Zanim kat strzelił im w tył głowy, podsądni składali samokrytyki, przyznawali się do niepopełnionych zbrodni i wydumanych spisków, licząc na łaskawość satrapy. Satrapa pławił się w ich strachu i poniżeniu. A wszystko zaczęło się od zabójstwa jednego z sekretarzy, ochrzczonego mianem „zbrodni stulecia”
Prawdziwych bądź urojonych przeciwników mordowano już od bolszewickiego zamachu stanu, zwanego wzniośle rewolucją październikową, jednak dopiero w sierpniu 1936 r. rozpoczęto serię oficjalnych czystek w samym aparacie władzy. Paranoja Stalina połączona z jego niebywałym cynizmem spowodowała, że nawet najwierniejsi pretorianie nie mogli być pewni, czy nie skończą z kulą w potylicy.
***
Pierwszy stalinowski proces pokazowy rozpoczął się 19 sierpnia 1936 r. w moskiewskim Domu Związków. Na sali zasiedli jako widzowie enkawudziści po cywilnemu, zagraniczni dziennikarze i dyplomaci. Przewodniczącym sądu był Wasilij Ulrich, z pochodzenia łotewski Niemiec, prokuratorem zaś Andriej Wyszynski, dla odmiany pochodzenia polskiego. Głównym, choć nieobecnym i nieoficjalnym oskarżycielem był jednak Gruzin Iosif Dżugaszwili. Ich ofiarami stało się szesnastu ledwo żywych, a już wkrótce martwych sowieckich aparatczyków, których Stalin postanowił zgładzić, by osiągnąć swój główny cel. Nie chodziło o żadną sprawiedliwość, a tym bardziej dobro kraju bądź bezpieczeństwo narodu. Stalin nie posiadał tak naprawdę żadnych idei. Oprócz jednej: wszelkimi sposobami zdobyć pełnię władzy i nigdy jej nie utracić.
Gdy w czerwcu 1934 r. Adolf Hitler rozprawił się w trakcie „nocy długich noży” z Ernstem Röhmem i jego SA, Stalin był dla kanclerza Rzeszy pełen podziwu. Komisarz ludowy Anastas Mikojan miał usłyszeć od „czerwonego cara” słowa: „Słyszałeś, co się stało w Niemczech? Zuch z tego Hitlera! Wspaniale! To dopiero zręczne posunięcie!”. A przecież już na długie lata przed dojściem Hitlera do władzy bolszewicy eliminowali konkurentów (mienszewików i eserowców), dokonywali zbrodni, często tak masowych jak kolektywizacja wsi i wywołanie wielkiego głodu w Ukrainie, gdzie liczba ofiar szła w miliony.
Jednak szybka, sprawna kasacja tych nazistów, którzy jak Röhm mogli zagrozić pozycji Hitlera, zainspirowała zachwyconego „nocą długich noży” Stalina, by niemieckie metody przenieść na radziecki grunt. Tyle że opakować je w „sprawiedliwość ludową”, a rozstrzelać nieprzyjaciół dopiero po procesie pokazowym.
***
Stalinowskie procesy pokazowe okazały się sztuką samą w sobie: powodowały paniczny lęk w całym aparacie, ale też doprowadzały do upokorzenia skazanych oraz mroziły i jednocześnie podniecały społeczeństwo. Zanim kat strzelił im w tył głowy, podsądni składali żałosne samokrytyki, przyznawali się do niepopełnionych zbrodni, wydumanych spisków i zdrad, licząc na łaskawość satrapy. Stalin nie był jednak łaskawy, ale perwersyjnie pławił się w ich strachu i poniżeniu. Był to bowiem człowiek kompletnie pozbawiony współczucia, nieodczuwający empatii, za to czerpiący satysfakcję ze swojego okrucieństwa.
O ile, w co trudno uwierzyć, jeszcze do 1932 r. miał mieć w sobie jakieś ludzkie emocje, o tyle po samobójczej śmierci żony Nadii musiały one zupełnie zniknąć. Jego narcystyczna obsesja na punkcie krzywd, jakich doznał, spowodowała, że nawet jej śmierć odebrał jako akt wrogi jemu samemu. Stalin ponoć uwielbiał użalać się nad sobą, ale też kochał wszystkie obłudne wyznania miłości, jakimi go obsypywano. Nie wierzył w prawdomówność pochlebców, ale napawał się ich poniżeniem i lizusostwem.
