Senator Mitch McConnell ma 84 lata i musiał ostatnio udowadniać, że wciąż żyje. Donald Trump skończył 80 lat, coraz częściej gubi wątek i przysypia w czasie publicznych wystąpień. Kongresmenka Kay Granger miała 81 lat, gdy w 2024 r. zniknęła. Prasa odnalazła ją z demencją w domu opieki. Podobnych przypadków na szczytach władzy w USA jest wiele. Amerykańską politykę toczy systemowy problem.
Senator Lindsey Graham, największy jastrząb wśród republikanów, zmarł 11 lipca na rozwarstwienie aorty. Dwa dni wcześniej skończył 71 lat. To już szósty członek Kongresu, który zszedł w tej kadencji.
Dzień później otoczenie Mitcha McConnella (lat 84) opublikowało jego zdjęcie, żeby przekonać Amerykanów, że były lider senackich republikanów, który od miesiąca nie pojawił się w pracy, wciąż żyje.
W ten sam weekend prezydent Donald Trump (lat 80) pochwalił się, że znów śpiewająco zdał test kognitywny; nie dodał, że test bada demencję i alzheimera.
A w kolejną środę jego poprzednik Joe Biden (83 lata) poinformował, że jesienią wyda wspomnienia, a rak prostaty z przerzutami do kości dobrze reaguje na terapię.
Ameryką rządzi gerontokracja. I niespecjalnie kryje się z tym, że władzę zamierza sprawować, pożyczając od klasyka, bezapelacyjnie do samego końca. Najchętniej swojego.
Mitch McConnell 41 lat na Kapitolu
Pogłoski o śmierci prasy papierowej, podobnie jak plotki o śmierci Mitcha McConnella, są najwyraźniej mocno przesadzone: numer „Washington Post” był kluczowym akcesorium na szpitalnej fotografii senatora. Złośliwcy natychmiast stwierdzili, że zdjęcie z gazetą wygląda jak dowód życia wysyłany wraz z żądaniem okupu, a internet rozkwitł memami. Jednak republikanie najwyraźniej uznali, że lepsze to niż mnożące się teorie spiskowe o śmierci mózgu senatora.
McConnell na Kapitolu spędził 41 lat. Przez 18 lat pełnił funkcję szefa senackich republikanów, trzy razy trafił na listę najbardziej wpływowych ludzi świata magazynu „Time”. W 2024 r. oddał władzę w partii i zapowiedział, że nie będzie się ubiegać o kolejną kadencję — ale zrobił to dopiero wtedy, gdy nie dało się już ukryć, że najwyższy czas przejść na emeryturę (dwukrotnie zawiesił się na konferencji prasowej i nie reagował na pytania).
84-letni senator Mitch McConnell
Foto: Zuma Press Wire
14 czerwca pod jego adres wezwano ratowników medycznych, którzy przeprowadzili resuscytację u nieprzytomnej osoby z zatrzymaniem akcji serca. Do informacji dotarły dwa tygodnie później media, przesłuchując nagrania z dyspozytorni służb ratowniczych. Ekipa McConnella nabrała wody w usta, potwierdzając tylko, że polityk jest hospitalizowany.
Na opublikowanym w zeszłą niedzielę zdjęciu senator siedzi na szpitalnym łóżku z uśmiechniętą żoną u boku. W oświadczeniu zapewnia, że nie przeszedł ani zawału, ani udaru, tylko utratę przytomności i lekkie zapalenie płuc. Jeszcze co prawda nie wraca do Senatu, ale „możecie być pewni, że nie zamierzam zaniedbywać spraw, które są dla was ważne”.
Jeśli McConnellowi nic się nie stanie do 4 sierpnia, będzie za późno, żeby zorganizować specjalne wybory w Kentucky. A jeśli po tej dacie nie wróci do Senatu, jego miejsce pozostanie do stycznia puste.
