Ceny nawozów i paliwa poszybowały, a ceny płodów rolnych poleciały w dół. Do tego trudno nawozy kupić, a jeszcze trudniej sprzedać płody. To się musi przełożyć na wybuch rolniczego gniewu. PiS zechce wykorzystać tę sytuację.
Marzec to zwykle najbardziej krytyczny czas dla rolników — ruszyła już wegetacja roślin, które potrzebują teraz pierwszej dawki nawozów azotowych. Rolnicy mówią na tę porę roku: „nawóz czeka na roślinę”, co ma oznaczać, że zanim ruszy wegetacja, nawozy już powinny leżeć na polu.
Tymczasem w tym roku tak się nie dzieje — rusza ozima pszenica i rzepak, a nawozów na wielu polach brakuje. Składy nawozowe świecą pustkami, trudno kupić mocznik, a jeśli już, to jego cena jest ok. 40 proc. wyższa, niż była jesienią. Są regiony, jak zachodniopomorskie gdzie nawozów nie sposób w ogóle kupić. Wszystko przez wojnę w Zatoce Perskiej. To stąd: z Kuwejtu, Kataru, Bahrajnu i Arabii Saudyjskiej na rynki trafia ok. połowa zużywanych na świecie nawozów azotowych.
Wzrost szokowy
Wojna utrudnia zarówno ich produkcję, jak i dystrybucję statkami. Na to nakłada się strategia naszych krajowych dystrybutorów, którzy mają zapasy wyprodukowane po starych cenach, ale nie chcą sprzedawać. Nie spieszy im się z tym, wielu czeka, bo cena cały czas idzie w górę, więc chcą sprzedać swój towar maksymalnie drogo. Nie wiadomo przecież, jak dalej potoczy się wojna.
Do tego drożeje paliwo, z tych samych zresztą powodów, co nawozy, czyli wojny na Bliskim Wschodzie. Drożeje gwałtownie w okresie spiętrzenia prac polowych, kiedy rolnicy orzą, bronują, sieją. Rolnik, który ma 50-200 ha, czyli taki, który jest dostawcą żywności, a nie tylko udaje rolnika i niczego na rynek nie produkuje, zużywa na te prace nawet do kilku tysięcy litrów oleju napędowego. Statystycznie na hektar rolnicy zużywają rocznie od 100 do 200 litrów, z czego ok. jedną trzecią właśnie o tej porze roku. Jeszcze dwa miesiące temu za litr płacili niewiele ponad 6 zł, teraz to jest już ponad 8 zł.
— Każda podwyżka cen tego oleju jest bolesna, odbija się na wzroście kosztów produkcji, ale obecna jest dramatycznie bolesna. Tylko w ciągu jednego tygodnia olej zdrożał o 1,5 zł za litr. Przy ilościach, jakich potrzebuję do prac polowych na moich stu hektarach, to jest wzrost szokowy — tłumaczy mi rolnik Jan Skarbek spod Nidzicy.
Rolnicy mają pretensje do rządu, że nic w tej sprawie nie robi — nie obniża akcyzy na paliwo i nie wymusza na dystrybutorach nawozów, którzy kupili je jesienią do sprzedaży po cenie zakupu. W Zachodniopomorskiem już zaczęli protestować. Minister rolnictwa Stefan Krajewski tłumaczy, że nie może prywatnej firmie nakazać sprzedaży, nawet jeśli ma zgromadzone jesienią nawozy, bo jest to jej własność i może z tym robić, co zechce. Za to zapowiedział wystąpienie do Komisji Europejskiej o zgodę na dopłaty do nawozów, by obniżyć ich ceny. Krajewski robi, co może, by zaskarbić sobie przychylność wsi, ale jak na razie słabo mu idzie. Nie jest tam popularny.
— Niech pani powie, co on dla nas zrobił? — pyta retorycznie Stanisław Bryła, rolnik z podkieleckiej wsi. I sam sobie odpowiada: — Nic! Tylko jeździ po wsiach i dużo gada. Ceny zboża są tak niskie, że chce się płakać, nie ma za co nawozów kupić, paliwa, potrzebujemy tanich kredytów na rozruch. Prace w polu ruszyły i trzeba dawać nawozy, siać. Krajewski obiecywał tyle razy, że załatwi kredyty na dwa lata na zero procent, i co? Ktoś widział te kredyty? Teraz też nie wierzę, że obniży ceny nawozów. Prędzej skończy się ta wojna i ceny same spadną.