Dlatego realizował strategię niekończącej się wojny wewnętrznej, dzięki której wciąż mógł zasiadać na czerwonym tronie.
***
Jednak maszyna kosząca starych bolszewików — i obsługiwana przez innych bolszewików, z których wielu miało się stać też jej ofiarami — ruszyła na całego dopiero dzięki Siergiejowi Kirowowi, pierwszemu sekretarzowi partii w Leningradzie. A dokładniej dzięki zabójstwu Kirowa.
To była śmierć, która spadła Stalinowi z nieba. O ile oczywiście Stalin sam jej nie zaplanował. A jeśli nie zaplanował ani nie zorganizował, to na pewno nie zrobił nic, by jej zapobiec. Mimo że świeżo powołane do życia NKWD (zastąpiło wcześniejszą bezpiekę OGPU) nie tylko wiedziało, że pewien rozgoryczony i niezrównoważony młody człowiek Leonid Nikołajew ma zamiar odstrzelić któregoś z ważnych ludzi, ale i ułatwiło mu realizację jego desperackiego planu.
1 grudnia 1934 r. 48-letni Kirow, człowiek lubiany i w przeciwieństwie do Stalina pozbawiony prymitywnego okrucieństwa, wszedł do wielkiego gmachu Instytutu Smolnego w Leningradzie i ruszył do swojego gabinetu na drugim piętrze. Z dziwnych powodów osobisty ochroniarz tego niskiego, jowialnego, często serdecznie roześmianego bolszewika, niejaki Borisow, został gdzieś z tyłu. Gdy Kirow minął na korytarzu Nikołajewa, który jeszcze dziwniejszym zbiegiem okoliczności bez problemów wszedł do partyjnej twierdzy, zabójca poszedł za nim i strzelił z Nagana w głowę Kirowa. Kirow, umierając, nawet nie wypuścił z rąk teczki z dokumentami.
Była to sowiecka wersja podpalenia Reichstagu, po którym Hitler zlikwidował resztki wolności w Niemczech. Śmierć bardzo ważnego komisarza dała pretekst do rozprawy ze wszystkimi, którzy w jakikolwiek sposób mogli stanąć na drodze jedynowładztwa Stalina.
***
Aparat partyjny nie miał nic przeciwko temu, żeby wybijać „kułaków”, „białych”, biedne chłopstwo, a właściwie wszystkich obywateli wielkiego obozu koncentracyjnego, jakim stała się sowiecka Rosja. Ale czuli opór przed zabijaniem towarzyszy partyjnych — tutaj budziły się nagle ich ludzkie uczucia i wyrzuty sumienia. Robert Conquest, autor monumentalnej książki „Wielki terror”, nazwał to wprost: „Bezpartyjnych, tak jak w swoim czasie niewolników, w gruncie rzeczy nie uznawano za ludzi”. Cała opowieść o tym, że partia reprezentuje interesy klasy robotniczej, to był pic na wodę. Partia reprezentowała wyłącznie interesy partii.
Już w grudniu 1934 r. rozstrzelano siedzących w więzieniach „kontrrewolucjonistów”, niemających nic wspólnego ze śmiercią Kirowa. Usłużny sędzia dzwonił do Stalina po dyrektywy, Stalin mówił: „zakończcie to”, a po godzinie rzekomi „terroryści” szli pod ścianę. Tylko w feralnym grudniu rozstrzelano 6,5 tys. osób!
Karuzela przemocy tak się rozpędziła, że jej sprawcy nie potrafili się powstrzymać: wprowadzono karę śmierci od 12. roku życia, bo przecież dziecko też może być „terrorystą”.