Lindsey Graham niczym młodzieniaszek
Senator z Kentucky nie jest jedynym amerykańskim politykiem, co do którego w ostatnich latach pojawiły się poważne — i często później potwierdzone — wątpliwości, czy aby na pewno jest w stanie podołać swoim obowiązkom.
Najsłynniejszym przykładem jest oczywiście Joe Biden. Wybory w 2020 r. wygrał w wieku 78 lat, przedstawiał się jako polityk, który pokona Trumpa i przekaże pałeczkę kolejnemu pokoleniu, np. młodszej o 22 lata wiceprezydentce Kamali Harris. Tyle że nie przekazał: dopiero katastrofalny występ w debacie prezydenckiej i naciski spanikowanych demokratów zmusiły go do rezygnacji z ubiegania się o reelekcję. Harris, która nie potrafiła się od Bidena skutecznie odciąć, wybory przegrała.
Na tle kruchego, mającego problemy z formułowaniem myśli Bidena młodszy raptem o cztery lata Trump wypadał jeśli nie młodo i elokwentnie, to przynajmniej jak osoba mająca dość energii, by pełnić obowiązki głowy państwa. Ale 80-letni dziś prezydent coraz częściej gubi wątek, pozwala sobie na niekontrolowane wybuchy gniewu, podczas publicznych wystąpień wygląda, jakby spał, a spuchnięte kostki i siniaki na dłoniach sugerują, że jego stan zdrowia nie jest tak dobry, jak przekonują oficjalne raporty. Według lipcowego sondażu JL Partners dla „Daily Mail” 59 proc. demokratów i aż 38 proc. republikanów uważa, że Trump jest za stary, by być prezydentem.
W Kongresie nie jest lepiej. W 2024 r. 81-letnia kongresmenka Kay Granger ogłosiła, że nie będzie się ubiegać o reelekcję, a następnie zniknęła. Prasa odnalazła ją kilka miesięcy później w domu opieki, gdzie rodzina umieściła ją z powodu demencji. Z mandatu nie zrezygnowała.
Kay Granger, 10 maja 2023 r.
Foto: Bill Clark / Reuters
Dianne Feinstein, pierwsza kobieta reprezentująca Kalifornię w Senacie, w 2018 r. wygrała swoje piąte wybory. 85-letnia polityczka wystartowała w nich mimo nacisków wierchuszki partii demokratycznej, żeby przeszła na emeryturę. Choć senatorka ewidentnie miała rosnące problemy z pamięcią i składną mową i coraz więcej czasu spędzała w szpitalu, nie chciała zrezygnować, nawet gdy przedstawiciele progresywnego skrzydła partii wprost wezwali ją do ustąpienia. Feinstein zasiadała bowiem w senackiej komisji sądowniczej, która zatwierdza prezydenckie nominacje sędziowskie, i bez niej głosy republikanów i demokratów były podzielone po połowie, co blokowało nominantów Bidena.
Senatorka Dianne Feinstein
Foto: Reuters
W 2023 r. senatorka w końcu ogłosiła, że nie będzie się ubiegać o kolejną kadencję, ale tę zamierza dociągnąć do końca. „Każdy z nas został tu wysłany, by rozwiązywać problemy — napisała w oświadczeniu. — Zajmowałam się tym przez ostatnie 30 lat i zamierzam to robić dalej”. Zmarła pół roku później, w wieku 90 lat.
Rówieśnik Feinstein, Chuck Grassley, republikanin reprezentujący stan Iowa od 1981 r. — tak, to nie błąd w druku, jego senacki staż obejmuje całe życie najstarszych milenialsów — przebija koleżankę, jeśli chodzi o determinację w trzymaniu się stanowiska. Ostatnie wybory wygrał w 2022 r., w pięknym wieku 89 lat. Na pytania dziennikarzy, czy jego data urodzenia aby nie jest przeszkodą, odpowiadał, że wiek to tylko liczba i że regularnie biega. Dziś ma 92 lata i emerytury nie planuje — rok temu nie wykluczył, że wystartuje w 2028.
