Nie planował tu gotować. Polska miała być tylko czterodniowym wypadem z Londynu. Dziś Laurentiu Zediu, znany jako Chef Lorek, gotuje polską kuchnię i powtarza: „To była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu”.

Gdy mieszkał w Londynie, pracował w kawiarni i otaczał się Polakami. To oni nauczyli go śpiewać „Mydełko Fa” i zaproponowali krótki wyjazd do ich ojczyzny. To zmieniło całe jego życie. — Byłem singlem, na takim etapie życia mówi się: dobra, jedziemy — wspomina. Był jednak problem: język, piękny, ale skomplikowany. — Rumuński jest językiem romańskim, a polski? Trudniejszy niż chiński — śmieje się dziś.

Z Rumunii, gdzie dorastał, pojechał za pracą najpierw do Hiszpanii. Tam w szklarniach zbierał pomidory i ogórki. Następnie do Londynu, gdzie w centrum handlowym sprzedawał kosmetyki, a potem trafił do jednej z kawiarni. Tam też nie było lekko — praktycznie nigdy nie miał wolnych weekendów.

— Miałem tam parę przyjaciół — Beatę i Mateusza — którzy zaprosili mnie na czterodniowy wyjazd do Polski. Słyszałem o waszym kraju bardzo dużo, bo obracałem się w środowisku Polaków. Pierwsze dwa dni spędziliśmy w Zakopanem, a potem wróciliśmy do Krakowa na naprawdę dobrą imprezę — opowiada.

Kiedy kawiarnia, w której pracował, zbankrutowała, Lorek już nie miał wymówki, że w Londynie ma stabilną pracę. Wrócił do Polski i trafił do korporacji.

— Byłem młody, miałem 22 lata. W tym wieku człowiek myśli, że wszystko jest możliwe, świat wtedy stoi przed nim otworem i chce się z niego korzystać. Życie korporacyjne jest tym, o czym wielu marzy. Praca od poniedziałku do piątku, wolne weekendy, 20 dni urlopu — było naprawdę dobrze. A wieczorem domówki, imprezy, poznawanie ludzi, rozmowy. Nie myślałem wtedy o przyszłości, karierze, że Polska stanie się moim domem. Chodziło o chwilę, żeby się bawić, być z innymi ludźmi — wspomina.

W jakim stopniu to życie było różne od tego, jakie prowadził w Rumunii?

— Rumuni są trochę bardziej otwarci, poza tym jesteśmy do was bardzo podobni — uważa Chef Lorek.

Na początku nie myślał o nauce języka polskiego. Znał angielski i wydawało mu się, że to wystarczy.

— W klubach i na domówkach muzyka jest głośna, każdy się śmieje, tańczy, nikt nie słyszy, co mówisz. Wtedy język przestaje mieć znaczenie, bo liczy się energia i atmosfera. Ale w domach przy stole, w kuchni wszystko było zupełnie inne. Rozmowy toczyły się po polsku i zostawałem z boku, trochę wykluczony. Na początku próbowałem wtrącać coś po angielsku, bo myślałem, że to pomoże, ktoś może się ode mnie czegoś nauczyć, ale szybko zorientowałem się, że to nie działa. Ludzie chcieli mówić swoim językiem i musiałem się do tego dopasować — mówi.

Zaczął od małych kroków, kilku słów, zdań. — To była najpiękniejsza nauka języka, jaką mogłem sobie wyobrazić — bez podręczników, kursów, tylko w codziennym kontakcie z ludźmi — wspomina z uśmiechem.

Dziś ma bogate słownictwo i ledwo wyczuwalny akcent.

— Polacy, których spotykałem, byli życzliwi. Gdy widzieli, że się staram, nikt się nie śmiał, nie odpychał. Ktoś brał mnie do innego pokoju, gdzie było ciszej, i mówił: „Teraz gadamy po polsku”. Cierpliwie powtarzali słowa, tłumaczyli kontekst. To była szkoła życia i piękny gest przyjęcia mnie do wspólnoty. Do dziś jestem za to Polsce i Polakom ogromnie wdzięczny — podkreśla.

Gotowanie było obecne w jego życiu od zawsze, w domu rodzinnym kuchnia była sercem domu. Ojciec spędzał tam całe weekendy.

— Gotował, próbował, tańczył między garnkami, a ja patrzyłem z zachwytem. Mówił: „Boże, jakie to będzie dobre, jak wam to wszystko będzie smakowało”. Cała jego radość, energia i miłość do gotowania były zaraźliwe. Dwa lata temu odszedł, ale te wspomnienia są wciąż żywe — opowiada. — Dziś wszyscy mówią: gotuj z miłością, ale dla mnie to nie jest slogan. To cała filozofia, która przekłada się na każdy talerz, potrawę i na wszystko, co robisz w życiu — dodaje.

