaczyński wystąpił z AWS, chociaż jego partia w koalicji została. Do Sejmu wszedł, ale z listy ROP Jana Olszewskiego. Wtedy zresztą jeszcze uważał za bardzo słabego polityka (to zmieniło się w ciągu ostatnich lat i jest jednym z przykładów używania przez prezesa historii do własnych politycznych celów). Do Sejmu weszła więc i partia, i jej przewodniczący, ale weszli oddzielnie.
AWS rządziła z Unią Wolności (UW). Targana konfliktami i wewnętrznymi napięciami, koalicja się rozpadła. Sama AWS też z trudem dotrwała do końca kadencji. Wybory przegrała z kretesem. A na szczątkach jej i UW wyrosły dwie siły, które od 20 lat na zmianę rządzą Polską. PiS powstało 13 czerwca 2001 r., a PO (obecnie KO) pół roku wcześniej.
Jak polska polityka kształtowała Jarosława Kaczyńskiego?
Dlaczego cała historia AWS jest istotna? To wtedy zaczął się kształtować Jarosław Kaczyński, jakiego znamy dzisiaj. W tamtym czasie zrozumiał jedną z prawd fundamentalnych dla jego formacji — nikt nie może być silniejszy od niego. Ani w partii, ani po prawej stronie barykady. Rozdrobnienie AWS, przekraczająca granice rozsądku liczba liderów, z których każdy (w tym on sam) ciągnął w swoją stronę, pokazały prezesowi, że musi być hegemonem.
22 października 1997 r. Konferencja prasowa liderów Porozumienia Centrum. Od lewej siedzą Lech Kaczyński, Ludwik Dorn i prezes PC Jarosław Kaczyński
Foto: Jacek Turczyk / PAP
Wygrana SLD w wyborach i czwarte miejsce PiS w wyborach z 2001 r. (za PO i Samoobroną) były dla Jarosława Kaczyńskiego nauczką, że musi zagonić wszystkie prawicowe partie i partyjki do jednego namiotu. SLD wygrało, bo dokładnie to zrobiło na lewicy. I skorzystało na domowej wojnie, która toczyła rozdrobnioną prawicę.
Wynik Samoobrony też natchnął Kaczyńskiego. Andrzej Lepper był wtedy ludowym trybunem, wyrazistym i ostrym. Chciał gonić każdego, kto nosił garnitur, a już najchętniej Leszka Balcerowicza. Nie chcę napisać, że Jarosław Kaczyński wzorował się na Andrzeju Lepperze, ale bacznie śledził i analizował jego polityczne poczynania. Pierwszy raz do Sejmu weszło ugrupowanie kompletnie spoza układu i to z naprawdę dużym poparciem (ponad 10 proc.).
Sejm z lat 2001-2005 ostatecznie ukształtował politycznie prezesa i pokazał mu, czego chce dla siebie i swojej partii.
Pierwsze miesiące Prawa i Sprawiedliwości. Jarosław Kaczyński odsłania billboard PiS na wybory w 2001 r.
Foto: Jacek Turczyk / PAP
PiS wygrało wybory w 2005 r., chociaż wszystkie sondaże mówiły, że wygra Platforma. Podobnie było z wyborami prezydenckimi. Sondaże dla Tuska były bardzo dobre. Wygrał pierwszą turę, ale jego sztab nie zauważył zmiany trendu i nie zareagował wystarczająco szybko.
Po tym nastąpiły rozmowy koalicyjne z PO, z którą PiS miało stworzyć rząd. I szły jak po grudzie, głównie dlatego, że PO nie zamierzała się z PiS-em dogadać. Nieustannie pojawiały się nowe żądania. Już sam pomysł rozmów koalicyjnych przed kamerami był sygnałem, że nic z tego nie będzie. A koncepcja, że to mniejsze PO ma mieć premiera (Jana Marię Rokitę), była zwyczajnie kuriozalna.
PiS musiało powołać rząd mniejszościowy, ale prezes znowu coś zrozumiał — żadnych koalicyjnych przymiarek przed wyborami. Przed wyborami trzeba robić wszystko, żeby wygrać samodzielnie. Dlatego prezes teraz nie mówi już o nikim „z nimi będziemy rządzić”. Zawsze przekonuje swoich wyborców, że będzie rządził sam. Dowiedział się też, że w polityce nie ma żadnych przyjaźni. Platforma po wyborach 2005 była bardzo ostrą opozycją. I na koniec utwierdził się w przekonaniu, że nie może mieć samodzielnych koalicjantów. LPR i Samoobrona, które w końcu stworzyły z PiS gabinet, były za silne, żeby je w pełni podporządkować. Przy okazji jednak dowiedzieliśmy się o prezesie, że pójdzie na układ z każdym i powie wszystko, jeśli opłaci mu się to politycznie.