Z Izby Reprezentantów po prawie 40 latach odchodzi natomiast legendarna była spikerka, 86-letnia Nancy Pelosi. Pelosi przez dwie dekady była też przewodniczącą demokratów w izbie; stanowisko, niechętnie, oddała w 2023 r.
Na tym tle ledwo 71-letni Lindsey Graham wyglądał niemal jak młodzieniaszek, do tego pełen niespożytej energii — w drugim tygodniu lipca zaliczył szczyt NATO w Ankarze i spotkanie z Wołodymyrem Zełenskim w Kijowie. Po powrocie czuł się co prawda źle, ale odmówił pójścia do lekarza — w niedzielę rano miał być w programie „Meet the Press”. „Nie mogę teraz umrzeć. Muszę załatwić sankcje dla Rosji, ogarnąć Iran i znormalizować relacje Izraela z Saudami” — miał powiedzieć. Kilka godzin później już nie żył.
Bo Alexandria Ocasio-Cortez była za młoda
Biden miał 82 lata i 2 miesiące, gdy odchodził z urzędu. Trump w styczniu 2028 r. będzie miał 82 lata i 7 miesięcy. Obecny Kongres jest trzecim najstarszym w historii. Średni wiek osoby zasiadającej w Izbie Reprezentantów to 58 lat, w Senacie — 64 lata. 131 z 530 członków Kongresu ma ponad 70 lat, 24 — ponad 80. Trzynaścioro z owych 80-latków będzie się ubiegać o reelekcję w wyborach w 2026 r.
Jednym z nich jest przewodniczący wpływowej komisji spraw zagranicznych, republikański senator Jim Risch, lat 83. Dziennikarzom mówi, że lubi swoją pracę, ma dość czasu dla rodziny i zdrowie mu dopisuje, więc dlaczego miałby iść na emeryturę? Nigdzie nie wybiera się też 88-letnia demokratyczna kongresmenka Maxine Waters — twierdzi, że jej praca nie jest jeszcze ukończona i nie wie, czy kiedykolwiek się skończy. Jeśli demokratom uda się odbić izbę, zapewne zostanie przewodniczącą komisji usług finansowych, czyli będzie nadzorować regulację banków, giełdy i kryptowalut.
W Kongresie obowiązuje zasada starszeństwa, która oznacza, że im dłużej dany polityk nieprzerwanie zasiada w Izbie Reprezentantów lub Senacie, tym większe ma wpływy. Doświadczeni kongresmeni i senatorki mają pierwszeństwo w wyborze komisji, a przewodniczącym zostaje zazwyczaj najstarszy stażem członek partii, która ma większość. Szefem senackiej komisji sprawiedliwości jest więc dziś 92-latek, spraw zagranicznych — 83-latek, wydatków — 73-latka, a sił zbrojnych — 75-latek. Jeśli przewodniczący przejdzie na emeryturę, osobie, która zajmie jego miejsce, zbudowanie podobnych wpływów zajmie dekady.
W zeszłym roku demokraci przyznali stanowisko lidera opozycji w komisji nadzoru Izby Reprezentantów nie 36-letniej, bardzo popularnej Alexandrii Ocasio-Cortez, tylko 75-letniemu Gerry’emu Connolly’emu. Connolly miał co prawda raka gardła, który go niedługo później zabił — ale spędził w izbie 16 lat, a Ocasio-Cortez tylko sześć.
— Nasz system nie nagradza doświadczenia, kompetencji ani osiągnięć, tylko staż — podsumował w niedawnym programie komik Jon Stewart.
Ośmiu na dziesięciu republikanów i trzy czwarte demokratów (sondaż Pew Research Center z 2023 r.) popiera ustanowienie limitu wieku przy sprawowaniu urzędów publicznych. Ale że tę ustawę musiałby uchwalić Kongres — którego jedna trzecia członków przekracza wiek emerytalny 67 lat — szanse na to są raczej skromne.