To oni stoją za „operacją SAFE”. Bez nich prezydent Nawrocki by poległ
Foto: Newsweek
Balazs: tak źle nie było od 1989 r.
Zwykle rolnicy kupowali nawozy z wyprzedzeniem, na zapas, jesienią i zimą, ale w tym roku wielu tego nie zrobiło.
— Rolnicy nie mają pieniędzy — tłumaczy Artur Balazs, rolnik i były minister rolnictwa. — Sytuacja ekonomiczna na wsi jest fatalna, tak źle jeszcze nigdy nie było po 1989 roku. Rozjechały się nam ceny środków do produkcji rolnej z cenami zbytu płodów rolnych.
Paradoks polega na tym, że obecna sytuacja nie dla każdego jest katastrofą. Uderza w najlepszych rolników, którzy są podstawą naszego rolnictwa, dzięki którym mamy żywność w sklepach.
— Drobni rolnicy od lat nie żyją tylko z rolnictwa, mają dodatkowe źródła dochodów, oni sobie poradzą — mówi Jan Krzysztof Ardanowski, doradca prezydenta Nawrockiego i były minister rolnictwa w rządzie Morawieckiego. — Ale ci, którzy mają powyżej 50 ha i żyją tylko z tego, co zarobią z pola, którzy inwestowali w nowoczesne technologie, sprzęt i metody uprawy, biorąc na to często kredyty, oni są dziś w krytycznej sytuacji. Mają dziś magazyny i przechowalnie pełne zboża czy ziemniaków, które mogą sprzedać, ale poniżej kosztów produkcji.
Na rynku zboża rzeczywiście jest dramatycznie źle. Za tonę pszenicy rolnicy dostają po 730-770 zł. — Tyle to dostawali, kiedy ja byłem ministrem — mówi Balazs, minister w latach 1999-2001.
— Spotkałem rolnika, który niemal skakał z radości, bo udało mu się sprzedać pszenicę po 800 zł za tonę — dodaje Ardanowski. — Towarowe gospodarstwa, czyli te produkujące na rynek, są w pułapce, żyją tylko z tego, co sprzedadzą, a sprzedają coraz taniej i coraz większym trudem znajdują kupców.
Strach przed importem
Nasz rynek rolny jest bowiem zapchany i tak nasycony, że musimy eksportować, gdyż niemal wszystkiego produkujemy więce, niż konsumujemy. Kiedy więc eksport zostaje zahamowany, to ceny w kraju muszą spadać. Zbieramy ok. 37 mln ton zboża, na chleb i mąkę zużywamy z tego tylko 5-6 mln ton, resztę przerabiamy na paszę i eksportujemy, głównie do krajów zachodniej Europy. Kiedy ta Europa nie chce przyjąć naszych towarów, bo sama ma nadmiar i jeszcze importuje spoza Unii, to leżymy. Bo ilościowy spadek eksportu przekłada się na kompletnie inny spadek cen. Dobrze to było widać, kiedy do Polski napłynęło bezcłowe zboże z Ukrainy po wybuchu pełnoskalowej wojny za naszą wschodnią granicą. Do Polski przybyło wtedy ok. 4 mln ton zboża, co przy 37 mln ton naszej produkcji daje ledwie 12 proc. Decydenci byli przekonani, że nie zdestabilizuje to rynku. Ale zdestabilizowało, bo przełożyło się na spadek cen w kraju od 50 do 70 proc. To dlatego rolnicy wyszli wtedy na drogi i usiłowali zablokować import z Ukrainy, bo odczuli to mocno na własnej skórze.
— Ja to usiłowałem wtedy wytłumaczyć Kaczyńskiemu, że nie można patrzeć tylko na wielkość importu, bo ona nie przekłada się na ceny w skali jeden do jednego, ale nie było zrozumienia — tłumaczy Ardanowski.
Dlatego teraz, kiedy rolnicy słyszą z ust rządzących, że umowa z krajami Mercosur im nie zagraża, bo import z tych krajów będzie ledwie kilkuprocentowy, od razu się złoszczą. — Już to słyszeliśmy! Przyjedzie do nas parę procent mięsa drobiowego, a ceny tak spadną, że będę musiał zamknąć kurniki, bo nie będzie się opłacać ta działalność — mówi hodowca drobiu z Podlasia.