Kiedy przyjechał do Polski, nie wiedział nic o tutejszej kuchni.

— Czasami moi przyjaciele mówili o pierogach, ale nigdy nie miałem okazji spróbować. Przeżyłem szok kulturowy, szczególnie w Wigilię. W Rumunii podaje się tego dnia mięso. W Polsce — nie. Szokiem był też polski obiad: mięso, surówki, ziemniaki, a ja zapytałem: „A gdzie jest chleb?”. Bo w Rumunii musi być do wszystkiego. Jeśli na stole go nie ma, to znaczy, że jesteś naprawdę biedny. Są osoby, które jedzą spaghetti z chlebem.

Udział w „MasterChefie” nie był planem na życie. W tym czasie Lorek pracował w korporacji, miał wolne wieczory i weekendy. Dobrze radził sobie zawodowo i dostał tablet w nagrodę za dobre wyniki w sprzedaży. I właśnie ten tablet odmienił jego codzienność.

— Wracałem do domu, kładłem się na kanapie i przez dwie, trzy godziny oglądałem filmy kulinarne na YouTubie. Techniki, przepisy, inspiracje — wszystko mnie wciągało. To była moja szkoła, świat eksperymentów, zabawy i nauki. Zawsze lubiłem gotować, ale dopiero wtedy zacząłem to robić świadomie, próbowałem szukać swojej drogi — wspomina.

Na początku gotował bardzo tłusto, dużo smażenia, pizzy, słodyczy. Pierwszy rok w Polsce skończył się przybraniem na wadze ponad 10 kilogramów. Z czasem zaczął szukać równowagi, zdrowia, harmonii.

Sam program „MasterChef” wspomina jako jeden z najbardziej intensywnych okresów w życiu.

— Czternastu finalistów, zamknięci na kampusie, każdy z pasją, historią i marzeniami. Spędzaliśmy całe dni razem, każdy dzień był inny. Raz czułem się jak na szczycie świata, a zaraz bałem się, że odpadnę. Emocje ogromne, serce cały czas w gardle — opowiada. — Nauczyłem się przede wszystkim pewności siebie i wiary w to, co robię. Również prostoty, wcześniej myślałem, że na talerzu trzeba pokazać mnogość pomysłów i składników. Teraz wiem, że trzy dobrze dobrane składniki mogą smakować lepiej niż osiem przypadkowych. Prostota i jakość zwyciężają.

Trudnym, ale cennym doświadczeniem była też praca z kamerą.

— Reporterzy pracujący przy programie celowo podkręcali emocje, podchodzili w ostatnich minutach gotowania i mówili: „Twój talerz nie wygląda na godny »MasterChefa«”. Panikowałem, myślałem, że idę do domu, a oni się uśmiechali. To było zarazem przerażające i zabawne. Ale nauczyło mnie jednego — trzeba być tu i teraz, w każdej sytuacji, niezależnie od stresu — opowiada.

Najtrudniejszy moment przyszedł po zakończeniu programu. — „MasterChef” był jak bajka — świat odcięty od codzienności, pracy, rachunków. Kiedy to się skończyło, trudno było wrócić do rzeczywistości. Przez kilka miesięcy czułem pustkę, miałem wrażenie, że część mnie została na planie, brakowało mi adrenaliny, energii i wspólnoty — wspomina.

Wrócił do pracy, miał dobre wyniki, ale ciągnęło go do gotowania. Zaczął prowadzić swój profil na Instagramie, był zapraszany na eventy jako kucharz. — W biurze siedziałem też w telefonie. No i moja szefowa powiedziała: „Lorek, masz dobre rezultaty, ale twoi koledzy widzą, ile dajesz z siebie”. W końcu zdecydowałem, że po sześciu latach muszę zrezygnować z korporacji.

31 stycznia 2020 r. był ostatnim dniem tego etapu, a plany na najbliższe miesiące początkiem nowego. Ale wtedy przyszła pandemia covid.

— Wszystkie eventy, w których miałem uczestniczyć, zostały odwołane. Myślałem: jestem chyba najgłupszym człowiekiem na świecie. Mogłem pracować w korporacji, dostawać co miesiąc wynagrodzenie i być bezpieczny. Ale potem zrozumiałem coś ważnego — czasami, nawet jeśli nie jesteś przygotowany, ale jesteś gotowy, to pojawiają się w twoim życiu właściwe okazje. Przygotowanie i gotowość to dwie różne rzeczy — mówi.

Zaczął dostawać mnóstwo ofert od ludzi, z którymi wcześniej pracował, a zmieniali pracę i stawali się menedżerami w nowych firmach. Musiał kupić sprzęt — dwie kamery, dobre miksery, wszystko do prowadzenia warsztatów kulinarnych na żywo. Potem odezwali się do niego ludzie z Polskiego Instytutu Kultury w Bukareszcie: bardzo nam się podoba, co robisz. Teraz promujesz Rumunię w Polsce, a może byś przyjechał do Rumunii i promował Polskę? — usłyszał.

