Stoimy okrakiem, jedną nogą w świecie czekającym na to, aż sztuczna inteligencja uzyska świadomość, a drugą w rzeczywistości rządzącej przez atawistyczne odruchy i barbarzyńskie zwyczaje.
Olga Tokarczuk, Ewa Woydyłło i Barbara Mróz-Gorgoń (kolejność przypadkowa) — żadnej zagadki nie będzie, łączy je to, że to na nie rzucił się ostatnio tłum, wszystkie stały się ofiarą stadnych odruchów.
Nie zrównuję tych spraw, nie hierarchizuję, nie wchodzę w to, która pani zawiniła bardziej, a która mniej. Żadnej też nie bronię, nie wygłaszam opinii, w ogóle nie oceniam ich postępowania. Nie poznałem też tych kobiet, nie wiążą mnie z nimi żadne interesy. Przepraszam za nadmiar zastrzeżeń, zmierzam do tego, że chcę skupić się na faktach. A te są takie: publiczność uznała, że wszystkie postąpiły źle, i postanowiła to pokazać.
Fascynuje mnie to, co zdarzyło się potem.
Chodzi o ten moment, w którym internet zamienia się w narzędzie tortur obsługiwane zbiorowo przez twórców i twórczynie, influencerów i influencerki, rzadziej przez tzw. normalsów. Zaczyna się wyścig o to, kto uderzy mocniej i bardziej wymyślnie. Im ktoś osiągnął mniej, tym chętniej opluwa. Im ktoś osiągnął więcej, tym bardziej jest opluwany. Huzia na Józię.
Istotą tych wszystkich wpisów, postów, rolek, filmików nie są krytyka, dyskusja ani wymiana myśli. Nie jest nią także czysta nienawiść, choć taka determinacja wydaje się najbardziej oczywista. Kolejne ciosy są wyprowadzane, bo nawet najmniejszy mikroinfluencer widzi, że agresywny post o noblistce/psycholożce/ministrze zwiększy mu zasięgi. A zasięgi zamienią się we „współprace”, czyli w pieniądze.
O dziwo media nie są w tym wszystkim najgorsze. One, owszem, często cały proces zaczynają, nagłaśniają kolejne informacje i dopisują się do krytyki, ale jednak działają w pewnych ramach i to nie one nadają ton. Sterowany przez algorytmy tłum nie ma żadnych ograniczeń. Nie wnosi też do sprawy nic nowego. Bije, często na oślep, bo mu się to opłaca.
Nie chcę wskazywać konkretnego konta instagramowego czy facebookowego, które w jednej z tych spraw zachowało się skandalicznie. Każdy i każda takie zna. Bardziej zależy mi na opisaniu mechanizmu, który koniec końców dotyka nas wszystkich i w którym bardzo często uczestniczymy.
O wszystkim można rozmawiać. O tym, co powiedziały Tokarczuk i Woydyłło oraz o dokumencie, pod którym podpisała się Mróz-Gorgoń, jednak się nie dało, algorytmy eksponowały i nagradzały tylko jeden punkt widzenia. Wymiana poglądów nie zaistniała, debata została unicestwiona i zastąpiona przez myślenie stadne.
Sami się do tego dokładamy, obserwując i komentując wpisy z kont idących z prądem. Dziś zajmujących się tenisem, jutro strategią promocyjną Polski, a pojutrze literaturą. Zawsze z taką samą pewnością siebie, przekonanych o moralnej i merytorycznej wyższości. I zawsze jednoznacznie: to nie jest czas na dzielenie włosa na czworo.
Na samym końcu tej opowieści jest, rzecz jasna, wszechwładza czegoś, co kiedyś nazywaliśmy „mediami społecznościowymi” (pamiętacie, jak miały one służyć demokracji?). Pozwoliliśmy im za bardzo urosnąć i wciąż nie mamy pomysłu, jak je kontrolować. Francja zabrała się do ograniczania dostępu do mediów społecznościowych dla młodzieży tak nieporadnie, że tamtejsza Rada Konstytucyjna zablokowała wprowadzenie regulacji, argumentując, że naruszają one wolność słowa. Polska zakazała komórek w szkołach i jeszcze przed wprowadzeniem zakazu było słychać, że nie wszystkim rodzicom się on podoba. Rafał Brzoska pewnie też nic nie osiągnie, ale gdy wychodzi na ring z Metą, trudno mu nie kibicować. Skoro rządy nie potrafią albo nie chcą, niech z big techami tłucze się wielki biznes. Właściciela InPostu można lubić lub nie, można przypisywać mu złe intencje także w tej sprawie (choć właściwie, o co innego mogłoby chodzić?). Intencje właścicieli Facebooka, Instagrama, YouTube’a, Twittera i innych są jednak jednoznaczne; ich metody powiększania zysku niszczą naszą wspólnotę.
Możemy też przyjąć, że nie mam racji, a wszystko, co napisałem, nie ma sensu, bo tak naprawdę Tokarczuk, Woydyłło i Mróz-Gorgoń zostały publicznie rozszarpane, bo są kobietami. Ale to przecież bzdura, więc nawet nie będę tej myśli rozwijał.