Drobiarze faktycznie mają się czego obawiać. Polska jest pierwszym w Europie i trzecim na świecie producentem mięsa drobiowego, ponad 40 proc. swojej produkcji eksportuje. Brak takiego eksportu oznacza zahamowanie produkcji. A to uderzy nie tylko w drobiarzy, ale też w producentów zboża — jeśli zmniejszy się produkcja drobiu, to spadnie popyt na zboże paszowe. Już z powodu ogromnego spadku produkcji wieprzowiny jest z tym problem. Kilka lat temu gospodarstw hodujących świnie było w Polsce kilkaset tysięcy, jeszcze dwa lata temu — ok. 200 tys., a teraz, na wiosnę 2026 r., jest ich ok. 45 tys. To pokazuje, jak spada opłacalność tej hodowli, ale z drugiej strony oznacza też systematyczne kurczenie się rynku na zboże paszowe, a takie głównie w Polsce wytwarzamy. Znowu uderza to w ceny zbóż i rodzi kłopot ze zbytem. Skutek jest taki, że dziś w magazynach leży ok. 10 mln ton ziarna, które trzeba do żniw spożytkować, by opróżnić magazyny. Czy to w ogóle może się udać?
— Nie ma takiej możliwości — twierdzą rolnicy, z którymi rozmawiam.
Co więcej, ten sezon nie zapowiada lepszych cen, przeciwnie. Na świecie mamy generalnie nadprodukcję pszenicy, a w ten sezon świat wchodzi z zapasami większymi o 7 proc. niż rok wcześniej. Jak przewiduje Mirosław Marciniak, analityk z firmy InfoGrain, zbiory w tym roku na świecie mogą być o 12 proc. wyższe niż rok wcześniej, co odbije się na wzroście zapasów. A to bezpośrednio wpłynie na ceny.
Cena cukru poniżej kosztów produkcji
Fatalnie jest na rynku mleka. Przez ostatnie trzy lata rolnicy dostawali za litr mleka między 2,5 a 3 zł. Dziś dostają ok. 1,5 zł. To są poziomy cen z lat 2007-2008. Producenci ziemniaków wręcz płaczą, kiedy spytać ich o ceny zbytu. Oni do tego nie mogą eksportować, bo Polska ma zakaz eksportu do Unii z powodu uznania nas przed laty za kraj zagrożony pewną bakteryjną chorobą ziemniaków. Za to możemy importować, więc mamy nadmiar tego produktu na rynku — co oczywiście wywołuje presję na ceny skupu.
Jeszcze gorzej jest z cukrem. Nasz tzw. gigant spożywczy, czyli Krajowa Spółka Spożywcza, żyjąca z produkcji cukru, sprzedaje go poniżej kosztów wytwarzania, co publicznie przyznał nawet jej prezes. Koszt produkcji jednego kilograma wynosi ok. 3 zł, tymczasem w sklepach można kupić cukier poniżej 2 zł za kg.
PiS będzie chciał to wykorzystać
Balazs: — Kogo rolnicy obwinią za to, jeszcze nie wiadomo. Ale gniew rolników eksploduje, jeśli sytuacja się nie poprawi. To się może stać w każdym momencie, ale najpóźniej tuż przed żniwami.
Mariusz Olejnik, rolnik z Opolszczyzny: — Opozycja i organizacje rolnicze związane z Prawem i Sprawiedliwością na pewno zechcą wykorzystać tę sytuację. Teraz jeszcze zajmują się SAFE, ale przyjdzie czas, że uderzą w te wysokie ceny środków do produkcji i będzie zadyma.
Ekonomista prof. Andrzej Kowalski jest przekonany, że wzrost cen nawozów i paliw przełoży się na wzrost kosztów produkcji, bo rolnictwo jest jedną z bardziej energochłonnych gałęzi gospodarki. A to wywoła presję na wzrost cen żywności, zwłaszcza że wyższe będą też koszty transportu i przechowalnictwa. Ale przy obecnej dużej nadprodukcji, jaką mamy, ceny skupu nie zrekompensują rolnikom wyższych kosztów produkcji.
— Czy to oznacza, że grożą nam protesty rolników, skoro ich koszty pójdą w górę, a ceny skupu niekoniecznie? — pytam.
— Protesty będą tak czy inaczej. Nawet jeśli cieśnina Ormuz zostanie odblokowana i ceny paliwa i nawozów szybko spadną, to opozycja będzie chciała tę sytuację wykorzystać — uważa prof. Kowalski. — To jest zbyt dobra okazja dla polityków, by z tego nie skorzystali.