Po kampanii 2005 prezes zrozumiał coś jeszcze — cel uświęca w polityce środki. Wtedy Jacek Kurski odpalający „dziadka z Wehrmachtu” przeciwko Donaldowi Tuskowi wyleciał z partii. Dzisiaj prezes by go nie wyrzucił. Oczywiście był też wtedy pod wpływem Lecha Kaczyńskiego, który miał więcej politycznych skrupułów. Jednak dzisiaj Jarosław Kaczyński nie wyrzuca z partii nikogo, kto kłamie, obraża innych czy zwyczajnie jest chamem. Wylecieć można wyłącznie za konszachty z polityczną konkurencją czy ideologiczną chwiejność. Za brak przyzwoitości już nie.
Oczywiście w historii Jarosława Kaczyńskiego, także tej politycznej, nie można pominąć Smoleńska. Ta katastrofa i jej konsekwencje wydobyły z prezesa cechy, które wcześniej tylko można było podejrzewać. Oczywiście czuje do tej pory ludzki ból związany ze stratą brata i przyjaciół. Ale jednocześnie postanowił ten ból wykorzystać do politycznej zemsty.
Jak Jarosław Kaczyński ukształtował polską politykę
Niezależnie od tego, czy ktoś uważa Jarosława Kaczyńskiego za wybitnego stratega czy tylko za kogoś, kto ma trochę szczęścia, to ostatnie 25 lat jest także jego dziełem.
Co zatem zawdzięczamy prezesowi Kaczyńskiemu? Są to rzeczy ważne i błahe, pozytywne i bardzo negatywne.
Po pierwsze, duopol, w jakim tkwimy od niemal 25 lat, niewątpliwie jest właśnie dziełem Jarosława Kaczyńskiego. Z historii AWS wysnuł wniosek, że musi dążyć do zbudowania jednego bloku polskiej prawicy. I na ponad dekadę uspokoił tę stronę sceny politycznej, co pozwoliło prawicy (przez cały ten czas) czterokrotnie wygrać wybory parlamentarne. Jednocześnie jednak taktyka „mordowania” wszystkiego, co pojawia się po tej stronie sceny, miała poważną wadę. W 2023 r. doprowadziła do tego, że prezes nie miał z kim stworzyć koalicji i stracił władzę.
Po drugie, w 2005 r. prezes zrozumiał też, że premier, którego wybierze, musi być od niego w pełni zależny. Kazimierz Marcinkiewicz był błędem, bo wbrew pozorom dostał za dużo niezależności. Był wyborem, który miał ułatwić rozmowy z PO i to doprowadziło do sytuacji, w której prezes musiał go odwołać. Marcinkiewicz bez wiedzy i zgody prezesa spotkał się z Tuskiem w Sopocie. To był krok za daleko. Od tej chwili prezes wybiera ludzi, którzy bez niego nic nie znaczą. Dlatego przez niemal dekadę z tych 25 lat rząd był kierowany z tylnego siedzenia, a premierzy, zanim podjęli decyzję, jechali do centrali PiS na Nowogrodzką.
10 listopada 2005 r. Prezes PiS Jarosław Kaczyński i nowy premier Kazimierz Marcinkiewicz tuż po uzyskaniu wotum zaufania
Foto: Tomasz Gzell / PAP
Po trzecie, prezes zafundował nam nie tylko partyjny duopol, ale polaryzację społeczeństwa, o jakiej nikomu 25 lat temu by się nie śniło. Nawet po upadku komuny polskie rodziny nie były tak podzielone politycznie jak teraz. Oczywiście można powiedzieć, że to tak samo wina Donalda Tuska, który w tym układzie tkwi tak długo jak prezes. Wróćmy jednak pamięcią do kampanii z 2005 r. To PiS zaproponowało podział, który pielęgnuje i rozbudowuje od 20 lat — podział na Polskę solidarną i Polskę liberalną. W tamtej kampanii (biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy, bardzo niewinnej) to się sprawdziło. Nie zadziałało jednak tak, jak powinno zadziałać. Spoty wyborcze były raczej zabawne i były przyjacielskimi kuksańcami, ale już wtedy PiS pokazywało w nich elity spod znaku PO oderwane od większości społeczeństwa. Ta sama narracja towarzyszy nam co wybory. Tyle że jest coraz bardziej agresywna i coraz mocniej dzieli wyborców.
Prezesowi zawdzięczamy też spłaszczenie polityki do stopnia, który w chwili powstawania PiS był po prostu niewyobrażalny. To prezes sprowadził poważne problemy do prostych kampanijnych haseł. Pierwszy z liderów dużych, poważnych partii zrozumiał, że wystarczy jeden dobry slogan, jedna duża spełniona obietnica. 100 konkretów jest zupełnie bez sensu, bo wyborcy i tak ich nie zapamiętają. Zapamiętają „500 plus” nawet jeśli to jedyny punkt, który jest od 10 lat odpowiedzią na wszystkie pytania o zrealizowany program PiS.
