To jest jednak wybitna sztuka: w upokarzający sposób stracić władzę w ważnym mieście na rok przed wyborami.
Koalicja Obywatelska ponownie udowodniła, że nie potrafi prowadzić kampanii wyborczych. Partia kompletnie położyła referendum, w którym ważyły się losy prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego, złośliwie przez prawicę zwanego „krakowskim Tuskiem”. U źródeł gniewu Krakusów leżą elementarne błędy Miszalskiego, takie jak podwyżka cen biletów przy jednoczesnym ograniczeniu wjazdu starszych aut do centrum miasta. Miszalski zrobił też dużo, by zapracować na wizerunek trefnisia, co w mieście hołubiącym nobliwych profesorów musiało się skończyć źle.
Jednakoż nie przesadzajmy. Prezydentem Wrocławia jest facet, który nie tylko kupił sobie dyplom collegium dla tumanów, ale jeszcze odpłacał się fikcyjnymi zleceniami dla patriarchy tegoż przybytku. Ba, prezydentem Polski został gość, który przytulił mieszkanie emeryta bez emeryta, który lał się w ustawkach i kumpluje się z przestępcami. Jak więc widać, kwestie wizerunkowe to sprawa uznaniowa. Liczy się sprawność aparatu, który stoi za kandydatem, jego determinacja i pomysł na kampanię.
W Krakowie niczego takiego Koalicja nie miała. Miszalski cały czas był w defensywie, jakby był zdziwiony, że do referendum w ogóle doszło. A doszło dlatego, że komunikacyjny gniew postanowili wykorzystać politycy opozycji — zwłaszcza PiS i Konfederacji. Obie prawicowe partie są w Krakowie podzielone i słabe, ale zwornikiem ich interesów stał się radny Łukasz Gibała, dawny poseł Platformy, a potem współpracownik Janusza Palikota. Gibała to wieczny challenger — kandydował na prezydenta Krakowa już trzy razy. Ma zasadniczą zaletę — bogatą rodzinę. Dzięki temu dysponuje nieograniczonymi środkami na zwalczanie swych przeciwników. To było w krakowskiej kampanii kluczowe — w operację usunięcia Miszalskiego zaangażowane zostały duże pieniądze. Widać to było po skutecznej — często chamskiej, pełnej fejkowych filmów AI — kampanii w internecie.
Rządząca partia, jedna z największych i najbogatszych w Polsce, przegrała z jednym gościem, a nade wszystko — z jego botami.
Oficjele z KO twierdzą, że Miszalski nie chciał pomocy z centrali. Zdumiewające jest to, że miał w tej sprawie cokolwiek do powiedzenia. Wszak to oznacza kompletne niezrozumienie wagi krakowskiego głosowania. Porażka prezydenta uderza w wizerunek jego partii — i jest dla groźna politycznie dla jej rządu.
To zresztą nie jest pierwsza porażka KO w samorządzie — w zeszłym roku zaledwie po roku kadencji odwołana w referendum została prezydent Zabrza Agnieszka Rupniewska. Znów — partia nie pomogła, choć to była porażka tuż przed wyborami prezydenta RP, co było wizerunkowo samobójcze.
Same wybory prezydenckie to koncert impotencji wyborczej KO. Partia nie potrafiła zorganizować udolnego sztabu i sprawnej kampanii kandydata, który był murowanym faworytem. Widać było gołym okiem, że Rafał Trzaskowski — poza jego politycznymi wpadkami — został celem skomasowanego ataku botów. Gdy stało się jasne, że tonie — grupa ekspertów od kampanii związanych emocjonalnie z KO zwróciła się z ofertą pomocy. Tak jak Miszalski w Krakowie dziś, tak Trzaskowski rok temu odmówił. I Tusk na to przystał, co w obu przypadkach skończyło się katastrofą, której skutki są dla obecnej władzy niewyobrażalnie kosztowne.
W dodatku w Krakowie — tak jak w wyborach prezydenckich rok temu — koalicja zawalczy teraz sama ze sobą. Jednym z hakerów kampanii Trzaskowskiego był Szymon Hołownia, z tylnego fotela sterowany przez duet Bielan & Kamiński, działający na rzecz PiS. Gdyby wówczas koalicja była w stanie wystawić jednego pretendenta — a nie troje — miałaby szansę na zwycięstwo. Tym razem także wszystko idzie ku trójce kandydatów koalicji.
Wobec słabości kandydatów prawicy otwiera to drogę do zwycięstwa Gibale. Anegdotyczne jest w tej sytuacji to, że poseł Rafał Komarewicz z klubu Centrum, czyli części dawnej Polski 2050 — rozważał poparcie Gibały w zamian za stanowisko wiceprezydenta. Ponieważ jego odejście doprowadziłoby do rozpadu klubu Centrum i osłabiłoby koalicję — dostał ofertę dobrego miejsca na wspólnej liście KO i Centrum.
Gdyby chłodno popatrzeć na wybory, to KO zawodzi na całej linii. W 2023 r. przegrała z PiS, a rządzi głównie dzięki dobrym wynikom obecnych koalicjantów. Wybory samorządowe w 2024 r. w skali kraju wygrało PiS, a w europejskich był remis z delikatnym wskazaniem na KO.
Krakowska kampania znów pokazała, że KO po prostu nie potrafi się odnaleźć w brudnej grze wyborczej. A wszak to był zaledwie poligon przed przyszłorocznymi wyborami.