Jesienią 2027 r. część obywateli i obywatelek przed podjęciem decyzji wyborczej zasięgnie języka u ulubionego chatbota. I nie będzie to grupa wyborców obojętna dla wyniku.

Nie chcę bić na alarm, pisać, że to dobrze albo źle. Ale chciałbym, żebyśmy wiedzieli, że najbliższe wybory parlamentarne odbędą się w zupełnie innej rzeczywistości niż poprzednie. Nie jesteśmy na to gotowi. Nikt nie jest.

Chyba jedyna dobra wiadomość jest taka, że nie będziemy pierwsi. Przed nami do urn pójdą m.in. Amerykanie, by wymienić kawałek Kongresu, oraz Francuzi, by wybrać następcę prezydenta Emmanuela Macrona. I wszyscy będą się zmagali z takim samym wyzwaniem.

Według raportu Reutersa już 10 proc. badanych pozyskuje informacje z chatbotów AI (rok wcześniej było 7 proc.). Najpopularniejszy w Polsce (lecz przecież nie jedyny) ChatGPT w czerwcu przyciągnął rekordowe 10,92 mln osób, a jego popularność wciąż rośnie. Dość bezpiecznie można założyć, że jesienią 2027 r. część obywateli i obywatelek przed podjęciem decyzji wyborczej zasięgnie języka u ulubionego chatbota. I nie będzie to część obojętna dla wyniku.

To nie jest zmiana, to rewolucja być może większa od tej, którą przeżywaliśmy, gdy z ery plakatowo-ulotkowej kampania przenosiła się na walle i feedy. „Nature” już dziś krzyczy tytułem „Chatboty oparte na AI potrafią z niezwykłą łatwością wpływać na wyborców — czy to powód do niepokoju?”. Badacze z uniwersytetu w Dublinie przed niedawnymi wyborami lokalnymi zadali po 200 pytań związanych z elekcją najpopularniejszym chatbotom. Okazało się, że są one wiarygodnym źródłem, jeśli interesują nas twarde dane: adresy i czas otwarcia lokali wyborczych, zasady przebiegu głosowania. Wszystkie zasięgały w tej sprawie języka na stronach instytucji państwowych. Gdy prompty dotyczyły kandydatów i ich poglądów, sytuacja się zmieniała. Różne narzędzia korzystają bowiem z różnych źródeł, więc na to samo pytanie dotyczące tej samej osoby odpowiadają inaczej. Badacze zauważyli też, że nasi wirtualni asystenci skupiają się na tych najpopularniejszych, pomijając zupełnie ludzi dopiero wchodzących do polityki, ergo tych, na których temat pisze się mało albo bardzo mało.

Możecie argumentować, że Claude, Gemini, Copilot i inne narzędzia mają wbudowane bezpieczniki. I że przy niezgrabnie napisanym prompcie dostanę coś w stylu: „Nie mogę doradzać, na kogo konkretnie zagłosować, ani przekonywać do poparcia określonej partii lub kandydata”. Tak, mają, Anthropic sam z siebie pochwalił się pakietem poprawek, które wprowadził, by „zapobiec wykorzystywaniu Claude’a do rozpowszechniania dezinformacji lub manipulowania wyborcami” przed amerykańskimi midtermsami. I ja wiem, i wy wiecie, że nie jest to rozwiązanie problemu, a nakłonienie chatbota do współpracy naprawdę nie jest trudne.

Jakiś czas temu Arkadiusz Gruszczyński pisał w „Wyborczej”, że rząd dostał już badania, z których wynika, że chatboty przejmą rolę latarników wyborczych, w których odpowiadaliśmy na pytania, a system sprawdzał, do jakiej formacji nam najbliżej. Świadomość zmiany zatem istnieje, natomiast nie ma za bardzo pomysłu, co z tym fantem zrobić. I to nawet nie jest zarzut, bo skoro Amerykanie nie próbują powstrzymywać właścicieli informatycznych molochów, to trudno wymagać od polskiego rządu, by się im przeciwstawił.

Ważniejsze wydaje mi się jednak coś innego. Był czas, gdy wyborca musiał sobie radzić z propagandą sączoną przez media uzależnione od konkretnych formacji politycznych — to te wszystkie gazetki wymyślające niestworzone historie o okrągłostołowym kłamstwie, szczepionkach wywołujących autyzm i zamachu 10 kwietnia. Potem doszły mikrotargetowanie w stylu Cambridge Analytica oraz fake newsy produkowane zazwyczaj przez Kreml i rozpropagowywane za sprawą algorytmów w tzw. mediach społecznościowych. Teraz dochodzą do tego chaty. Coraz większy wpływ na decyzje wyborcze mają zatem narzędzia znajdujące się w rękach ponadnarodowych potężnych firm, kierujących się wyłącznie logiką zysku, pozbawionych jakiejkolwiek kontroli. A to wciąż początek. Technologie, o których mowa, rozwijają się błyskawicznie, dziś nie jesteśmy nawet w stanie określić, jak bardzo zmądrzeje AI do następnego lata. Pewne jest tylko to, że będzie umiała więcej niż dziś.

Na wprowadzenie realnej kontroli nad big techami nikt nie ma albo ochoty, albo siły. Obywatelkom i obywatelom pozostaje mieć zatem pretensje do ojców założycieli demokracji liberalnej, że nie przystosowali jej do naszych czasów.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version