***
Wyższy bieg wrzucono wiosną 1936 r.: wyłapywano wszystkich, którzy kiedyś byli trockistami, tym, którzy siedzieli w obozach, dodawano kolejne wyroki, ekspresowo przyklepywano im „terroryzm”, a to oznaczało, że za chwilę ich głowę roztrzaska kula z Nagana. Ale to pokazowy proces, zupełnie nowa jakość politycznej wojny, miał być główną atrakcją dla satrapy i jego dworu oraz dla ludu, który informowano za pomocą prasy, jak przebiega rozprawa z wrogami rewolucji.
Ojcem terroru był Lenin, który uważał, że „rewolucyjna przemoc musi być stosowana także przeciw chwiejnym i krnąbrnym elementom wśród samych mas pracujących”. Stalin (u którego nawet Lenin zauważył brak moralności i skrupułów) udoskonalił i zuniwersalizował tę ideę: przemoc należy stosować wobec wszystkich bez wyjątku. Choć oczywiście byli wrogowie pierwszego wyboru, wrogowie specjalni, a wśród nich poczesne miejsce zajmował Lew Trocki. Przez wielu uważany za naturalnego dziedzica Lenina, główny oponent Stalina, człowiek o wybitnej inteligencji, ale pozbawiony umiejętności makiawelicznej gry, stał się obsesją gruzińskiego zbrodniarza. „Soso”, jak pieszczotliwie nazywano obłąkanego intryganta, wszędzie szukał śladów Trockiego. Aby przypodobać się Stalinowi, tacy ludzie jak Grigorij Zinowjew i Lew Kamieniew na pewnym etapie wewnętrznych walk partyjnych byli antytrockistowscy jeszcze bardziej niż Stalin. Niebawem Zinowjew i Kamieniew zostali przez Stalina oskarżeni o zabójstwo Kirowa i spiskowanie z Trockim. Taka była mordercza logika stalinizmu.
***
Gdy tylko wieść o śmierci Kirowa dotarła do Stalina, ten już wydał wyrok na rzekomych zleceniodawców. Błyskawicznie stworzył dekret, na mocy którego „sprawcy aktów terrorystycznych” mieli być sądzeni w trybie ekspresowym, wyroki śmierci (bo jakież inne?) wykonywane natychmiast, a skazańcy pozbawieni prawa łaski. Stalin nie udawał nawet, że wszystko ma przebiegać wedle zasad Temidy. Prawo stanowił on — i on je egzekwował. Nawet jeśli nie osobiście, bo przecież w czasie procesu Zinowjewa i Kamieniewa oraz czternastu pozostałych oskarżonych przebywał w willi w Soczi. Przed wyjazdem wydał jasne dyspozycje: oskarżeni mają się przyznać do wszystkiego.
To z Soczi Stalin 18 sierpnia 1936 r. rozkazał, by proces tajnego „Zjednoczonego Centrum Trockistowsko-Zinowjewowskiego” odpowiedzialnego za śmierć Kirowa zaczął się następnego dnia.
Oskarżeni do wszystkiego się natychmiast przyznali, czym ponoć wprawili w zdumienie zagranicznych obserwatorów procesu. Najwyraźniej ludzie Zachodu jeszcze nie rozumieli genialnej maszynerii stalinowskich zbrodni.
To do Soczi raportowano na bieżąco, jak idą sprawy, a nawet jak udała się egzekucja. Wszystko miało być zgodnie z napisanym wcześniej przez samego Stalina scenariuszem tego wielkiego spektaklu.
***
Zinowjew nie cieszył się szacunkiem. Miał być nadętym, choć tchórzliwym, bezczelnym, lecz niekompetentnym, robiącym wokół siebie dużo szumu nieudacznikiem. Z kolei uznawany za solidnego i pracowitego Kamieniew miał autorytet wśród innych bolszewików.
Kluczową figurą w rozprawie z nimi okazał się prokurator Andriej Wyszynski. Z pochodzenia Polak, służalczy i tchórzliwy, ale bardzo inteligentny i wykształcony. W trakcie procesu popisywał się barwną retoryką i prezentował wyreżyserowane ataki oburzenia i słusznego gniewu. Kogoś takiego właśnie potrzebował Stalin.
