Brytyjczycy po dekadzie rujnowania państwa coraz częściej mówią w sondażach, że woleliby wrócić do Unii Europejskiej.

Dziesięć lat temu Brytyjczycy zdumieli świat, głosując za wyjściem z Unii Europejskiej, w której odgrywali jedną z głównych ról, a przez to i na świecie byli ważni. Właśnie tam i wtedy populizm odniósł pierwsze wielkie zwycięstwo, zapisując się w historii, bo zmienił bieg dziejów. Pierwszy Trump był dopiero później.

Oba kraje — USA i UK — to te ostatnie, po których by się można było spodziewać szaleństwa. Ale jeśli możliwa była rewolucja komunistyczna w Rosji — państwie prawie bez klasy robotniczej — to możliwe jest samobójstwo demokracji liberalnej w jej ojczyźnie i matczyźnie. My przynajmniej poczuliśmy się trochę raźniej z Kaczyńskim i Dudą.

W tym samym 2016 r. wyemigrowało do Wielkiej Brytanii ponad 80 tys. Polaków. Ci, którzy zostali, mogli przynajmniej nazwać swoje dziecko Alan albo Bryan. Londyn był obok Nowego Jorku rozdającym karty na rynkach finansowych. Jeśli ktoś prowadził wielkie wojny, to Amerykanie i Brytyjczycy. W Unii wszyscy się ich bali, jakby mieli specjalne prawo weta. Bo w istocie warunki mieli specjalne. Rabat tu, opt-out tam. Co w zamian? Schengen — no, euro — no. Reszta — maybe.

Aż przyszło finalne „no” w głosowaniu za pozostaniem w UE. I wtedy Europa podzieliła się na wstającego z kolan leczonego (UK) i grupę kontrolną (UE minus UK), w tym Polskę. Obietnicą było uwolnienie brytyjskiej przedsiębiorczości spod jarzma europejskiej biurokracji, eksplozja eksportu, implozja imigracji, taki rabat, tylko na wszystko. Po dziesięciu latach mamy wyniki badania.

Amerykańskie National Bureau of Economic Research — instytucja równie podejrzana o „europejski federalizm” jak Teksas — szacuje, że do 2025 r. brexit obciął brytyjski PKB o 6-8 proc. w porównaniu ze scenariuszem pozostania w UE. Brytyjski budżet traci z tego powodu nawet 90 mld funtów rocznie w niezebranych podatkach. Według agencji Bloomberg nawet 100 mld funtów.

Grupa badana przerobiła też skutki polityczne. W dekadę Wielka Brytania miała sześcioro premierów — Camerona, May, Johnsona, Truss, Sunaka i Starmera. Cała energia państwa, które miało „odzyskać kontrolę”, poszła na chroniczne gaszenie pożarów i końca nie widać.

A grupa kontrolna? Polska przez ten sam czas była jednym z najszybciej rozwijających się krajów Europy. Dziesięć lat po brexicie w brytyjskim parlamencie wybuchła debata po publikacji statystyk Banku Światowego, pokazujących, że Polska w 2028 r. wyprzedzi Wielką Brytanię w PKB per capita (według parytetu siły nabywczej). Brytyjczycy zaczęli sprowadzać się do Polski, a Polacy wracać. Oczywiście statystyki oddają tylko jeden parametr, ale wniosek jest oczywisty: Brytyjczycy umoczyli, i to strasznie.

Inna sprawa, że jak się jest wyspą, okupowanym się ostatni raz było tysiąc lat temu, ma się broń atomową i nawet Parlament Europejski porozumiewa się ze sobą po angielsku, to można sobie wychodzić. My graniczymy nie z oceanem, tylko z Rosją. A mimo to rośnie grupa takich, którzy chcą zrobić Polsce to, co Wielka Brytania już zdążyła sobie zrobić i żałuje. Nie dość, że my rośliśmy, a tamci maleli, to wiedząc to właśnie, chcemy powtórki na sobie? Zapytacie: jakie my?! No my. Bo ponad połowa społeczeństwa głosowała za Karolem Nawrockim, a w sondażach ponad połowa głosuje na PiS-Konfederację-Koronę, czyli partie otwarcie lub nie wprost polexitowe.

To co by było, gdyby…? Gdybyśmy dziś zafundowali sobie polexit, nie testujemy niczego nowego, tylko wchodzimy w przewidywalny scenariusz. Dane mówią wprost: wyjście Polski z Unii obniżyłoby nasz PKB o 4-7 proc. w ciągu dekady, płace spadłyby o 8 proc., a eksport — zwłaszcza rolno‑spożywczy — mógłby się załamać nawet o połowę. Do tego dochodziłaby utrata unijnych funduszy, które od 2004 r. przyniosły nam ponad 268 mld euro netto.

Rynki finansowe mają na takie pomysły prosty sposób. Przy samej groźbie polexitu analitycy przewidują osłabienie złotego, wzrost zmienności kursu i wyższą premię za ryzyko na polskich aktywach, czyli droższy kredyt dla państwa, firm i zwykłych ludzi. Ledwo Polacy zaczęli masowo inwestować na giełdzie, zaraz dopadłaby ich depresja przez dryfujące latami indeksy.

Wyjście z UE zepchnęłoby nas z kategorii „rynek rozwinięty”, do której właśnie pukamy, do kategorii „rynek peryferyjny o podwyższonym ryzyku politycznym”. Brytyjczycy po dekadzie rujnowania państwa coraz częściej mówią w sondażach, że woleliby wrócić do Unii. My, znając już ich rachunek, naprawdę nie możemy się tłumaczyć, że nie czytaliśmy wyników eksperymentu. To co, Polacy? Jeszcze raz w historii chcemy umoczyć?

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version