Tak powstał projekt „Gotuj z polskim akcentem”. To były jego pierwsze filmy nagrywane i montowane samodzielnie na YouTubie. Nie były idealne, ale odbiór był dobry. Rumuni zaczęli gotować ogórkową, żurek, pierogi. Rok później jeździł już po całej Rumunii — szkoły, pokazy dla ambasadorów, pracy miał coraz więcej.

Cztery lata temu trafił do „Pytania na śniadanie” w TVP jako ekspert o kuchni bałkańskiej. Wypadł na tyle dobrze, że zaproponowano mu prowadzenie kącika kulinarnego.

Dziś ma rodzinę: partnerkę Barbarę i dwie córki. Najmłodsza ma nieco ponad dwa lata i już pomaga w kuchni.

— Lepi pierogi, kręci maszynkę do mięsa. Mówię do niej po rumuńsku, ona odpowiada po polsku. To piękne — patrzeć, jak dziecko uczy się świata, języków i smaku jednocześnie, w naturalny sposób, bez przymusu, po prostu przez zabawę — opowiada z dumą.

Partnerka Barbara nie gotuje, ale prosi Laurentiu, aby w domu nie szalał z przepisami i przygotowywał polskie klasyczne potrawy. Sam musiał nauczyć się wielu rzeczy, które w Rumunii nie były oczywiste — choćby roli surówek. Jednak jest przekonany, że kuchnia polska jest w top 3 najlepszych kuchni narodowych. Rumuńską kocha najbardziej i zawsze stara się do tradycyjnych polskich potraw przemycić coś z bałkańskim twistem. Najukochańsze polskie danie to pierogi, ale z bryndzą, do tego pyszny sos z porem.

— W Rumunii jemy bardzo sycąco — dużo potraw typu gulasz, mięsa w sosach. Do tego zazwyczaj purée ziemniaczane albo inne dodatki skrobiowe. Sałatki pojawiają się rzadko, najczęściej w najprostszej formie. Za to jest dużo chleba albo mamałygi [tradycyjna, gęsta potrawa z gotowanej mąki lub kaszy kukurydzianej, stanowiąca kulturowy odpowiednik ziemniaków lub chleba — red.], naszej narodowej podstawy. W Polsce niemal zawsze do obiadu pojawia się surówka. Dziś rozumiem, jak to dobre rozwiązanie — posiłek jest lepiej zbilansowany. Kiedyś po dłuższym czasie w Rumunii wróciłem do Polski, byłem dosłownie spuchnięty. Zjadłem tam tak dużo chleba, że organizm zaczął zatrzymywać wodę. Czułem się ciężko, bez energii. To była dla mnie dobra lekcja — mówi.

— Polacy zaczynają podróżować, odkrywają nowe smaki. Często rozmawiam z ludźmi i słyszę: „Zwiedziliśmy trochę świata, ale zawsze wracamy tutaj z przyjemnością. Nie ma lepszego kraju niż nasz. Wszystko tu jest czyste, bezpieczne, rozwija się pięknie, komunikacja świetna, ludzie wspaniali”. Polacy zaczynają doceniać swoją ojczyznę.

Lorek widzi też, że Polacy wracają do starych przepisów, przetwarzają je i dzielą się swoimi wrażeniami w internecie. — To cudowne, jak żywa książka kucharska, którą codziennie piszemy na nowo. Bardzo bym chciał, żeby Rumuni robili to samo — marzy Chef Lorek.

Bo jedzenie, podkreśla, nie jest paliwem, ale relacją z drugim człowiekiem, domem i historią. Ten rumuński kucharz, zakochany w Polce, swoich córkach i naszej kuchni, dałby się pokroić za kremówkę. Nie ma dania czy produktu, którego by nie lubił (no, może nie jest fanem purée ze szpinaku bez smaku). Trochę żałuje, że Polska nie ma takiego street foodu jak w Stanach czy w Azji. Jednak, jak podkreśla, w Polsce znalazł coś innego, równie wartościowego.

— Macie wspaniałe koła gospodyń wiejskich, które kultywują tradycję kulinarną i dzięki nim wciąż są odkrywane i przygotowywane wspaniałe dania regionalne. Bardzo cenię też bary mleczne, w których jedzenie nadal jest autentyczne, możesz poczuć rękę, serce i historię osoby, która je przygotowała. To są prawdziwe smaki i emocje. I to właśnie do tej prawdy wracam w swojej kuchni, niezależnie od formy i miejsca — podsumowuje Chef Lorek.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version