Media, kasa i badania. Jak Jarosław Kaczyński zbudował potęgę PiS
To Jarosław Kaczyński pojął też, jak ważne są media publiczne w sprawowaniu władzy i co dzięki nim można zrobić. PO, sprawując władzę przez dekadę, uznawało, że media publiczne są właściwie bez znaczenia. Prezes doskonale wiedział, że mają kolosalne znaczenie. I że trzeba mieć TVP, której prezes zawsze odbierze telefon. I nie chodzi wyłącznie o to, że ma w największym programie informacyjnym dawać takie, a nie inne materiały. Przede wszystkim chodzi o to, żeby kształtować gusta wyborców. Prezes zrozumiał, że sprzyjanie powszechnym gustom buduje jego elektorat, który w końcu czuje, że odzyskał wpływ.
Jarosław Kaczyński niestety dał nam też w życiu publicznym absolutną bezczelność w uprawianiu polityki w tym najgorszym możliwym stylu. Tworzenie dziesiątków funduszy, stowarzyszeń, fundacji i instytutów żyjących z państwowej kasy. Tworzenie prawa, które miało zagwarantować nietykalność swoim. Tworzenie instytucji, które miały zastąpić te opisane w Konstytucji. Tworzenie w końcu politycznych narracji opartych na półprawdach, kłamstwach i manipulacjach. Prezes po prostu najwcześniej zrozumiał, że kłamstwo zdąży trzy razy okrążyć Ziemię, zanim prawda zawiąże buty. A proste zdania trafiają najlepiej. Po co tłumaczyć zawiłości polityki unijnej, skoro można powiedzieć, że Bruksela „każe nam jeść robaki”? Po co budować rozsądną politykę społeczną, skoro wystarczy „dać” 500 plus, a później podnieść je do 800 plus? Po co budować system nowoczesnej edukacji, skoro można zlikwidować gimnazja i udawać, że to załatwia wszystkie problemy?
Jarosław Kaczyński w czasie kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi w 2019 r.
Foto: Jan Karwowski / PAP
Jednocześnie jednak prezes najlepiej na polskiej scenie politycznej rozumie istotę dokładnych badań elektoratu. Prezes nie tworzy strachów polskich, prezes wyciąga na światło dzienne te już istniejące. Ma swoich zaufanych badaczy, analityków, socjologów, którzy sprawdzają, co Polakom w duszy gra i to jest podstawą kampanii PiS. Zawsze, kiedy PiS wygrywało, to właśnie dlatego, że umiało przewidzieć, o czym Polacy marzą i czego się boją. W 2015 r. uderzyło w obawy, w 2019 przemówiło do marzeń. To prezes pierwszy zrozumiał, że wyborcy chcą Polski, która będzie potęgą w regionie. Chcą wielkich inwestycji jak CPK czy przekop Mierzei Wiślanej. To nie są megalomańskie fantazje Jarosława Kaczyńskiego. To po prostu próba znalezienia klucza do marzeń Polaków.
Dzięki temu PiS dało nam naprawdę dobre kampanie wyborcze. Wbrew powszechnej opinii znacznie lepiej nauczyło się walczyć o głosy „w amerykańskim stylu” niż Platforma. Korzysta z lepszych specjalistów i przede wszystkim nie pokłada wiary wyłącznie w swoich spin doktorach.
Co zostanie po PiS?
Po prezesie Kaczyńskim w polityce zostanie też wieczne żądanie przeprosin od politycznej konkurencji. Żadna inna partia nie umie żądać przeprosin tak jak PiS. Przepraszać trzeba za wszystko i za każdego. PiS natomiast nie przeprasza za nic i nigdy. Ani za Mateckiego, ani za Mejzę, ani za Porzucka, ani za kłamstwa, ani za chamstwo, ani za pijaństwo. Prezes uczynił z ignorowania takich zdarzeń we własnych szeregach sztukę politycznej rozgrywki.
To Jarosławowi Kaczyńskiemu zawdzięczamy też powstanie Konfederacji i Korony Brauna. To prezes PiS, chcąc zagospodarować całą prawą stronę sceny politycznej, zaczął mrugać okiem do radykałów, dopieszczać ksenofobów i rasistów. To jego partia i jego media budziły nienawiść do całych grup społecznych. A obudzone raz demony już nie zasną, nawet na życzenie prezesa.
Ale to, co najważniejsze, dostaliśmy od PiS-u, to świadomość, że nie da się państwa zabezpieczyć przed tymi, którzy chcą je przejąć. Że każdy bezpiecznik da się albo wymontować. Że nasza Konstytucja wymaga zmiany, że jest nieprecyzyjna i pozostawia zbyt wiele pól interpretacji i że w końcu będziemy musieli o tym poważnie porozmawiać. To jednak będziemy musieli zrobić, kiedy prezes uzna, że zostawił po sobie już wystarczająco dużo, żeby odejść.