Robert Conquest zabójstwo Kirowa uznał za „zbrodnię stulecia”. Brzmi jak efekciarska przesada, ale przecież ta śmierć, za którą według Conquesta na pewno stał 55-letni wówczas Stalin, stała się pretekstem do rozpętania niespotykanego wcześniej terroru, podczas którego zginęło nie tylko kilkuset ludzi z najwyższych władz partyjnych, ale także z grubsza milion rozstrzelanych w kolejnych odsłonach represji, aż do śmierci Stalina w 1953 r. Od przetrzebienia partii w pierwszym procesie moskiewskim 90 lat temu nikt i nic nie mogło już się przeciwstawić władcy Kremla.
***
Stalin wcześniej obiecywał nieszczęśnikom darowanie życia, tłumacząc, że nie ma powodu do ich rozstrzeliwania, bo w zasadzie nie chodzi o nich, ale o Trockiego. Ich rodziny też będą bezpieczne, zaklinał się, a w rzeczywistości wprowadził odpowiedzialność zbiorową. Zinowjew, Kamieniew i pozostali stanęli więc przed wyborem: przyznać się do winy i ocalić życie bądź nie przyznać się, a więc mówić prawdę i zginąć.
Skoro się przyznali, to sprawa była załatwiona. Zinowjew, Kamieniew i reszta chyba musieli uwierzyć w zapewnienia Stalina, bo pisali listy z prośbą o łaskę, a więc wypełnienie przyrzeczenia złożonego przez Wielkiego Oprawcę. Stalin w Soczi oczywiście błyskawicznie dowiedział się o ich błaganiach, ale też o tym, że Biuro Polityczne optuje za tym, żeby odrzucić te prośby i natychmiast wykonać wyroki. Stalin łaskawie przystał na propozycję, ale dopiero po kilku godzinach. Chciał się jeszcze ponapawać złudną nadzieją skazańców, że może jednak ukochany przywódca zlituje się nad nimi. Odwlekał przyjemność, która miała szerszy wymiar niż tylko poniżanie skazanych. Wiedział, że rozpoczyna kolejny wielki rozdział w historii Związku Radzieckiego: ostatecznie niszczy dziedzictwo Lenina, zabijając jego dawnych bliskich współpracowników, oraz rozpoczyna terror wewnętrzny, skierowany przeciwko samej partii bolszewickiej. Teraz najbliżsi Stalinowi ludzie oraz ich rodziny mogli w każdej chwili zostać zabici. Rubikon został daleko za plecami Stalina.
Kiedy minął czas rozkosznego odwlekania ostatecznej decyzji, wysłał telegram do Moskwy zawierający jedno słowo, ale jakże brzemienne w skutki: „zgoda”.
***
O świcie 25 sierpnia wybitni goście, wśród nich Nikołaj Jeżow i Gienrich Jagoda oraz Karl Pauker, były fryzjer Opery Budapeszteńskiej, szef osobistej ochrony Stalina, a także nadworny pajac, zaczęli przybywać na Łubiankę na scenę finałową: kaźń skazańców. Nie dojechał Wyszynski. Jako prokurator generalny powinien być obecny przy wykonaniu wyroku, ale że był wrażliwy i nie lubił takich scen, to przysłał jednego z zastępców. Co innego skazywać na śmierć, a co innego oglądać śmierć swoich ofiar.
Skazańców wyprowadzono z cel do piwnicy, gdzie mieli zakończyć życie. Kamieniew trzymał się mocno, ale Zinowjew dostał histerii. Miał błagać katów, żeby zawiadomili Stalina o tej niesprawiedliwości, bo przecież Józef Wissarionowicz obiecał im życie. Legenda może być nieprawdziwa, ale według niektórych relacji Zinowjew miał czołgać się i całować buty oprawców. Kamieniew, który uważał, że śmierć będzie karą za żałosną postawę oskarżonych w czasie procesu, miał powiedzieć budzącemu w nim niesmak Zinowjewowi, by zamknął się i umarł z godnością. Ten nie mógł jednak opanować histerii, aż trzeba go było wyciągnąć z miejsca egzekucji i zawlec do celi, by tam zastrzelić.