USA zdominowali seniorzy. Systemowy problem
Jak dowodzi 54-letni historyk z Yale Samuel Moyn we właśnie wydanej książce „Gerontocracy in America: How the Old Are Hoarding Power and Wealth — and What to Do About It” („Gerontokracja w Ameryce: Jak starzy gromadzą władzę i bogactwo — i co z tym zrobić”) — rządy emerytów nie są najzdrowszą formą władzy. I to nie tylko ze względu na koszty wymiany bioder czy by-passów: gerontokracja blokuje postęp, broni status quo za każdą niemal cenę i ignoruje problemy, które dotkną młodsze pokolenia, jak katastrofa klimatyczna. A im większa wiekowa przepaść między rządzącymi a rządzonymi, tym mniejsza wiara w demokrację.
Ameryka, uważa Moyn, zdominowana jest przez seniorów. I to systemowo.
Dlaczego elektorat nie odeśle polityków z dziewiątym krzyżykiem na karku na zieloną trawkę? Bo sam bywa niewiele młodszy. Choć mediana wieku osób uprawnionych do głosowania to 47 lat, realna mediana — wśród tych, którzy fatygują się do urn — to 52 lata. Jeszcze starsi są głosujący w prawyborach — w 2024 r. mediana ich wieku wyniosła aż 65 lat. Jako że znakomita większość okręgów jest zdominowana przez wyborców jednej partii, to wynik prawyborów w praktyce decyduje o tym, kto trafi do Kongresu. A osoby zbliżające się do emerytury zazwyczaj wolą głosować na znane sobie nazwiska.
Zmiany warty nie ułatwia też fakt, że młodzi rzucający wyzwanie urzędującym politykom najczęściej mają nie tylko mniejszą od nich rozpoznawalność, ale i znacznie mniejsze fundusze. Po trzech kadencjach senator ma zazwyczaj solidną bazę darczyńców, a na pielęgnowanie relacji z tymi najbardziej hojnymi poświęca sporą część swojego czasu. Debiutantka nie ma takiego zaplecza. No i najbogatsi też — zazwyczaj — dawno za sobą mają już nie tylko młodość, ale i wiek średni.
Amerykańscy seniorzy dominują bowiem nie tylko w polityce. „Dysponują największymi środkami na kontach bankowych i w portfelach akcji, częściowo dlatego, że żyją wystarczająco długo, by gromadzić coraz więcej, nie dzieląc się przy tym zbytnio z innymi. Rząd jest pod kontrolą przedstawicieli najstarszego pokolenia i działa w ich interesie” — pisze Moyn. Swoje argumenty podpiera statystykami: w 2019 r. Amerykanie przed czterdziestką posiadali raptem 5 proc. narodowego majątku. Ci po 54. roku życia — prawie trzy czwarte.
I nie zamierzają się nim dzielić. Co, biorąc pod uwagę koszt usług opiekuńczych w USA, jest strategią racjonalną: seniorzy trzymają pieniądze, żeby móc spędzić ostatnie lata życia w godnych warunkach. Jednocześnie blokują inicjatywy mogące zwiększyć redystrybucję, jak zwiększenie podatku od nieruchomości. A kiedy w końcu nastąpi międzygeneracyjny transfer majątku, pokolenie ich dzieci będzie w okolicach sześćdziesiątki. I będzie miało podobne priorytety jak ich rodzice.
„Amerykanie muszą znieść gerontokrację, jeśli chcemy zrealizować wspólne dążenie do zmian społecznych i postępu czy osiągnąć inne ważne cele, takie jak równowaga międzypokoleniowa i sprawiedliwsza reprezentacja polityczna” — przekonuje Moyn. Jak, skoro sama gerontokracja skutecznie blokuje zmiany uderzające w jej interesy? Trudno powiedzieć.
Na razie wygląda na to, że jeśli już polityk dostanie się do Kongresu — i nie zrobi nic dramatycznie głupiego lub nielegalnego — ma robotę do końca życia.