Karl Pauker, wyjątkowo ciekawa postać w tym bestiarium zwyrodnialców, który przyłożył się do pierwszej czystki i był obecny przy rozstrzelaniu skazańców, miał później odstawić przed Stalinem scenę histerii Zinowjewa. Ten węgierski Żyd, zaufany człowiek wodza, a wręcz członek rodziny, lubiany przez nią, bo zabawny i sam lubiący dzieci, miał ewidentnie talent komediowy. Jako Zinowjew miał krzyczeć: „Na miłość boską, zawiadomcie Iosifa Wissarionowicza!” oraz „Usłysz mnie, o Izraelu, Pan jest naszym Bogiem, Pan jest jeden!”. To musiał być wspaniały występ, bo Stalin niemal udławił się ze śmiechu i prosił Paukera, by ten przestał już parodiować Zinowjewa.
Dokładnie rok później Pauker został aresztowany, a 14 sierpnia 1937 r. potajemnie rozstrzelany wraz z dwoma tuzinami innych enkawudzistów. Niestety nie mamy relacji z jego kaźni i nie wiemy, czy był wówczas równie dowcipny. W każdym razie Stalina najwyraźniej przestał już bawić. Ale przynajmniej zasłużył sobie na godne miano „pierwszego dworzanina Stalina, który został rozstrzelany podczas czystki”.
***
Największym zwyrodnialcem w towarzystwie ludzi pozbawionych zahamowań moralnych był „krwiożerczy karzeł” Nikołaj Jeżow, przyszły szef NKWD. To on nadzorował śledztwo i proces, a także z największą przyjemnością wziął udział w egzekucji ofiar. Z kolei Gienrich Jagoda miał wyjmować kule z głów ofiar, a umyte z krwi i resztek mózgu, opisane karteczkami z nazwiskami tych, których pozbawiły życia, stały się swoistymi relikwiami stalinizmu. Na początku przechowywał je właśnie Jagoda (ponoć wraz z imponującą kolekcją damskiej bielizny), człowiek, który osobiście aresztował Zinowjewa i Kamieniewa, ale uważał, że sądzić ich powinno Biuro Polityczne, a nie organizować proces pokazowy. W związku z tym został rozstrzelany w trakcie trzeciej czystki w 1938 r. Wówczas kule przeszły na własność Jeżowa, który miał żyć jeszcze dwa lata.
Jeżow, ograniczony intelektualnie typ, mający ledwo trochę ponad 150 cm wzrostu, skończył tak jak jego ofiary — rozstrzelany po tajnym tym razem procesie. Ale dopiero w 1940 r. To on miał zmuszać rzekomych świadków spisku do zeznawania przeciw Kamieniewowi i Zinowjewowi. Nagrodą za odpowiednie zeznania było darowanie życia zeznającemu.
Największą sławę na świecie zyskał jednak Jeżow przez to, że próbowano zatrzeć ślady jego istnienia. Tak, to ten obłudnie uśmiechnięty facecik obok Stalina i Mołotowa, którego później wygumkowano ze zdjęcia zrobionego w czasie wizyty nad kanałem Wołga-Don w 1937 r. Owe dwa zdjęcia — z Jeżowem i bez Jeżowa — to jeden z najsłynniejszych dokumentów tej epoki. Genialnie pokazuje mechanizm anihilowania wszystkich, także symbolicznie, którzy przestali się podobać Stalinowi.
Słynne zdjęcie Józef Stalin z Klimientem Woroszyłowem, Wiaczesławem Mołotowem i Nikołajem Jeżowem, z którego ten ostatni został usunięty po rozstrzelaniu
Foto: East News
Rok 1936 był widowiskowym preludium do symfonii mordowania, jaka wybrzmiała w następnych dwóch latach. W apogeum egzekucji lat 1937 i 1938 rozstrzeliwano po mniej więcej 400 tys. ludzi rocznie. Bo w systemie stalinowskim każdemu można było przykleić współudział w groźnym spisku, wymyślonym przez tego, który miał się okazać prawdziwym katem.
Korzystałem z książek: Robert Conquest, „Wielki terror”, wyd. IPN, 2024; Simon Sebag Montefiore, „Stalin. Dwór czerwonego cara”, tłum. Maciej Antosiewicz, wyd. Magnum, 2004

